***
Chociaż coś przestaje istnieć,
to tak naprawdę nigdy nie umiera do końca – pozostaje we wspomnieniach i w
sercach, stając się nieśmiertelnym. Nie jesteśmy w stanie wymazać z pamięci
tego, co było. Jak to mówią – co się stało, już się nie odstanie. Lecz niektóre
z tych wspomnień zyskują drugie życie, swoje kolejne pięć minut, po to, by
zakończyć pewien dział w życiu i na dobre rozpocząć kolejny.
Często odnoszę wrażenie, że to,
co się stało było kontynuacją owego rozdziału. Jej. Ich. Naszego. Dziecko bowiem
jest skarbem, który łączy trwale i na zawsze. I to właśnie ono nie pozwoliło
zakończyć trwale tamtego rozdziału – tamtej nieszczęśliwej miłości, która nie
dostała tej szansy, by przetrwać i zakwitnąć. Poniekąd.
---
Spojrzałam na mężczyznę. Trwał w
zamyśleniu z głową wspartą na ramieniu, a nieobecny wzrok skierowany miał w
stronę okna. Na jego skroniach lśniło kilka siwych włosów, z bliska na twarzy
mężczyzny można było dostrzec dość głębokie zmarszczki, choć normalnie wyglądał
on na wiele młodszego, niż faktycznie był.
- Benjamin? –
szepnęłam. – Wszystko w porządku?
- Ta – tak…
Przepraszam. – mruknął, jak gdyby właśnie obudził się ze snu. – Zastanawiałem się
tylko, w jakie słowa powinienem ubrać to, co chciałem ci opowiedzieć. I jak to
wytłumaczyć. – odparł spokojnie, wzdychając ciężko.
- Nie musisz
przecież mówić wszystkiego, jeśli nie masz ochoty. – odpowiedziałam ze
spokojem, przeczuwając, że nie jest to błahostka, którą wstydził się przede mną
wyjawić.
- Tutaj nie
chodzi o to, czego ja chcę, Mad. – powiedział ściszonym głosem. – Tylko o to,
co już dawno powinno było zostać powiedziane, a nigdy nie zostało. Michael nie
zdążył tego zrobić, więc muszę zrobić to za niego. – pochylił głowę, splatając
nerwowo dłonie. – Pozwolisz, że przeskoczymy nieco w czasie?
-
Oczywiście, zamieniam się w słuch. – uśmiechnęłam się delikatnie, lecz twarz
mężczyzny wciąż pozostawała poważna.
- A zatem
przejdźmy do rzeczy…
***
Tak naprawdę ona nigdy nie była w stu procentach moja. Ból i
wspomnienia nie pozwalały jej wkroczyć w pełni w nową rzeczywistość. Nie
przeczę temu, że mnie kochała, bo to była prawda. Po prostu przez sentyment i
stale nawracające w pamięci obrazy nie była w stanie odciąć się od tamtego
rozdziału. Choć wydawać by się mogło, że został dawno zakończony, tak naprawdę
owy wątek ciągnął się jeszcze przez długi czas, nie dając żyć w spokoju żadnemu
z nas.
Paris
i Prince zdążyli już trochę podrosnąć, a w międzyczasie nasz syn Nathan
osiągnął już wiek szkolny i zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej. Wszystko układało
się po naszej myśli. Aż do czasu, w którym całe nasze dotychczasowe życie
zostało wywrócone do góry nogami.
- Jak oni szybko rosną… - westchnął pewnego
razu Michael. – Tak sobie myślę, że fajnie byłoby znowu do tego wrócić.
- Do czego? – spytałem zdezorientowany.
- No wiesz, te małe stópki, rączki… Po
prostu zostać ojcem trzeci raz. – mruknął rozmarzony.
- Proszę cię… Nie wystarczy ci dwójka? Jak
dla mnie jeden krasnal… – wskazałem palcem na chłopca ćwiczącego grę na
pianinie. – Jest zupełnie wystarczający. Poza tym, chyba wieloryb już trochę
nie w formie na rodzenie dzieci. – zaśmiałem się.
- Nie mów tak o niej, przecież to dzięki
niej mam teraz te dwa skarby… - powiedział.
- Co nie zmienia faktu, że objętościowo jest
jakieś trzy razy większa od ciebie. Zresztą, co z niej za matka… - rzuciłem
oburzony. – Kiedy ona ostatnio widziała którekolwiek z nich?
- Mają mnie, nie potrzebują matki. – odparł.
- Michael… - szepnąłem. – Nigdy nie
zastąpisz im matki, doskonale o tym wiesz. Diana czuwa nad nimi, jak tylko
może. – dodałem.
- Masz rację… - powiedział smutno. –
Dziękuję wam.
---
Sprawa
nieco ucichła, na jakieś kilka miesięcy. Wprawdzie mój przyjaciel nieraz
wspominał o swoich ojcowskich marzeniach, ale przewaga milczenia w tym temacie była
zapowiedzią burzy. Jak miało się później okazać – wcale niemałej.
- Co ty tak łazisz jak opętana, coś cię w
tyłek ugryzło? – zażartowałem, lecz odpowiedziało mi jedynie mordercze
spojrzenie żony. – Powiesz mi do jasnej cholery, o co ci chodzi? – warknąłem. –
Cały czas jakaś naburmuszona jesteś, nic ci się nie chce, na nic nie masz
ochoty, narzekasz od rana do wieczora.
- Nie mogę mieć złego dnia? – mruknęła.
- Masz zły dzień od tygodnia, albo dwóch! –
krzyknąłem. – Mam dość tego jak mnie traktujesz, mam żonę, a czuję się jakbym
jej nie miał.
- To nie moja wina, że czułości ci się
zachciało. Mam teraz większe problemy niż twoje widzimisię. – rzuciła nerwowo,
siadając na łóżku.
- Ja go wtedy tak bardzo zawiodłam. On
pragnął być ojcem, a ja go zawiodłam. – słuchałem uważnie, nie wiedząc do czego
zmierza. – Teraz powinnam naprawić to, co zepsułam, wynagrodzić mu to…
- O czym ty mówisz? – spytałem, nie mogąc
przetworzyć do końca jej słów. – Komu?
- Muszę mu dać to dziecko, o którym marzy.
Muszę to zrobić i zakończyć to, czego nigdy nie zakończyłam. – szepnęła, po jej
policzkach spływały łzy, a ja stałem jak zaklęty. Nie mogłem wyobrazić sobie
tego, o czym mówiła – moja żona miała zamiar urodzić dziecko mojemu
przyjacielowi. To samo w sobie brzmiało absurdalnie, lecz ona mówiła zupełnie
poważnie. – I zrobię to, niezależnie od twojego zdania. Czuję się zobowiązana…
Przepraszam. – rzuciła i wyszła, zamykając się w łazience, podczas gdy do mnie
wciąż nie dochodziły jej słowa.
---
Kochałem
ją. Ponad wszystko i mimo wszystko, najbardziej na świecie i chyba jeszcze
trochę mocniej. Równie mocno kochałem mojego przyjaciela – człowieka, który
sprezentował mi nowe życie i człowieka, który oddał w moje ręce kobietę, którą
kochał. Kobietę, z którą po prostu nie było pisane mu być. Ktoś mądry kiedyś
powiedział, że miłość jest wtedy, gdy dobro ukochanej osoby przekładasz nad
swoje. I choć to bardzo trudne, nieraz trzeba wybrać. Ja wybrałem i nigdy, ale
to przenigdy nie pożałuję swojego wyboru.
- Na pewno nie masz nic przeciwko temu? –
spytał po raz setny Michael. – Nie chciałbym, żeby coś między wami się zepsuło.
- Podjąłem już decyzję. – uśmiechnąłem się
do niego. Zasługiwał na szczęście i jeśli moja żona chciała mu je dać, nie
mogłem tego nie zaakceptować. Wiedziałem doskonale, że nie byłem tym jedynym
ważnym. Innym może się to wydawać dziwne, ale Michael funkcjonował w jej sercu
jako niedokończone wspomnienie. Na wpół żywe i trwające, na wpół martwe.
---
Choć
zgodziłem się na to, co chciała zrobić moja żona, czułem się nie tylko
odtrącony, ale i niepotrzebny i zagubiony. Oddalaliśmy się od siebie, coraz
częściej zastanawiałem się czyjej czułości i opieki tak naprawdę było jej
trzeba – mojej, czy Michaela. Z jednej strony rozumiałem ją, lecz z drugiej nie
mogłem poradzić sobie z tą sytuacją, w której nagle się znalazłem.
Gdy
na świat przyszedł Blanket, wszystko miało zacząć się układać. Ale wcale nie
zaczęło. Było jeszcze gorzej, niż do tej pory – ciągłe kłótnie, krzyk, płacz,
wrzask.
- Michael, zrozum… - krzyczała przez łzy. –
Ja zrobiłam to dla ciebie i nie chcę, żeby mówił do mnie „mamo”! Wiesz
doskonale, że kocham go tak samo jak starszą dwójkę, ale nie mogę! Jesteś
dobrym ojcem… - szlochała. – Po prostu wychowaj go tak, jak ich. Tak będzie dla
niego lepiej. Może kiedyś się przydam, ale na razie… Nie mogę, przepraszam.
Stosunki
między nimi były napięte jeszcze przez dłuższy czas, a Diana nie umiała
traktować chłopca tak samo, jak Prince’a i Paris. Dla niej jako matki było to
skrajnie niemożliwe. Walczyła sama ze sobą, choć za każdym razem przegrywała.
Do czasu, aż któregoś dnia usłyszałem zza ściany następujące słowa:
- Powiedzmy mu.
***
- Czyli… -
zaczęła zdezorientowana dziewczyna. – Blanket wie, że Diana jest jego matką?
- Tak. –
uśmiechnąłem się lekko. – Pewnie stwierdzisz, że jesteśmy tu wszyscy zwyczajnie
nienormalni, ale dla mnie jego dzieci są jak moje własne. I zawsze będą.
Nie dziwiło mnie w żaden sposób
to, że nie rozumiała. Wiele osób nigdy nie zrozumie, tak już jest skonstruowany
świat. Ale byłem pewny, że postąpiłem słusznie, a Diana – naprawdę mnie kochała
i wciąż kocha… Na zawsze.
***
Dobry wieczór!
Po pierwsze, przepraszam za... tygodniowe spóźnienie! Znów, wiem, znów.
Poprawię się, dziękuję za życzenia urodzinowe i w ogóle!
No to tego... Notka nietypowa, co? Ja to mam pomysły, tego chyba jeszcze nikt nie wymyślił.
Ostrzegam, ta historia jeszcze nie jest do końca wyjaśniona...
Zapraszam do komentowania, a ja obiecuję ponadrabiać u Was! (Znów nie sprawdzałam rozdziału, nie chce mi się... XD)
DLG pojawi się niedługo!
Coś czuję, że w komentarzach będzie szum XD
Miłego wieczorku! <3
Alex :3

Hejka!
OdpowiedzUsuńNosz chalera jasna, nie wytrzymałam, musiałam! Kocham Benia i jestem uzależniona od tego opowiadania bo jest świetne. To prawda zaskoczyłaś mnie (choć wcześniej wiedziałam, że to knujesz). Pomysł uważam, że jest świetny, taki inny i nie powtarzalny. Dzisiejszą notką jestem zachwycona, opisywane uczucia i dialogi wyszły rewelacyjnie.
To co Dianna zrobiła dla Michaela jest czymś wielkim, dała mu na świat dziecko. Nawet jeśli chciała mu wynagrodzić stratę z przed lat zrobiła o wiele więcej. Ben wykazał się również ogromną wyrozumiałością, wiedział na czym stoi i mimo wszystko sie zgodził. Jak mówiłam pomysł świetny, oby więcej takich bo opowiadanie nabiera tępa co mnie bardzo cieszy ♥ Jakoś mam ogromny sentyment do YGAFIM, kiedyś gdzieś pisałam, że uwielbiam opowiadania, które uczą żyć, kiedy wpływają na emocje, mają mocny przekaz.
Licze, że Benek będzie trwał i trwał ♥
Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział, życze masy weny! :*
Pozdrawiam cieplutko ♥
Marysia :*
O zesz kurde to mnie zdziwilas xd
OdpowiedzUsuńPomysł inny i to się bardzo ceni, aczkolwiek zastanawialo mnie co oni wszyscy mieli w głowach ? Xd
Zrozumiała bym jakby Diana wciąż kochała Michaela, bo dziecko powinno być w końcu owocem miłości, no ale skoro twierdzi uparcie ze kocha Benka to ja się pogubilam i to bardzo bardzo xd
Jakoś nie potrafię się chyba wczuć w sytuację, nie rozumiem jak Benek mógł pozwolić, jak Diana mogła chcieć urodzić dziecko komuś kogo niby nie kocha a mając innego faceta którego kocha xd
Może jak przyblizysz nieco sprawę to mi się rozjasni wszystko xd
Sorki za błędy ale jestem w szkole i z tel pisze xd
Pozdrawiam, życzę weny i nie spóźniaj się tu nam więcej z notkami !!!
Czekam na DLG <333
Masz rację takiego czegoś jeszcze nie było. Nie wiem, ale od jakiegoś czasu wszyscy mnie zaskakują, a Ty już w szczególności. Nie spodziewałam się, że Diana zdecydowała się na takie coś i jest matką Blanketa. Nie spodziewałam się również tego, że Ben się na to zgodzi, naprawdę. Ale po raz kolejny nam pokazałaś jak powinna wyglądać taka prawdziwa przyjaźń. Zastrzeliłaś mnie tym kompletnie, jestem w pozytywnym szoku :-) Aż brak mi słów mogę tylko powiedzieć że czekam z niecierpliwością na kolejną część tego jakże intrygującego opowiadania.
OdpowiedzUsuńTen tekst mnie rozbroił :
- Pozatym wieloryb już chyba nie w formie na rodzenie dzieci.
Kocham, kocham,
kocham!!! :-D
Pozdrawiam cieplutko <3 <3 <3
Zaskoczyłaś mnie i muszę przyznać, że pozytywnie. Ujęłaś w tym rodziale jak głęboka może być przyjaźń. W zupełności się tego nie spodziewałam i na początku musiałam się porządnie wczuć w sytuację każdego z bohaterów, aby zrozumieć ich postępowanie. Lubisz zaskakiwać i świetnie ci to wychodzi, więc jak najbardziej czekam z niecierpliwością na next tego bardzo ciekawego i różniącego się od innych pomysłów opowiadania.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam kochana i masy weny ♥