12/26/2015

Don't Let Go Of My Hand: Dobry wąż



***

                Jedyną drogą do prawdziwego sukcesu, maksymalnego spełnienia jest dążenie do niego krok po kroku. Powoli, niespiesznie, z przerwami, ale skutecznie, progresywnie. Miłość musi rozwijać się stopniowo. Miłość, w znaczeniu oczywiście fizycznym, bo to, co dzieje się w naszych sercach i umysłach wybucha jakby nagle - w pewnym momencie po prostu uświadamiasz sobie, że kochasz i nie ma już odwrotu. Należy jednak pamiętać, że odległość między ciałami nie powinna od razu być za mała, dotyk zbyt nachalny, a pocałunek za bardzo namiętny – z początku trzeba zachować umiar, a potem można posuwać się już coraz dalej, śmielej. Tak, aby zbudować wzajemne zaufanie, na grubym, porządnym fundamencie. A gdy przyjdzie odpowiednia pora – przystąpić do działania.
                Wykorzystując moment, gdy byliśmy tylko we dwoje, zamknąłem drzwi na klucz i zbliżyłem się do dziewczyny, zatapiając dłoń w jej długich, gęstych włosach. Spojrzałem na nią, lecz ta przymknęła oczy, zupełnie jakby czytała mi w myślach.
- Powiedz, gdy będziesz chciała, abym przerwał. – szepnąłem, całując ją delikatnie, lecz szybko oderwałem się od niej, by przejść do muskania wargami jej szyi. Poddawała mi się, pozwalając na coraz śmielsze ruchy z mojej strony. Schodziłem niżej, aż do obojczyków, opuszkami palców wędrując wzdłuż kręgosłupa ukochanej. Bez wahania przeszedłem do rozpinania guziczków jej koszuli, kładąc ją przy tym jednocześnie na łóżku. Ustami wodziłem po brzuchu dziewczyny, składając na nim dziesiątki drobnych pocałunków. Pragnąłem pokazać, jak bardzo kocham każdy milimetr jej ciała, pomagając jej pozbyć się strachu przed moją bliskością. Pokusa zdobycia jej całej była niczym wobec głosu serca. Wiedziałem, że musiałem zapracować sobie na to, by móc nazwać ją w pełni swoją kobietą. Powędrowałem więc tym razem w górę, w kierunku jej piersi, szukając jednocześnie na plecach sprzączki od biustonosza. Dziewczyna jęknęła rozkosznie, pobudzając mnie do działania. Wargami zacząłem zataczać kręgi wokół dwóch odsłoniętych skarbów, dłonią błądząc coraz niżej, aż do tego najbardziej zakazanego miejsca.
- Stój. – mruknęła, na co natychmiast zabrałem rękę. – Przepraszam, ja…
- Wiem, nic nie szkodzi. – szepnąłem, gładząc ją po głowie. – Nie musisz się z tym spieszyć.
- Chciałabym, ale… - zaczęła, lecz położyłem palec na jej ustach.
- Jesteś piękna. – powiedziałem, nim zatopiłem się w jej słodkich wargach. – Chcę tylko, żebyś mi zaufała. Zaczekam, aż ostatnie „ale” zniknie. Musisz być pewna, nie możesz nic robić ze względu na mnie, pamiętaj.
- Naprawdę ci się podobam? – zapytała. – Przecież ty jesteś ideałem mężczyzny, kobiety mdleją na twój widok, mógłbyś mieć każdą, a ja kim jestem?
- Jesteś moją każdą, ciebie kocham i nic tego nie zmieni. Dla mnie inne nie istnieją. Jesteś ty, przysłoniłaś mi resztę świata. Nikt inny. – odparłem, bawiąc się jej włosami. – Ej, mów coś do mnie! – zaśmiałem się.
- Masz cudowne oczy. Właśnie mi powiedziały, że naprawdę tak myślisz. – powiedziała ściszonym głosem, w którym dało się słyszeć swoiste rozmarzenie. – Będę mogła już zawsze gapić się w nie godzinami?
- Jeśli tylko masz taką ochotę i są ciekawsze od tego, co puszczają w telewizji, chyba nie mam nic przeciwko. – odrzekłem z udawaną powagą. – Mogę spytać, dlaczego tak właściwie farbujesz włosy na czerwono? – zagadnąłem, zmieniając nagle temat.
- Bo serce, które krwawi, także ma prawo kochać… A róża, która kocha powinna być czerwona. Czerwony to kolor miłości. Czerwone jest wino, które uderza nam do głowy, jak miłość, którą żyjemy. – wyrecytowała na jednym oddechu. – Chciałam tylko pokazać, czym tak naprawdę żyję. A teraz – zbliżyła się do mnie. – mogę żyć tym w pełni.

***

                Czy jakikolwiek inny mężczyzna miałby tyle cierpliwości, czy potrafiłby tak długo walczyć z jakąś naturalną potrzebą? Być może są i tacy, ale znajdują się w tej zdecydowanej mniejszości. Większość z nich nie musi tego robić – ich kobiety są normalne, wiedzą, czego chcą. Kochasz? Ufasz? W czym problem? Właściwie, sama nie wiedziałam. Z jednej strony było mi źle z tym, że nie potrafiłam dać mu tak błahej rzeczy, lecz z drugiej, byłam szczęśliwa, że on to rozumiał i robił wszystko, co w jego mocy by pomóc mi pokonać strach.
                Gdy istnieje miłość, cały świat staje się niegroźny. Warunek jest tylko jeden – nie może zabraknąć zaangażowania obu ze stron. Kiedy go nie ma, każdy może ją zniszczyć, zburzyć niczym domek z kart. Dlatego tak ważne jest, by budząc się każdego ranka powiedzieć dwa proste słowa, a kładąc się spać ucałować ukochane usta. Bez drobnych gestów nie ma miłości – kochać, to nie znaczy przywieźć komuś na przyczepie samochodu Księżyc, czy zasypać drogimi prezentami, ale po prostu być i okazywać swoją obecność przy pomocy prostych uczynków.
- Chyba skoczę pod prysznic. – rzucił Michael, bawiąc się kosmykiem moich włosów.
- To ja zejdę sobie w tym czasie na dół. – powiedziałam wesoło, sięgając po kule. – Może zdążę, zanim skończysz. – zaśmiałam się.
- Poradzisz sobie? – zapytał z troską.
- Kochanie, już to przerabialiśmy. – odparłam, przewracając oczami. – Jestem dużą dziewczynką. – posłałam mu znaczące spojrzenie, zapinając guziki koszulki. – Dam sobie radę.
- Proszę cię, ostrożnie. – szepnął, kładąc mi dłoń na policzku. – Naprawdę się martwię.
- Spokojnie, przecież jestem mistrzem zjeżdżania po poręczy! – krzyknęłam radośnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu na widok jego złowrogiej miny. – Skarbie, przecież nie jestem nienormalna. Zaufaj mi, że wzywanie karetki nie będzie konieczne.
- Ufam ci, leć. – szepnął, całując mnie w czoło.
                Jak zwykle, trudna przeprawa zakończyła się sukcesem. Litry potu, łzy płynące z oczu to nic w porównaniu z poczuciem samodzielności – co prawda szczątkowym, ale i takie było to lepsze niż żadne. Zadowolona z siebie opadłam na sofę i odetchnęłam z ulgą. Dla innych było to zaledwie kilka schodów, których nikt nie liczył – dla mnie natomiast było to czternaście patrzących na mnie wrogo z dołu pułapek, chcących mnie zrzucić, bądź też zabić od razu. W każdej wolnej chwili odliczałam godziny pozostałe do zdjęcia gipsu. Byłam jak dziecko czekające na Gwiazdę – podniecone faktem, że dostanie prezent i zniecierpliwione oczekiwaniem na pojawienie się go pod choinką.
                Nie mam pojęcia ile czasu minęło – kilka, czy kilkanaście minut. Poczułam tylko, jak ktoś szarpie mnie za rękaw, skutecznie wyrywając mnie tym z drzemki.
- Mama, nie śpij! – pisnęła Bianca.
- Nie śpię kochanie, słucham? – mruknęłam, przecierając oczy. – Co się stało?
- Bo tatusia chciał ugryźć wąż! – krzyknęła roztrzęsiona.
- Skarbie, o czym ty mówisz? – spytałam zdziwiona. – Jaki wąż, gdzie?
- No w łazience! Taki duży! – mówiła dalej, a ja zrozumiawszy o co jej chodzi, z trudem powstrzymałam śmiech.
- Bee, on jest niegroźny, wiesz? To taki dobry wąż. – powiedziałam, uśmiechając się lekko.
- Na pewno? Ja nie chcę, żeby go zjadł! – odparła przejęta.
- Spokojnie córciu. On go nie zje. – pogłaskałam ją po głowie. – A teraz idź do swojego pokoju, dobrze?
                Dziewczynka, widocznie uspokojona, kiwnęła tylko głową i posłusznie wyszła z pomieszczenia. Przez chwilę analizowałam jej słowa, lecz nagle zauważyłam w drzwiach sprawcę zamieszania.
- Nie uwierzysz co się stało! – krzyknął do mnie. Na twarzy miał czerwone rumieńce, a mokre włosy puszczone swobodnie wzdłuż karku.
- Wąż chciał cię zjeść. – odparłam, tłumiąc śmiech.
- Że co?! – wrzasnął. – O czym ty mówisz, jaki wąż?! Bianca mi wlazła do łazienki, bo cię szukała. – dodał ściszonym głosem.
- No właśnie o tym mówię. – powiedziałam, przygryzając wargę. – Nasza mała córeczka, wystraszona przybiegła do mnie i od razu doniosła mi na tego niedobrego węża, który chciał cię zjeść. I był taki duży. – pokazałam gestem rozmiar „gada”, na co mój ukochany ukrył twarz w dłoniach.
- O mój Boże… - mruknął, na co wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. – Poważnie? Wąż?
- Istny pyton. – dodałam, rechocząc jak głupia. – Spokojnie, wytłumaczyłam jej, że to taki dobry wąż. – puściłam mu oczko, wciąż nie mogąc się uspokoić. Spojrzał na mnie zażenowany, co jeszcze pogorszyło sytuację.
- I co cię tak śmieszy? – rzucił złowrogo.
- On naprawdę taki wielki? No wiesz, ten drapieżny wąż? A może chciałby mnie pożreć? – zaśmiałam się, przybliżając się do niego zalotnie.
- Dlaczego tak mnie zwodzisz małpo, co? – zerknął na mnie, przygryzając wargę. – A masz za to! – krzyknął, rzucając się na mnie i łaskocząc, gdzie tylko się dało. Piszczałam, błagałam by przestał, ale to nic nie działało.
- Przeproś za to, że się ze mnie nabijasz! – rzucił, śmiejąc się jak popaprany. – No przeproś!
- O nie, zapo… No dobra, przepraszam! – wrzasnęłam, nie mogąc już dłużej znieść tych tortur.
- Ładniej! – powiedział ściszonym głosem, grożąc mi gestem ręki. – Bo jak nie, to…
- Bardzo, ale to bardzo przepraszam… - szepnęłam, patrząc mu głęboko w oczy. – Wybaczysz mi?
- I tak jesteś małpą. – zaśmiał się, schodząc ze mnie.
- I co, mam się bać, że mnie wąż połknie w całości? – zapytałam, posyłając mu zadziorny uśmiech.
- Mało ci jeszcze? Uważaj, bo jeszcze tak się stanie. – burknął, udając powagę.
- Przecież ja nic nie mówiłam…

***

                Choć cała ta sytuacja przyprawiła mnie o wyższe ciśnienie, sam nie byłem w stanie powstrzymać śmiechu. Nie mogłem jednak winić za to Bianci – taki w końcu urok dziecka, że najpierw robi, a potem myśli. Na szczęście, szybko o tym zapomniała i o słynnym wężu nie dowiedział się nikt poza naszą trójką. A przynajmniej taką mam nadzieję.
                Kolejne dni mijały dość spokojnie, pomijając kilka burz o moją nadopiekuńczość. Czerwonowłosa wróciła do dawnego koloru włosów, wszystko zaczynało układać się tak, jak kiedyś. Czasopisma spłonęły w kominku, o „gadzie” nikt nawet nie wspominał, rodzice od tamtej pory ani razu nie wpadli z wizytą. Z dnia na dzień, czułem coraz bardziej, mocniej i pewniej, że szczęście do mnie wróciło. Na zawsze.
                Wreszcie nadszedł moment, wyczekiwany nie tylko przez Rosę, ale i przez nas wszystkich. Dla mnie miał on szczególne znaczenie. Czekałem pod gabinetem lekarskim, nasłuchując, czy aby przypadkiem nie jestem tam potrzebny.
- Proszę nie szarżować z tą nogą. I nie odstawiać kul przez najbliższe sześć tygodni. Panie Jackson, mam nadzieję, że dopilnuje pan swojej… - lekarz spojrzał na mnie pytająco, otwierając dziewczynie drzwi.
- Narzeczonej. – powiedziałem dumnie.
- Tak, właśnie. Że dopilnuje pan swojej narzeczonej, aby przestrzegała naszych zaleceń i nie przeciążała tej nogi. – rzucił zrezygnowany ortopeda.
- Bo nie rozumiem, jaki jest sens chodzenia z tymi pieprzonymi kulami, skoro zdjęliście mi z nogi ten syf. – warknęła - Zrosło się? Zrosło. Więc o co chodzi? Ludzie święci, ja mam dzieci, nie chcę korzystać z pomocy miliona gosposi, tylko dlatego, że pragniecie utrudnić mi życie. – dodała wzburzona.
- Panno Calfucci, czy pani jest lekarzem, czy ja? – odparł zdenerwowany lekarz.
- W papierach niby pan, ale nie widzę efektów tej pańskiej edukacji, skoro nie umie pan zwykłej, głupiutkiej pacjentce tego wytłumaczyć! – krzyknęła, zwracając tym samym uwagę wszystkich zgromadzonych na korytarzu.
- Powiedziałem przecież, że nie może pani odstawić na razie kul. – fuknął koleś w białym kitlu, coraz bardziej mnie irytując.
- Po prostu chcę dowiedzieć się, dlaczego do jasnej cholery nie wolno mi tej nogi obciążać. – odrzekła spokojniej.
- Wystarczy. – powiedziałem. – Wyślę panu czek pocztą, a teraz żegnam. – rzuciłem z niechęcią. – Chodź kochanie. – uśmiechnąłem się delikatnie do dziewczyny. – Samochód czeka na nas pod wejściem.
                Szedłem powoli, lecz ona i tak próbowała gonić naprzód, udając, że jest w pełni sił. Podziwiałem jej samozaparcie, choć wiedziałem, że jest ono spowodowane niczym innym, jak tym, że życie jakiś czas temu zmusiło ją, by dorosła i była w pełni samodzielna. Nienawidziła poczucia bezsilności, nie mogła znieść, gdy ktoś pragnął jej pomóc. W każdym dostrzegała jedynie pełne litości spojrzenie, nie potrafiąc niekiedy odczytać dobrych intencji drugiego człowieka. Niestety, nie zawsze było to dobre, ale każdy ma jakieś wady – nie ukrywam, że jej wadą było właśnie to.
- Co za bałwan… - mruknęła. – W łeb go strzelić i tyle. Doktorzyna zasrany. – dodała.
- Ach… - objąłem ją ramieniem, gdy zrobiła sobie chwilę przerwy, aby odpocząć. – Po co tam się spieszysz? Męczysz się tylko niepotrzebnie.
- Troszeczkę. Nie przesadzaj, chodź. – chciała ruszyć, lecz powstrzymałem ją. – Co jest?
- Chciałbym zabrać cię w pewne miejsce. Pozwolisz? – zapytałem, uśmiechając się do niej.
- Michael, co ty kombinujesz? – westchnęła, patrząc mi w oczy.
- Zobaczysz…

***
Heeej!

Zacznę od pewnej piosenki powiązanej poniekąd z treścią rozdziału, którą kazała mi umieścić Dominika. Enjoy! XD

---


---

A teraz tak poważnie: z notki jestem zadowolona jak nigdy! O co Wy o niej sądzicie? Czekam na komentarze i mam nadzieję, że nikt nie jest zażenowany treścią i komizmem tego rozdziału.
Miłego dnia! W poniedziałek lub wtorek powinien pojawić się Benek! 
Buziaki! :*
Alex :)

5 komentarzy:

  1. Tytuł mnie rozbroił :D
    A cała notka jak to zwykle świetnie napisana. Zabawna i bystra.
    Ten Michael! :D ciekawe gdzie ją zabierze? ^^ cant wait!

    OdpowiedzUsuń
  2. Sram XDD
    Popłakałam się już nawet nie wiem czy ze śmiechu czy ze wzruszenia. Bee mnie rozwaliła, a następnie senior Jackson i jego wonsz. To było takie urocze, ale co się dziewczynce dziwić? Takie gadzisko (przepraszam, Kumpla) zobaczyła, to dziecko sobie w głowie fakty posklejało. Olu, ukradłaś mi serce tym rozdziałem bo wyszedł Ci on naprawdę fenomentalnie.
    Początek był cudny, strasznie podoba mi się motyw 'powiedz kiedy będziesz chciała bym przerwał'. W Rosy przypadku jest to bardzo zrozumiałe, ale fajnie, że piszesz takie sceny budując napięcie.
    Ja jestem w pełni kupiona. ♥
    Masz Olu potencjał i dar i mam nadzieje, że nigdy nie zrezygnujesz z pisania, a wręcz będziesz wspinać się na wyższe poziomy.
    Oczywiście troszku zła jestem, że skończyłaś w takim momencie bo ciekawość mnie zżera i licze, że jak najszybciej zaszczycisz nas nową notką.
    Życze masy weny!
    Pozdrawiam cieplutko! :*
    Marysia :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Długo się zastanawiałam ,czy mam Ci cokolwiek napisać bo normalnie po tym co przeczytałam chyba nie jestem w stanie :D Ale chociaż spróbuję zobaczymy co z tego wyjdzie.
    A więc lałam cały czas ,czytając ten rozdział . Nie mogłam się uspokoić . Rozmowa o wężu pana szanownego Jacksona mnie rozwaliła totalnie XD Skąd Ty takie pomysły bierzesz co ?
    Ja jak bym była na jego miejscu to bym się chyba ze wstydu spaliła ,zresztą sama czerwona na ryju byłam . No wiesz myśląc o "takich rzeczach" nie ma się co dziwić :D
    Olu miałaś rację brak mi słów w tej chwili żeby wyrazić moje odczucia po przeczytaniu dzieła Twego.
    Mi również podobała się postawa Michaela na początku rozdziału w stosunku do Rosy. Inny facet to dawno by już ją zostawił ,albo się nią zabawił nie zważając na jej sprzeciw. Ale nasz Michaś jest inny i za to go kocham !!
    Moment ,w którym zakończyłaś odcinek fenomenalny , gratuluję :)
    Piosenka o wonszu żecznym zajebista ;)
    Czekam z niecierpliwością na nexta .
    Jenak coś napisałam ,chyba nie jest jeszcze tak źle ze mną co? :)
    Pozdrawiam serdecznie <33333

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja pierdole xD
    Jak byłam mała uwielbiałam film: Anaconda -> teraz wszystko zaczyna mi się układać w logiczną całość xD
    I teraz też wiadomo czemu Mike miał węża! Musiał zapewnić towarzystwo swojemu. Swoją drogą ciekawe który był większy xD
    Gacie niczym terrarium xD
    I czym to karmić takiego gada? Żywy pokarm? Aż współczuję tym gryzoniom xD
    Miejmy tylko nadzieję, że był oswojony i nie agresywny. Rosa powinna kupić kaganiec teraz xD Albo jakiś ogranicznik, bo jak ten wąż taki wielki to jeszcze przy pierwszym podejściu jej uszami lub gardłem wyjdzie xD
    Dobra, koniec bo znów downa dostaje - efekt świątecznego picia z rodziną. Koniec z procentami xD
    Michaś kochaniutki na poczatku tu też się zgodzę !<3
    Dużo cierpliwości i miłości jej okazuje, facet ideał <333
    A co do końcówki to zostawiasz nas znow z niedosytem i znakiem zapytania! :O :C
    Notka cudna!;***
    Pozdrawiam, życzę Ci masy weny ! <333

    OdpowiedzUsuń
  5. Uśmiałam się z tego węża,że hej!

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.