12/31/2015

Podsumowanie roku 2015, czyli jak odkryłam siebie w sobie...

Moi kochani!

Przepraszam, że notka się nie pojawiła. Przecież Wasza Alex nigdy nie potrafi skojarzyć faktów. Tak jak miałam zaplanowane od dłuższego czasu, przez trzy dni koczuję u przyjaciółki. Dlatego też chyba nie muszę tłumaczyć, skąd brak możliwości napisania czegoś dla Was. Rozdział postaram się wrzucić w najbliższych dniach. Wybaczycie mi? W końcu ile razy można, prawda?
Mając dosłownie chwilę, nie mogłam po prostu nie napisać tutaj dla Was ani słowa. Stąd też jakieś piętnaście minut temu, podczas kąpieli wpadłam na pomysł podsumowania roku, który dziś dobiega końca, w formie pisemnej oczywiście, bo taka odpowiada mi najbardziej.
Rok 2015 niewątpliwie przeminął mi z prędkością światła i nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dobrze, czy nie. Co prawda, coraz bliżej już do wakacji, ale jednak w następnym roku testy gimnazjalne. Nie boję się ich jakoś szczególnie, ale sami wiecie jak to jest - lepiej, aby takich sytuacji nie było. Po prostu.
Jednak nie jest to najważniejsze z całego roku. I nie bez powodu piszę to wszystko właśnie tutaj.
Cała przygoda z tym "odkrywaniem siebie" zaczęła się jakoś na początku tego roku (tak, to słowo powtarza się, celowo). W pewnej chwili przejadło mi się niemal wszystko, co do owego czasu miałam w zwyczaju - muzyka, której słuchałam jakoś stała się mdła, idol to taki właściwie nieciekawy, gry komputerowe to już w ogóle tragedia, bo ileż można biegać po dachach renesansowej Florencji, czy tworzyć simów, a czytane przeze mnie książki, obojętnie czy te "przykazane" (szkolne lektury), czy te "dla przyjemności" przestały budzić we mnie poczucie spełnienia.
To wszystko nie wystarczało mi tak, jak kiedyś. Szukałam, błądziłam, sugerowałam się innymi. Nic nie pomagało. W każdej wolnej chwili słuchałam pewnej piosenki, która pośrednio rozwiązała moje problemy.
Michael Jackson? Ten biały murzyn wleczony po sądach przez pół życia, ten co zmarł w nieznanych nikomu okolicznościach (bo przecież nie wiemy tak naprawdę nic o jego śmierci), domniemany pedofil? A co on mnie w ogóle obchodzi? Tak naprawdę nie obchodził mnie ani trochę, ale gdy siedzisz zupełnie sama w ciemnym pokoju i słuchasz piosenki, w której szanowny pan wokalista twierdzi, że wcale nie jestem samotna, zaczyna cię ten szanowny pan intrygować. Mimo, że piosenkę znasz od lat i uznajesz za piękną, dopiero wtedy faktycznie dostrzegasz w niej coś niezwykłego, nieziemską delikatność, wrażliwość tego drobnego mężczyzny i zadajesz sobie w głowie pytanie "Dlaczego był właśnie taki?" (Taki perfekcyjny...)
Odtwarzasz utwór za utworem, nie możesz oderwać wzroku od ekranu. Zarywasz noc, by przeczytać całą wikipedię o jego osobie. A rano myślisz sobie: "To jest to, czego szukałam."
Michael z dnia na dzień stał się moją największą inspiracją i ideałem. Ideałem człowieka, ale też mężczyzny, oprócz śpiewu, tańca i usposobienia, po prostu zakochałam się w jego wadach, jak to niektórzy twierdzą: niedoborze nosa, dziewiczym falseciku i wiecznej, chłopięcej buźce. Poprawka, to głównie w tych jego "wadach" się zakochałam (no i w tyłku, który jak najbardziej był jego niekwestionowanym atutem).
Potem szukałam dalszej rozrywki. Od dawien dawna lubiłam pisać, więc zaczęłam to robić - i oto jestem!
W tym roku także okazało się, na kim mogę polegać i gdzie jest moje miejsce. Dostrzegłam swoje zalety i nauczyłam się je wykorzystywać. Podomykałam stare sprawy. I już prawie wyleczyłam tę cholerną nogę!
Bądź co bądź, wynika z tego, że ten rok wypada bardzo pozytywnie. Pragnę podziękować serdecznie tym, których poznałam właśnie w tym roku - mam nadzieję, że w kolejnych latach też będę mogła to robić,  także tym (a raczej TEJ), która to już trzeci rok ze mną wytrzymuje! Kocham Was <3
W Nowym Roku życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, a dziś, udanej zabawy!
Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia niebawem.
Alex :)

12/28/2015

Don't Let Go Of My Hand: Walka ze wspomnieniami



***

                Nie ma na świecie ludzi nie do złamania. Niektórych po prostu nie da się zranić z zewnątrz. Chowają głęboko w sercu ból i emocje, które powoli niszczą ich od środka, przyczyniając się do powolnej i potwornej śmierci. Od czasu do czasu trzeba wyrzucić z siebie wszystko, co skrywamy przed światem. Nieraz wypływa to z nas zupełnie naturalnie, obruszone przez jakąś nic nie znaczącą drobnostkę, lecz nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować.
- Kochanie, co jest? – spytał, chwytając mnie delikatnie za podbródek. – Coś się stało, chcesz wracać do domu?
- Nie, po – po prostu… - jąkałam się. – Tak jakoś… - mruknęłam, pociągając nosem - Nic się nie stało, to wszystko tak się nagromadziło i… - wydukałam z trudem.
- I musisz sobie popłakać? – szepnął, przytulając mnie mocno.
- I mam odciski na rękach od tych cholernych kul. – warknęłam zrezygnowana. – Chyba nieraz chciałabym być bardziej samowystarczalna, niż jestem w stanie. – uśmiechnęłam się smutno.
- Czasem trzeba pozwolić sobie pomóc. – odparł, całując mnie w czoło. – Już lepiej?
- Tak. – powiedziałam cicho, wtulając się mocniej w jego tors. Jakie to uczucie tkwić w ramionach obiektu westchnień połowy świata? Nieco smutne, muszę przyznać. Dziwnie jest unieszczęśliwiać tak wielki odsetek kobiet na ziemi, do którego jeszcze niedawno sama należałam.
- Jak się czujesz? – spytał nagle mężczyzna, wyrywając mnie z zamyślenia. – Boli cię ta noga?
- Nie, pod warunkiem, że nic nie strzeli mi w kostce. Jest dobrze. – zaśmiałam się.
- A jak strzeli? – dopytywał.
- Nie pytaj, jeśli nie chcesz usłyszeć kilku zdań w języku ludzi ulicy. – odparłam. – Chciałabym być dla ciebie taką kobietą, o jakiej marzysz, a nie taką, która jest jaka jest.
- Skarbie… - westchnął ciężko. – Ile razy mam powtarzać Ci to samo? Dla mnie… - zaczął, ale mu przerwałam.
- Dla ciebie, dla ciebie… Czy mogę zrobić coś dla własnej satysfakcji? – warknęłam poirytowana.
- Możesz, oczywiście, że możesz. – szepnął mi do ucha. – Ale proszę, nie nadwyrężaj się przy tym za bardzo. Nie rób nic ponad siły.
- Kocham cię, mój aniele stróżu. – rzuciłam, całując go soczyście w usta. – Tak bardzo cieszę się, że mam cię przy sobie. Nawet nie wiesz, jak bardzo.

***

                Była prawdziwą różą – pięknym kwiatem z potrafiącymi zranić do krwi kolcami, które czyniły ją groźną, nieco nieprzystępną, stanowiąc jej pancerz i broń. Należało zbliżać się do niej powoli i ostrożnie, by nie musiała atakować. Delikatnie pielęgnować i doglądać każdego dnia czy rośnie w zdrowiu, czy nie trapi jej jakieś zmartwienie. Czerwona jak świeża krew, żarząca się w promieniach słońca, z pozoru silna i olśniewająca, lecz w środku wrażliwa i czuła.
                Siedząc obok mnie była drobną, bezbronną dziewczyną, której ramiona ciasno oplatały mój tułów. Delektowałem się ciepłem jej oddechu na karku, uwielbiałem jej bliskość, pragnąłem jej, nie w sposób wulgarny, ale z czułością. Mówią, że na świecie nie ma ludzi idealnych, że to mit, ale tak naprawdę to kompletna bzdura. Osoba, którą pokochamy – tak naprawdę, całym sobą – staje się dla nas żywą perfekcją, a jej wady atutami. Dzieje się tak, ponieważ serce jest w stanie zatuszować wszystko, co złe, a my nie mamy na to absolutnie żadnego wpływu.
                Spała z głową opartą na moim barku, oczy miała przymknięte, choć jej powieki nie schodziły się zupełnie. W żadnym wypadku nie chciałem jej budzić – wyglądała uroczo, jak mała dziewczynka wtulona w ukochaną przytulankę – ale niestety nie miałem innego wyjścia. Samochód nagle się zatrzymał, dając mi tym samym znak, że jesteśmy już na miejscu.
- Rosie… - mruknąłem do jej ucha. – Obudź się słońce, dojechaliśmy.
- Co? – zapytała zdziwiona zaspanym głosem. – Matko, długo tak spałam?
- Całą drogę. – odparłem wesoło.
- Przepraszam, nawet nie wiem kiedy odleciałam. – powiedziała tonem pełnym skruchy. – Ale dokąd mnie zabrałeś?
- Nie poznajesz tego miejsca? – rzuciłem, otwierając przed dziewczyną drzwi limuzyny. Spojrzała na mnie zdziwiona, otwierając delikatnie usta.
- To tutaj… Tu mnie pierwszy raz zabrałeś. – mruknęła, próbując do mnie podejść, lecz natychmiast ją zatrzymałem.
- Kule. – odrzekłem stanowczo. – Albo na ręce cię wezmę.
- Jesteś okropny! – krzyknęła, szturchając mnie w bok. – Bez przekupstwa nie ma mowy.
- I kto tu jest okropny? – zbliżyłem się do niej, muskając delikatnie jej usta.
- Tylko tyle? – mruknęła zalotnie, a ja nie zastanawiając się długo wtopiłem się w te słodkie wargi, całując namiętnie, zachłannie, rękoma błądząc po jej plecach. – Teraz jestem skłonna ulec… - odrzekła, gdy oderwaliśmy się od siebie.
- Kobiety…

***

                Jeszcze nie tak dawno temu nie potrafiłabym powiedzieć, że jakikolwiek mężczyzna jest w stanie działać na mnie tak magnetyzująco. Każdy mijany na ulicy facet zwykł przyprawiać mnie o dreszcze, napawać strachem. Nagle zdarzył się jakby cud, który odmienił moje życie, wychodząc naprzeciw mnie i podając dłoń. Bez wahania ją chwyciłam, a on zwyczajnie pomógł mi wstać, zyskując tym samym moje serce na wyłączność.
                Lokal wyglądał tak samo jak poprzednio – kolor ścian, natężenie świateł, czy układ stolików nic się nie zmieniły. Nawet mój strój był równie nieelegancki, jak tamtego pamiętnego razu. Choć restauracja była zupełnie pusta, zarezerwowane było do nas specjalne miejsce, przy którym czekał już kelner z butelką czerwonego, zapewne drogiego, wina.
- Dziękuję. – rzucił ściszonym głosem Michael, dając tym znak kelnerowi, by odszedł.
- Pół roku… Dokładnie pół roku. – mruknęłam, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Tak w sumie to jakiś miesiąc. – zaśmiał się. – No wiesz, nie było nam dane za dużo czasu spędzić tak, jak byśmy chcieli. – uśmiechnął się smutno. – Ale teraz już będzie dobrze. – dodał, składając delikatny pocałunek na mojej dłoni.
                Nie mogłam oderwać od niego wzroku, wróciły do mnie wszystkie wspomnienia tamtego wieczoru. Onieśmielał mnie jak nigdy, jego sarnie oczy połyskiwały, a kości policzkowe uwydatniały się na jego twarzy bardziej niż kiedykolwiek. Gładka, niepokryta żadnymi zmarszczkami skóra i wręcz perfekcyjna cera nadawały mu chłopięcego uroku. Choć miałam świadomość, że nie było to do końca zasługą natury, uwielbiałam go właśnie takiego – wiecznego chłopca z malutkim, uroczo zadartym noskiem i zniewalającym uśmiechem. On także patrzył na mnie tak, jak patrzy ktoś, kto kocha – ciepłym, czułym i pełnym troski spojrzeniem, przewiercającym mnie niemal na wylot. Poczułam, jak na moją twarz wstępują rumieńce, zawstydzona spuściłam głowę.
- Wiesz? – mruknął. – Włosy też masz bardzo ładne, ale chyba wolę gapić ci się w oczy. – powiedział, ukazując mi rząd białych perełek. – Myślałem o nas. Dużo myślałem. – westchnął. – Nie przeszkadza ci to, że media tak nas napastują? Później nie będzie już odwrotu.

- Czy mi to nie przeszkadza? – zapytałam, nie wierząc w to, co słyszę. – Dlaczego pyta mnie o to najbardziej rozchwytywany piosenkarz świata?
- Bo nie chcę zniszczyć ci życia… - mruknął. – Jesteś dla mnie najważniejsza i chcę chronić przed tymi hienami. Tak samo, jak nasze dzieci. Oni są zdolni do wszystkiego.
- Ty jesteś moim życiem. – odparłam. – I nie pozwolę, żeby cię zniszczyli. Nie ma już podziału na „ty” i „ja”, jesteśmy „my”, rozumiesz? Tylko razem możemy dać sobie radę. Pamiętasz, co sobie obiecaliśmy?
- „Cokolwiek się stanie, nie puszczaj mej dłoni.” – zacytował, biorąc łyk wina. – Chociaż tutaj już nawet nie chodzi mi o media. Fani w takich sytuacjach dzielą się na dwa obozy i działają z mocą nadchodzącego tornada. – szepnął zrezygnowany.
- Co masz na myśli? – spytałam skołowana jego słowami.
- Jedni będą cię kochać, a drudzy nienawidzić. Jedni zrobią z ciebie gwiazdę, sygnowaną moim nazwiskiem, a drugi będą widzieli w tobie swojego najgorszego wroga. – powiedział smutno. – Kocham swoich fanów, ale oni nie uznają czegoś takiego, jak życie prywatne ich idola. Angażują się we wszystkie jego aspekty, chcą wiedzieć wszystko. Nieraz nawet za dużo. – dodał.
- Nie martw się, jakoś to przeżyję. – odpowiedziałam, uśmiechając się złowieszczo. – W końcu te kule są na tyle niebezpieczne, że jestem w stanie pozbyć się wszystkich groupies w pobliżu jednym machnięciem. – zaśmiałam się. Doskonale wiedziałam co czują te dziewczyny, a Michael niewątpliwie miał rację, choć mimo wszystko, moje położenie jak najbardziej mnie satysfakcjonowało. Nie przykładałam wagi do tego typu rzeczy, miałam świadomość, że razem możemy wszystko. W tym krótkim czasie życie zdążyło już wiele razy wystawić nas na próbę, lecz w każdym przypadku wychodziliśmy z tego bez szwanku. Miłości nie da się tak po prostu wymazać, pokruszyć, czy zburzyć – jeśli istnieje naprawdę, będzie trwać wiecznie i nikt ani nic nie jest w stanie tego zmienić.

***

                Po powrocie do domu cudowna atmosfera jakby prysła, rozmyła się, umknęła. Dziewczyna siedziała w milczeniu na wielkim łóżku i pogrążona w myślach szarpała delikatnie palcami satynową pościel. Podejrzewając, co leży jej na sercu, przybliżyłem się do niej, chcąc objąć ukochaną ramieniem, lecz ta odsunęła się. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w sercu.
- Ja tak bardzo chciałabym ci to dać, tę przyjemność… - zaszlochała. – Jak zrobiłaby to każda inna. Chciałabym cię uszczęśliwić, ale nie umiem…
- Nie musisz się zmuszać. To ma być przyjemność dla ciebie, a nie obowiązek… - szepnąłem gładząc ją po ramieniu.
- To nie jest przyjemność. Kobieta powinna umieć zaspokoić mężczyznę. Jak się kogoś kocha, ból nie jest przeszkodą. On po prostu jest, ale jak się kogoś kocha, to trzeba mu to dać, nie można patrzeć na siebie. – mówiła, jakby w jakimś amoku, wzrok miała nieobecny, z jej oczu ciekły łzy. Złe wspomnienia porażały ją do tego stopnia, że przestawała myśleć racjonalnie.
- Kochanie… - mruknąłem, przytulając ją. – To nie jest obligacja, uwierz mi. To jest najwyższy etap miłości dwóch osób, nie jednej. Mężczyzna nie może zadać kobiecie bólu. Pod żadnym pozorem. Już nikt nigdy cię nie skrzywdzi. Obiecuję. – ucałowałem ją w sam czubek głowy, czując jak się uspokaja.
- I to nie boli? – zapytała niewinnie, niczym dziecko.
- Absolutnie nie. – odpowiedziałem stanowczo.
- I mężczyzna nie musi tego mieć? – powiedziała, spoglądając mi w oczy. Jej wzrok był obcy, wystraszony, jak gdyby przerażenie zawładnęło jej umysłem.
- Nie, w pierwszej kolejności powinien zadbać o zadowolenie swojej ukochanej. Inaczej jest skończonym dupkiem. – tłumaczyłem spokojnie.
- Dupkiem… - powtórzyła.
- Ufasz mi? – mruknąłem, zbliżając nasze twarze.
- Ufam. – odpowiedziała, wtapiając się w moje usta. Najdelikatniej jak tylko umiałem, ułożyłem ją na łóżku, a będąc tuż nad nią, patrzyłem jej głęboko w oczy.
- Chciałabym ci pokazać, że jest właśnie tak, jak mówię. – szepnąłem. – Na pewno?

- Kocham cię… - odparła cicho, dając mi przyzwolenie do działania. Składając drobne pocałunki na jej szyi, uniosłem tułów dziewczyny odrobinę do góry, pozbawiając ją cienkiej bluzeczki. Powoli kierowałem się w dół, zatrzymując po drodze na tych najwrażliwszych częściach jej ciała – delikatnie muskałem ustami piersi ukochanej, opuszkami palców błądziłem po dolnej partii pleców, by w końcu przejść do drażnienia rozgrzanymi wargami jej nagiego brzucha. Do moich uszu co chwilę dochodziły wdzięczne westchnienia dziewczyny przeplatane cichymi pojękiwaniami. Gdy dotarłem na sam dół, zatrzymałem się na chwilę, by ostatni raz poprosić Czerwonowłosą o pozwolenie, lecz ta tylko odchyliła głowę w geście zgody na każdy mój ruch. Niespiesznie pomogłem jej pozbyć się zbędnych części garderoby, które wciąż przysłaniały jej największy, cielesny sekret, wodząc następnie ustami po wewnętrznej części jej ud, czując narastające ciepło. Zbliżając się do celu, próbowałem maksymalnie pobudzić każdy milimetr jej ciała, gwarantując tym samym jeszcze przyjemniejszy finał, nie dbając ani odrobinę o własną satysfakcję. Kiedy dotknąłem jej skarbu, cała zadrżała, wydając z siebie nieco głośniejszy jęk. Gorącym językiem zwiedzałem każdy jej zakamarek, delikatnie pomagając sobie sprawnymi palcami, doprowadzając ją tym do kolejnych szczytów. Za każdym razem, gdy dziewczyna zaciskała uda na mojej głowie, jej ciało prężyło się jak struna, nie pozwalając mi przestać. Drżała, wydając z siebie błogie pomruki, kiedy ja, tracąc resztki sił bezwładnie opadłem na łóżko, wyrywając się z jej uścisku. Oddech miała płytki i przyspieszony, spoglądała na mnie z delikatnym uśmiechem na twarzy, nie mogąc jeszcze zapanować nad swoim ciałem. Po jej twarzy spływały kropelki potu, włosy stały się mokre, jak gdyby przed chwilą wyszła spod prysznica. Nie mówiąc nic, wtuliłem się w ukochaną i nawet nie wiem kiedy odpłynąłem do krainy snów.

***

Witam kochanych czytelników! <3
Słuchajcie, ta notka została napisana dość spontanicznie, ale i tak już długo zwlekałam.
Zbyt szczegółowy opis? Dobry? A może pobudzający? Czekam na Wasze opinie :)
Z notki jestem zadowolona. Ostatnio ogólnie całkiem mi się podoba to, co dla Was bazgrzę, to chyba dobrze.
Jak chyba zauważyliście, dość mocno zmienił się wygląd bloga - jak się podoba? :3
Przepraszam, że nie wrzucam Bena, ale zwyczajnie nie mam na niego weny - dajcie mu jeszcze z tydzień pozabawiać się z Dianą, a do Was wróci niebawem.
Pozdrawiam cieplutko! <3
Alex :)

P.S. Nowa notka w środę lub czwartek, wraz z życzeniami noworocznymi :)

12/26/2015

Don't Let Go Of My Hand: Dobry wąż



***

                Jedyną drogą do prawdziwego sukcesu, maksymalnego spełnienia jest dążenie do niego krok po kroku. Powoli, niespiesznie, z przerwami, ale skutecznie, progresywnie. Miłość musi rozwijać się stopniowo. Miłość, w znaczeniu oczywiście fizycznym, bo to, co dzieje się w naszych sercach i umysłach wybucha jakby nagle - w pewnym momencie po prostu uświadamiasz sobie, że kochasz i nie ma już odwrotu. Należy jednak pamiętać, że odległość między ciałami nie powinna od razu być za mała, dotyk zbyt nachalny, a pocałunek za bardzo namiętny – z początku trzeba zachować umiar, a potem można posuwać się już coraz dalej, śmielej. Tak, aby zbudować wzajemne zaufanie, na grubym, porządnym fundamencie. A gdy przyjdzie odpowiednia pora – przystąpić do działania.
                Wykorzystując moment, gdy byliśmy tylko we dwoje, zamknąłem drzwi na klucz i zbliżyłem się do dziewczyny, zatapiając dłoń w jej długich, gęstych włosach. Spojrzałem na nią, lecz ta przymknęła oczy, zupełnie jakby czytała mi w myślach.
- Powiedz, gdy będziesz chciała, abym przerwał. – szepnąłem, całując ją delikatnie, lecz szybko oderwałem się od niej, by przejść do muskania wargami jej szyi. Poddawała mi się, pozwalając na coraz śmielsze ruchy z mojej strony. Schodziłem niżej, aż do obojczyków, opuszkami palców wędrując wzdłuż kręgosłupa ukochanej. Bez wahania przeszedłem do rozpinania guziczków jej koszuli, kładąc ją przy tym jednocześnie na łóżku. Ustami wodziłem po brzuchu dziewczyny, składając na nim dziesiątki drobnych pocałunków. Pragnąłem pokazać, jak bardzo kocham każdy milimetr jej ciała, pomagając jej pozbyć się strachu przed moją bliskością. Pokusa zdobycia jej całej była niczym wobec głosu serca. Wiedziałem, że musiałem zapracować sobie na to, by móc nazwać ją w pełni swoją kobietą. Powędrowałem więc tym razem w górę, w kierunku jej piersi, szukając jednocześnie na plecach sprzączki od biustonosza. Dziewczyna jęknęła rozkosznie, pobudzając mnie do działania. Wargami zacząłem zataczać kręgi wokół dwóch odsłoniętych skarbów, dłonią błądząc coraz niżej, aż do tego najbardziej zakazanego miejsca.
- Stój. – mruknęła, na co natychmiast zabrałem rękę. – Przepraszam, ja…
- Wiem, nic nie szkodzi. – szepnąłem, gładząc ją po głowie. – Nie musisz się z tym spieszyć.
- Chciałabym, ale… - zaczęła, lecz położyłem palec na jej ustach.
- Jesteś piękna. – powiedziałem, nim zatopiłem się w jej słodkich wargach. – Chcę tylko, żebyś mi zaufała. Zaczekam, aż ostatnie „ale” zniknie. Musisz być pewna, nie możesz nic robić ze względu na mnie, pamiętaj.
- Naprawdę ci się podobam? – zapytała. – Przecież ty jesteś ideałem mężczyzny, kobiety mdleją na twój widok, mógłbyś mieć każdą, a ja kim jestem?
- Jesteś moją każdą, ciebie kocham i nic tego nie zmieni. Dla mnie inne nie istnieją. Jesteś ty, przysłoniłaś mi resztę świata. Nikt inny. – odparłem, bawiąc się jej włosami. – Ej, mów coś do mnie! – zaśmiałem się.
- Masz cudowne oczy. Właśnie mi powiedziały, że naprawdę tak myślisz. – powiedziała ściszonym głosem, w którym dało się słyszeć swoiste rozmarzenie. – Będę mogła już zawsze gapić się w nie godzinami?
- Jeśli tylko masz taką ochotę i są ciekawsze od tego, co puszczają w telewizji, chyba nie mam nic przeciwko. – odrzekłem z udawaną powagą. – Mogę spytać, dlaczego tak właściwie farbujesz włosy na czerwono? – zagadnąłem, zmieniając nagle temat.
- Bo serce, które krwawi, także ma prawo kochać… A róża, która kocha powinna być czerwona. Czerwony to kolor miłości. Czerwone jest wino, które uderza nam do głowy, jak miłość, którą żyjemy. – wyrecytowała na jednym oddechu. – Chciałam tylko pokazać, czym tak naprawdę żyję. A teraz – zbliżyła się do mnie. – mogę żyć tym w pełni.

***

                Czy jakikolwiek inny mężczyzna miałby tyle cierpliwości, czy potrafiłby tak długo walczyć z jakąś naturalną potrzebą? Być może są i tacy, ale znajdują się w tej zdecydowanej mniejszości. Większość z nich nie musi tego robić – ich kobiety są normalne, wiedzą, czego chcą. Kochasz? Ufasz? W czym problem? Właściwie, sama nie wiedziałam. Z jednej strony było mi źle z tym, że nie potrafiłam dać mu tak błahej rzeczy, lecz z drugiej, byłam szczęśliwa, że on to rozumiał i robił wszystko, co w jego mocy by pomóc mi pokonać strach.
                Gdy istnieje miłość, cały świat staje się niegroźny. Warunek jest tylko jeden – nie może zabraknąć zaangażowania obu ze stron. Kiedy go nie ma, każdy może ją zniszczyć, zburzyć niczym domek z kart. Dlatego tak ważne jest, by budząc się każdego ranka powiedzieć dwa proste słowa, a kładąc się spać ucałować ukochane usta. Bez drobnych gestów nie ma miłości – kochać, to nie znaczy przywieźć komuś na przyczepie samochodu Księżyc, czy zasypać drogimi prezentami, ale po prostu być i okazywać swoją obecność przy pomocy prostych uczynków.
- Chyba skoczę pod prysznic. – rzucił Michael, bawiąc się kosmykiem moich włosów.
- To ja zejdę sobie w tym czasie na dół. – powiedziałam wesoło, sięgając po kule. – Może zdążę, zanim skończysz. – zaśmiałam się.
- Poradzisz sobie? – zapytał z troską.
- Kochanie, już to przerabialiśmy. – odparłam, przewracając oczami. – Jestem dużą dziewczynką. – posłałam mu znaczące spojrzenie, zapinając guziki koszulki. – Dam sobie radę.
- Proszę cię, ostrożnie. – szepnął, kładąc mi dłoń na policzku. – Naprawdę się martwię.
- Spokojnie, przecież jestem mistrzem zjeżdżania po poręczy! – krzyknęłam radośnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu na widok jego złowrogiej miny. – Skarbie, przecież nie jestem nienormalna. Zaufaj mi, że wzywanie karetki nie będzie konieczne.
- Ufam ci, leć. – szepnął, całując mnie w czoło.
                Jak zwykle, trudna przeprawa zakończyła się sukcesem. Litry potu, łzy płynące z oczu to nic w porównaniu z poczuciem samodzielności – co prawda szczątkowym, ale i takie było to lepsze niż żadne. Zadowolona z siebie opadłam na sofę i odetchnęłam z ulgą. Dla innych było to zaledwie kilka schodów, których nikt nie liczył – dla mnie natomiast było to czternaście patrzących na mnie wrogo z dołu pułapek, chcących mnie zrzucić, bądź też zabić od razu. W każdej wolnej chwili odliczałam godziny pozostałe do zdjęcia gipsu. Byłam jak dziecko czekające na Gwiazdę – podniecone faktem, że dostanie prezent i zniecierpliwione oczekiwaniem na pojawienie się go pod choinką.
                Nie mam pojęcia ile czasu minęło – kilka, czy kilkanaście minut. Poczułam tylko, jak ktoś szarpie mnie za rękaw, skutecznie wyrywając mnie tym z drzemki.
- Mama, nie śpij! – pisnęła Bianca.
- Nie śpię kochanie, słucham? – mruknęłam, przecierając oczy. – Co się stało?
- Bo tatusia chciał ugryźć wąż! – krzyknęła roztrzęsiona.
- Skarbie, o czym ty mówisz? – spytałam zdziwiona. – Jaki wąż, gdzie?
- No w łazience! Taki duży! – mówiła dalej, a ja zrozumiawszy o co jej chodzi, z trudem powstrzymałam śmiech.
- Bee, on jest niegroźny, wiesz? To taki dobry wąż. – powiedziałam, uśmiechając się lekko.
- Na pewno? Ja nie chcę, żeby go zjadł! – odparła przejęta.
- Spokojnie córciu. On go nie zje. – pogłaskałam ją po głowie. – A teraz idź do swojego pokoju, dobrze?
                Dziewczynka, widocznie uspokojona, kiwnęła tylko głową i posłusznie wyszła z pomieszczenia. Przez chwilę analizowałam jej słowa, lecz nagle zauważyłam w drzwiach sprawcę zamieszania.
- Nie uwierzysz co się stało! – krzyknął do mnie. Na twarzy miał czerwone rumieńce, a mokre włosy puszczone swobodnie wzdłuż karku.
- Wąż chciał cię zjeść. – odparłam, tłumiąc śmiech.
- Że co?! – wrzasnął. – O czym ty mówisz, jaki wąż?! Bianca mi wlazła do łazienki, bo cię szukała. – dodał ściszonym głosem.
- No właśnie o tym mówię. – powiedziałam, przygryzając wargę. – Nasza mała córeczka, wystraszona przybiegła do mnie i od razu doniosła mi na tego niedobrego węża, który chciał cię zjeść. I był taki duży. – pokazałam gestem rozmiar „gada”, na co mój ukochany ukrył twarz w dłoniach.
- O mój Boże… - mruknął, na co wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. – Poważnie? Wąż?
- Istny pyton. – dodałam, rechocząc jak głupia. – Spokojnie, wytłumaczyłam jej, że to taki dobry wąż. – puściłam mu oczko, wciąż nie mogąc się uspokoić. Spojrzał na mnie zażenowany, co jeszcze pogorszyło sytuację.
- I co cię tak śmieszy? – rzucił złowrogo.
- On naprawdę taki wielki? No wiesz, ten drapieżny wąż? A może chciałby mnie pożreć? – zaśmiałam się, przybliżając się do niego zalotnie.
- Dlaczego tak mnie zwodzisz małpo, co? – zerknął na mnie, przygryzając wargę. – A masz za to! – krzyknął, rzucając się na mnie i łaskocząc, gdzie tylko się dało. Piszczałam, błagałam by przestał, ale to nic nie działało.
- Przeproś za to, że się ze mnie nabijasz! – rzucił, śmiejąc się jak popaprany. – No przeproś!
- O nie, zapo… No dobra, przepraszam! – wrzasnęłam, nie mogąc już dłużej znieść tych tortur.
- Ładniej! – powiedział ściszonym głosem, grożąc mi gestem ręki. – Bo jak nie, to…
- Bardzo, ale to bardzo przepraszam… - szepnęłam, patrząc mu głęboko w oczy. – Wybaczysz mi?
- I tak jesteś małpą. – zaśmiał się, schodząc ze mnie.
- I co, mam się bać, że mnie wąż połknie w całości? – zapytałam, posyłając mu zadziorny uśmiech.
- Mało ci jeszcze? Uważaj, bo jeszcze tak się stanie. – burknął, udając powagę.
- Przecież ja nic nie mówiłam…

***

                Choć cała ta sytuacja przyprawiła mnie o wyższe ciśnienie, sam nie byłem w stanie powstrzymać śmiechu. Nie mogłem jednak winić za to Bianci – taki w końcu urok dziecka, że najpierw robi, a potem myśli. Na szczęście, szybko o tym zapomniała i o słynnym wężu nie dowiedział się nikt poza naszą trójką. A przynajmniej taką mam nadzieję.
                Kolejne dni mijały dość spokojnie, pomijając kilka burz o moją nadopiekuńczość. Czerwonowłosa wróciła do dawnego koloru włosów, wszystko zaczynało układać się tak, jak kiedyś. Czasopisma spłonęły w kominku, o „gadzie” nikt nawet nie wspominał, rodzice od tamtej pory ani razu nie wpadli z wizytą. Z dnia na dzień, czułem coraz bardziej, mocniej i pewniej, że szczęście do mnie wróciło. Na zawsze.
                Wreszcie nadszedł moment, wyczekiwany nie tylko przez Rosę, ale i przez nas wszystkich. Dla mnie miał on szczególne znaczenie. Czekałem pod gabinetem lekarskim, nasłuchując, czy aby przypadkiem nie jestem tam potrzebny.
- Proszę nie szarżować z tą nogą. I nie odstawiać kul przez najbliższe sześć tygodni. Panie Jackson, mam nadzieję, że dopilnuje pan swojej… - lekarz spojrzał na mnie pytająco, otwierając dziewczynie drzwi.
- Narzeczonej. – powiedziałem dumnie.
- Tak, właśnie. Że dopilnuje pan swojej narzeczonej, aby przestrzegała naszych zaleceń i nie przeciążała tej nogi. – rzucił zrezygnowany ortopeda.
- Bo nie rozumiem, jaki jest sens chodzenia z tymi pieprzonymi kulami, skoro zdjęliście mi z nogi ten syf. – warknęła - Zrosło się? Zrosło. Więc o co chodzi? Ludzie święci, ja mam dzieci, nie chcę korzystać z pomocy miliona gosposi, tylko dlatego, że pragniecie utrudnić mi życie. – dodała wzburzona.
- Panno Calfucci, czy pani jest lekarzem, czy ja? – odparł zdenerwowany lekarz.
- W papierach niby pan, ale nie widzę efektów tej pańskiej edukacji, skoro nie umie pan zwykłej, głupiutkiej pacjentce tego wytłumaczyć! – krzyknęła, zwracając tym samym uwagę wszystkich zgromadzonych na korytarzu.
- Powiedziałem przecież, że nie może pani odstawić na razie kul. – fuknął koleś w białym kitlu, coraz bardziej mnie irytując.
- Po prostu chcę dowiedzieć się, dlaczego do jasnej cholery nie wolno mi tej nogi obciążać. – odrzekła spokojniej.
- Wystarczy. – powiedziałem. – Wyślę panu czek pocztą, a teraz żegnam. – rzuciłem z niechęcią. – Chodź kochanie. – uśmiechnąłem się delikatnie do dziewczyny. – Samochód czeka na nas pod wejściem.
                Szedłem powoli, lecz ona i tak próbowała gonić naprzód, udając, że jest w pełni sił. Podziwiałem jej samozaparcie, choć wiedziałem, że jest ono spowodowane niczym innym, jak tym, że życie jakiś czas temu zmusiło ją, by dorosła i była w pełni samodzielna. Nienawidziła poczucia bezsilności, nie mogła znieść, gdy ktoś pragnął jej pomóc. W każdym dostrzegała jedynie pełne litości spojrzenie, nie potrafiąc niekiedy odczytać dobrych intencji drugiego człowieka. Niestety, nie zawsze było to dobre, ale każdy ma jakieś wady – nie ukrywam, że jej wadą było właśnie to.
- Co za bałwan… - mruknęła. – W łeb go strzelić i tyle. Doktorzyna zasrany. – dodała.
- Ach… - objąłem ją ramieniem, gdy zrobiła sobie chwilę przerwy, aby odpocząć. – Po co tam się spieszysz? Męczysz się tylko niepotrzebnie.
- Troszeczkę. Nie przesadzaj, chodź. – chciała ruszyć, lecz powstrzymałem ją. – Co jest?
- Chciałbym zabrać cię w pewne miejsce. Pozwolisz? – zapytałem, uśmiechając się do niej.
- Michael, co ty kombinujesz? – westchnęła, patrząc mi w oczy.
- Zobaczysz…

***
Heeej!

Zacznę od pewnej piosenki powiązanej poniekąd z treścią rozdziału, którą kazała mi umieścić Dominika. Enjoy! XD

---


---

A teraz tak poważnie: z notki jestem zadowolona jak nigdy! O co Wy o niej sądzicie? Czekam na komentarze i mam nadzieję, że nikt nie jest zażenowany treścią i komizmem tego rozdziału.
Miłego dnia! W poniedziałek lub wtorek powinien pojawić się Benek! 
Buziaki! :*
Alex :)

12/23/2015

Don't Let Go Of My Hand: Kolorowe czasopisma świętoszka



***

            Kiedy ktoś potrafi trafić w twój czuły punkt, może zupełnie niespodziewanie przejąć nad tobą kontrolę. Każdy kolejny cios zadaje ci niewyobrażalny ból, coraz bardziej osłabia. Z początku paraliżuje cię strach, ale im dłużej to trwa, człowiek jest w stanie się przyzwyczaić. Co prawda, nie jest to łatwe, ale stopniowo buduje wokół siebie kamienną fortecę, rodem ze średniowiecznych grodów, chroniąc się tam przed kolejnymi najazdami, napadami i wymierzonymi w nią kulami armatnimi. Lecz jak długo można udawać, że nie dochodzą do nas obelgi z ust najeźdźców odgrodzonych od nas potężnym murem? Kiedyś nadchodzi taka chwila, aby to zakończyć. Odeprzeć atak. Ukazać swą siłę. Zatriumfować.
            Czułem, że ten moment wreszcie dla mnie nadszedł. Miałem już prawie czterdzieści lat, trójkę dzieci i kobietę, z którą chciałem spędzić resztę życia, a ona wcale temu nie protestowała. Zdawało mi się, że rosnę. Rodziłem się na nowo, by zawalczyć o to, co moje. Powstałem z kolan, żeby ukazać kim jestem. Nadszedł czas, bym sam zadecydował o swoim życiu i ustanowił co powinno być ustanowione, bez względu na jakiekolwiek opinie innych.
- Kochanie? – mruknąłem, wchodząc do pokoju Rosie. – Mogę na chwilę?

- Wiesz? – zaczęła mówić zapatrzona w sufit, zupełnie ignorując moje pytanie. – Może ja faktycznie się nie nadaję? Zobacz, ile razy próbowałam się do ciebie zbliżyć, nie byłam w stanie się przełamać. Przecież doskonale wiem, że nie zrobisz mi krzywdy. Jest świetnie do pewnej chwili – a potem – pyk – blokada, brak dostępu. Nie ma. – zaśmiała się kpiąco.
- To nie jest najważniejsze. – powiedziałem, ujmując jej dłonie. – Grunt, że jesteś ze mną, a takie rzeczy nie mają znaczenia.
- Gdyby nie miały znaczenia, nie byłoby rasy ludzkiej. – odrzekła, wciąż unikając mojego wzroku. – Michael, to jest ważne, każdy normalny facet tego chce, ty też, nie próbuj się oszukiwać. Nie umiem spełnić oczekiwań mężczyzny i tyle. Twój ojciec miał rację. – rzuciła, spuszczając głowę.
- Chcieć nie zawsze oznacza musieć posiąść, pamiętaj o tym. – chwyciłem jej twarz i uniosłem delikatnie, zmuszając ją, by na mnie spojrzała. – Dla ciebie mogę czekać całą wieczność, rozumiesz? To, co mówił Joseph to stek bzdur. Wstyd mi za niego. – mruknąłem zrezygnowany.
- Nie możesz wstydzić się za jego słowa. On mówił prawdę, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. – jej oczy nagle rozżarzyły się. – Ale nie wybaczę mu tego, co powiedział o Biance. O mnie może mówić co chce, proszę bardzo. Nie pozwolę jednak, żeby jakiś podstarzały dupek, czyimkolwiek ojcem by nie był, obrażał moje dziecko, w dodatku w taki sposób! Ludzie, czemu moje maleństwo jest winne?! – krzyknęła ze łzami w oczach.
- Nasze dziecko. – szepnąłem, otulając ją ramieniem. – Bianca jest moją córeczką i zawsze nią będzie, czy mu się to podoba, czy nie. Nie może mną już dłużej pomiatać. Rosie, nie płacz… - pogłaskałem ją po włosach. – Kocham cię, kocham was, a on czy ktokolwiek inny nie zmieni tego w żaden sposób.
- Twoja mama to taka wspaniała kobieta. Podziwiam ją, jak ona z nim wytrzymuje? – prychnęła.
- Wiesz, też zawsze się nad tym zastanawiałem. Wiele razy sugerowałem jej, żeby go zostawiła, ale nieraz miłość, nawet ta najbardziej toksyczna jest wieczna. Cóż więc zrobić?
- Dać mi buziaka. - uśmiechnęła się. Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku. - Oby i nasza taka miłość była.
- Toksyczna? - zapytałem zdziwiony.
- Wieczna geniuszu, wieczna. - powiedziała, przewracając oczami. - Mógłbyś porozmawiać z Bee? Wydaje mi się, że za bardzo wzięła sobie do serca słowa Josepha.
- To właśnie zamierzałem zrobić. - odparłem. - Zabiorę dzieciaki na karuzelę. Dasz sobie radę sama?
- Właściwie, to miałam do ciebie pytanie. - spojrzałem na nią pytająco. - Wiesz, i tak każdą noc spędzamy razem, może przeniesiemy się do jednej sypialni?
- Czyżby jakieś niemoralne propozycje, panno Calfucci? - zaśmiałem się. - Myślę, że to świetny pomysł. Pod warunkiem, że przeniesiesz się do mnie. - wyszczerzyłem zęby, czekając na jej reakcję.
- Skąd wiedziałam, że to powiesz... Dobrze, uprzątnę trochę ten syf w szafkach. - udałem, że nie słyszałem tego, co powiedziała. - Nie graj durnia, wyrzucę wszystkie graty z tych twoich szufladek. Co ty chcesz, papierki po cukierkach dla potomności zachować? 
- Nie sprzątałem tam od kilku lat... - odpowiedziałem zakłopotany.
- Czas najwyższy, panie Jackson. Przynajmniej do czegoś ci się baba przyda.

***
            Miłość jest dziwnym, niezdefiniowanym jasno uczuciem. Nie da się określić jej granic. Prawdopodobnie takie nawet nie istnieją. Jednak niektóre pragnienia trzeba spełniać, są bowiem podstawą, bazą udanego związku. Miłość fizyczna jest uzupełnieniem układanki, którą bez tego zasadniczego elementu może się łatwo rozsypać. Nie ma takiej osoby, która by tego nie potrzebowała. Ludzi ciągnie do siebie niczym dwa przeciwne bieguny magnetyczne, taka jest nasza natura, tak skonstruowany jest świat. Nie można od tego uciec, prędzej czy później do tego dojdzie, w pewnym momencie strach minie, bariera się skruszy, zostaną tylko dwa spragnione, złączone ze sobą ciała, w namiętnym tańcu, choreografii ułożonej przez nich samych.
            Wzdychając głęboko, usiadłam na skraju łóżka, lustrując uważnie wzrokiem wszystkie szafy, szafki i szafeczki. Ku mojej wielkiej uciesze, było ich tu od groma – za przyzwoleniem gospodarza mogłam beztrosko szperać, grzebać, wywalać i przewracać wszystko, jak tylko mi się podobało. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką uwielbiałam przeszukiwać wszelkie kredensy i szufladki rodziców, odkrywając wszystkie sekrety ich życia po zmroku, czy też miliony przepisów na ciasta i ciasteczka. Pewnego razu na gorącym uczynku przyłapał mnie tata – udałam wtedy, że zajęta byłam odczytywaniem tajemnej receptury na domowy syrop malinowy. Nigdy nie zapomnę jego miny, gdy zobaczył, że studiowałam jednak zupełnie inną lekturę, której treść do dziś pozostawała w mej pamięci. Teraz czułam, jak gdyby to wszystko wróciło. Fakt faktem, może i nie byłam w stanie nigdzie pobiec, ale duchem przeniosłam się z powrotem do tego cudownego okresu w życiu człowieka, zwanego dzieciństwem.
            Przeszukiwałam już ostatnią szufladkę, wciąż śmiejąc się ze starych zdjęć Michaela, które udało mi się znaleźć. W tym momencie pewien element szczególnie przykuł moją uwagę. Ukryty na samym dnie, pod całą stertą różnych innych szpargałów i rupieci. Gdy dokopałam się do tajemniczego skarbu, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nagle zza drzwi usłyszałam śmiechy dzieciaków.
- Następnym razem wygram! – krzyknął Michael, wchodząc do pokoju.
- Następnym razem to się porzygasz! – odpowiedział mu Prince, drąc się z dołu.
- I jak tam ci idzie, kochanie? – mruknął widocznie zadowolony z zabawy z dziećmi. – Wysprzątałaś już każdy zakątek?
- Czy mógłbyś wejść i zamknąć drzwi? – syknęłam, lecz on nie zauważył w moim tonie nic nadzwyczajnego.
- A co, masz coś dla mnie? – zapytał, zastosowawszy się do moich poleceń i podszedł do mnie, próbując ucałować mnie w szyję, ale natychmiast odwróciłam się do niego twarzą.
- Owszem, mam coś dla ciebie. Cały stos gazetek z nagimi babami. – warknęłam. – Który chyba nawet jest twój, bo nie przypominam sobie, żebym to ja je tu włożyła!
- Ale… - zająknął się.
- Ale przecież ty nie patrzysz w ten sposób na kobiety, prawda? – prychnęłam. – Przecież ty nie potrzebujesz seksu, nie? Tobie wystarczą gołe dupy z tych dennych czasopism i własna ręka! – krzyczałam. – To dlatego tak… Odejdź ode mnie! – wrzasnęłam, gdy do mnie podszedł.
- Może… - znów próbował coś powiedzieć, ale i tym razem nie pozwoliłam mu dojść do słowa.
- Tak, dla ciebie to się nie liczy! Anioł bez potrzeb fizycznych! Myślałby kto! – fuknęłam z ironią. – Cholera, aż tak bardzo ci tego brakuje? Proszę, idź, ja cię nie trzymam, ty… - darłam się, czując jak po policzkach spływają mi łzy.
            Nie dokończyłam – mężczyzna zbliżył się do mnie, unieruchomił mi ręce za plecami i zatopił się w moich ustach, mimo, że początkowo stawiałam mu opór. Był stanowczy, silny, dominował nade mną, jednocześnie wcale nie tracąc swojej niezwykłej delikatności i wyczucia. Skutecznie zamknął mi usta, choć byłam wściekła tak na niego, jak i na siebie samą. Nie potrafiłam mu się jednak w żaden sposób oprzeć – takie właśnie są konsekwencje tej bezgranicznej miłości wobec drugiej osoby.
- Czy teraz możesz mnie wreszcie wysłuchać? – zapytał spokojnie, odrywając się ode mnie.
- Wykorzystujesz moje słabostki. A mam inne wyjście? – powiedziałam, przewracając oczami. – Proszę, czekam na jakieś sensowne wyjaśnienie, panie Jackson, kochający, wzorowy tatu…
- Zamkniesz się wreszcie? – warknął, spoglądając na mnie złowrogo. – Dobrze, przyznaję się, to moje.
- Coś jeszcze? – spytałam kpiąco.
- Skoro trzymasz te gazetki w ręku, proszę, zrób z nich użytek i spójrz na datę wydania. – mruknął, a ja niechętnie spojrzałam na okładkę, na której jakaś seksowna aktorka pozowała w samej bieliźnie. Jej ciału blisko było do ideału, w przeciwieństwie do mojego. Ogarnęło mnie poczucie beznadziei, rezygnacji i chęć zapadnięcia się pod ziemię. Tak naprawdę nie mogłam mu się dziwić. Co taki mężczyzna jak on widział w takiej poturbowanej sierocie jak ja?
- Wrzesień ’91. Październik ’91. Luty ’90… - czytałam kolejne daty, czując narastający wstyd.
- Rosa, ja naprawdę nie miałem ich w rękach od dobrych kilku lat… Pewnie były gdzieś na dnie jakiejś szuflady, wrzucone i zapomniane… - mruknął zażenowany. – Powinienem był je dawno wyrzucić. Albo nigdy nie kupować. Rosie – zbliżył się do mnie, gdy spuściłam głowę. – Naprawdę nie mógłbym… Teraz mi wierzysz?
- Przepraszam, ale… - szepnęłam, ale natychmiast wszedł mi w słowo.
- Nie przepraszaj. Każdy tak by zareagował. Zapomnijmy o tym, dobrze? – odparł, całując mnie w czoło i przytulając. – Stare dzieje. To było dawno i nieprawda.
 
***

            Tylko ktoś, kto naprawdę kocha potrafi zrozumieć, wysłuchać i zachować w tajemnicy nawet tak żenującą sytuację jak ta – co prawda, niekiedy trzeba nieco przekonać tę osobę do wysłuchania naszych tłumaczeń, ale to jeszcze nic nie znaczy. Zastanawiałem się, co mogła czuć, gdy to znalazła – smutek, ból, zawód, czy może wszystko naraz. Nie chciałem jej ranić. Była dla mnie wszystkim, stanowiła część mojego świata, należała do zamkniętego kręgu tych, przed którymi mogłem być sobą i nie musiałem udawać nikogo innego. To ona nauczyła mnie czym jest miłość, pokazała nieco inną drogę do szczęścia, niż ta którą znałem – lepszą, szerszą, prostszą.
- Co tak nagle zamilkłeś, świętoszku? – zapytała dziewczyna, spoglądając mi w oczy.
- Za każdym razem gdy jesteś przy mnie, czuję magię, której nie umiem opisać słowami. Magię, która porywa moje ciało i duszę. Chcą tańczyć, choć nikt dla nich nie gra. Chciałyby śpiewać, lecz nie ma pieśni, która mogłaby opiewać twoje piękno. Nie ma jednak takich słów, które mogłyby to powiedzieć. Czynisz mnie niemym, odbierasz mi mowę… - mówiłem szeptem wprost do jej ucha.
- To jakim sposobem mi tu gadasz, w dodatku wierszem? – zaśmiała się. – Wariat.
- Ale za to jaki kochany. – dodałem.
- Oj, bardzo, ale to bardzo kochany… Świętoszek.

***

Moi kochani!

W związku ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia życzę Wam i sobie:
- Michaela,
- Michaela,
- Jeszcze więcej Michaela,
- Rodzinnego ciepła, spokoju, szczęścia, samych radosnych chwil, dużo zdrowia i rozwiązania wszelkich problemów!

Nie umiem składać życzeń - wszystkiego dobrego!
Tymczasem, zapraszam do komentowania i życzę miłego wieczorku!
Następna notka w sobotę :)
Pozdrawiam!
Alex :)

12/19/2015

You've Got A Friend In Me: Inny punkt widzenia

(Nie wiem dlaczego ta piosenka, ale jest piękna, więc niech będzie)

***

                Nasz największy sekret, skarb ukrywany przez wiele lat przed tym okropnym światem został właśnie odkopany, choć nikt nawet nie musiał rozszyfrowywać mapy. Zupełnie tak, jak gdyby podano go rąk pierwszemu, lepszemu przechodniowi. Poczułam ukłucie w sercu, chłodny dreszcz przebiegł mnie po plecach, a oddech przyspieszył. W mojej głowie gromadziły się przeróżne myśli, od wieków nieporuszane wątki, a ja sama miałam wrażenie, jak gdybym stała obok siebie i przyglądała się tej roztrzęsionej kobiecie, którą właśnie byłam.
                Gdy klamka poruszyła się, automatycznie odskoczyłam na bok. Z reguły nie byłam osobą, którą często paraliżował stres, ale tego razu tak właśnie było. Niestety – musiałam dokończyć to, co zaczęto bez mojej woli. Mój mąż powiedział zbyt wiele, aby zostało zapomniane, lecz i za mało, by pozwolić innym zrozumieć.
- To do zobaczenia jutro. – usłyszałam głos dziewczyny.
- Ojej, wychodzisz już? – zagadnęłam nerwowo. – Myślałam, że napijemy się kawy i pogadamy sobie – no wiesz, tak o babskich sprawach, bo ile można tak w facetami gadać. Ba, gadać do nich, przecież i tak nie mają nic do powiedzenia. – zaśmiałam się sztucznie.
- Bardzo śmieszne. – wtrącił się Benjamin. – A poza tym, od kiedy jesteś plotkarą?
- Każda kobieta nieraz tego potrzebuje. – rzuciła wesoło blondynka. – Akurat dziś mi się nie spieszy, więc z chęcią chwilę zostanę.
- To super. – powiedziałam z udawanym entuzjazmem. – A ty wołaj naszą ukochaną młodzież na obiad, wszystko macie przygotowane na stole w jadalni. – zwróciłam się do męża, na co kiwnął głową i odmaszerował, nawołując dzieciaki już z drugiego końca korytarza. – Mad, idź proszę na taras, a ja za chwilę przyjdę.

***

                Choć kobieta pozornie sprawiała wrażenie nad wyraz miłej, wyczuwałam, że coś było na rzeczy. Zachowywała się inaczej niż zwykle, dało się od niej wyczuć swego rodzaju niepokój, ale mogłam jedynie domyślać się o co jej chodziło. Nie minęła kilka chwil, gdy weszła na taras z tacą, niosąc wraz z nią wszem i wobec cudowną woń świeżo mielonej kawy.
- Dobrze, czy ma to związek z moją rozmową z Benjaminem? – zapytałam wprost.
- Jak ty mnie świetnie rozumiesz… – westchnęła. – Myślałam, że nie będzie wspominał o moich sprawach z Michaelem, ale jednak się pomyliłam. – uśmiechnęła się smutno.
- Owszem, powiedział mi, że jesteś matką Blanketa i że – tutaj wzięłam głębszy oddech. – wolą Michaela było powiedzenie o tym światu. – kobieta spojrzała na mnie zdziwionymi oczami. – Coś nie tak?
- Wola Michaela? Czyli ten skubaniec nawet mnie nie zapytał o zgodę? – warknęła, kręcąc głową. – Jackson, ty kretynie, nie dość, że tak szybko zawinąłeś się z tego świata, że zostawiłem nas tutaj samych, to jeszcze żarty sobie ze mnie stroisz? – zapytała, kierując wzrok ku niebu.

- Co masz na myśli? – rzuciłam zdezorientowana.
- To miało nigdy nie wyjść poza mury tego miejsca. Miało pozostać tajemnicą dla ludzi. Nie chciałam, aby nasz syn był w centrum zainteresowania całego świata – w końcu dziecko urodzone byłemu narzeczonemu przez żonę jego najlepszego przyjaciela byłoby tematem na pierwsze strony kolorowych magazynów! – krzyknęła, a jej oczy zaszkliły się. – Nie mogłabym patrzeć na to, że tabloidy niszczą mojemu dziecku życie. Dostatecznie zgnoili Michaela, aby pokazać na ile ich stać. – powiedziała smutno.
- Ale dlaczego urodziłaś mu to dziecko? – spytałam. – Czy wciąż go kochałaś?
- Czy kochałam? Czy tęskniłam? To nieco dłuższa opowieść…

***

                Kiedy straciłam moje maleństwo, czułam, jak gdyby ktoś wyrwał mi kawałek serca. On także bardzo to przeżył. Początkowo starał się być silnym, ale ja nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Miałam poczucie winy, zawiodłam. Z czasem i on się poddał, bowiem był to mężczyzna o ogromnym, lecz i bardzo kruchym sercu. Szukałam pocieszenia w ramionach kogoś, z kim uprzednio nie łączyło mnie nic a nic. Początkowo niewinnie, lecz stopniowo coraz bardziej pragnęłam bliskości mojego pocieszyciela – a gdy pragnęłam już nieco za bardzo, postanowiłam zakończyć to, co wciąż ciągnęłam.
                Przyjął to bez oporów, lecz pierścionek nakazał mi zatrzymać. Choć byłam pewna, że gdy dowie się całej prawdy, wybuchnie między nami wojna, nic takiego się nie wydarzyło. Tamtego dnia dowiedziałam się, co oznacza przyjaźń. Ta dwójka stała się dla mnie jej definicją, na zawsze i do końca świata.
                Mijały lata, a nasze szczeniackie zauroczenie przerodziło się w miłość, a z niej zrodził się nasz syn. Poślubiłam Benjamina dwa lata po jego narodzinach, oraz rok po pierwszym ślubie Michaela. Ten jednak nie miał szczęścia – ich małżeństwo rozpadło się zdecydowanie zbyt szybko. Daleko im było do „na zawsze” i „aż do śmierci”, a mnie wciąż nękały wyrzuty sumienia.

                Potem ożenił się z inną. Urodziła mu dwójkę dzieci. I wtedy zaczął się koszmar. Wątpliwości. Kryzys. Byłam przekonana, że to ja miałam być tą, która powinna mu je dać. Że go zawiodłam, a on musiał szukać takiej, która temu podoła. Siedziałam godzinami w łazience, wylewając litry łez na wspomnienie utraconego dziecka. Wiedziałam, że nigdy o nim nie zapomniał, ale ta świadomość zabijała mnie od środka. Czułam się niepełnosprawna w roli kobiety. Kobiety, która powinna być matką, a nią nie była.
                Była bowiem dla innego, tamtego nie zawiodła, choć zaczęła się od niego odsuwać. Miała w głowie tylko fikcyjny obraz szczęśliwej rodziny, który nie miał szans zaistnieć. Nikt go nie namalował, choć szkic przygotowany był starannie.
                W ciele tej kobiety zostałam uwięziona ja, przykuta łańcuchami do jakiejś nędznej kreatury, która miotała się pomiędzy rzeczywistością, a światem wymyślonym, zastanawiającej się każdego dnia „Co byłoby gdyby…?”, pogubionej we własnych uczuciach, z jakimś swoistym rozdwojeniem jaźni, pozornie normalna, lecz wewnętrznie opętana przez demony, nazywane potocznie sumieniem i niezakończoną historią…
                Przeszłość mieszała się z teraźniejszością, przeplatając się wzajemnie. Niszczyła to, co trwało, niszczyła to, co już było zniszczone. Rujnowała świat od fundamentów, pozwalając powoli upadać murom miłosnego imperium – rodziny.

***

- Całe życie byłam suką. Raniłam i jednego, i drugiego. – z moich oczu ciekły łzy, mówiłam cicho, szlochając. – Kiedy chciałam dać coś pierwszemu, zabijałam tym drugiego. Ale to nie pozwalało żyć mnie samej. Rozpadałam się w środku, moje serce krwawiło, musiałam.
- Ale… - zaczęła oszołomiona dziewczyna.
- Ale to Benjamina kochałam. – przerwałam jej. – I nigdy, przenigdy go nie zdradziłam. Byłam po prostu zmuszona, aby zakończyć stare sprawy. Michael był, jest i będzie elementem mojego życia, nie można wymazać z pamięci kogoś, z kim tak wiele cię łączyło. – powiedziałam. – Lecz kiedy odszedł, stał się tylko sentymentem. Na zawsze jednak będzie dla mnie przyjacielem. – westchnęłam. – A jeśli czegoś jeszcze nie rozumiesz, weź to. – podałam dziewczynie kopertę. – Tymczasem, napijmy się wreszcie tej kawy, bo stygnie.

***

                Przez całą drogę powrotną analizowałam słowa Diany, rzucone tak chaotycznie, lecz zarazem bardzo konkretnie i sensownie. Wszystko zaczynało mi się układać w spójną całość – poroniła, straciła kontakt z narzeczonym, szukała ciepła kogoś innego, zaszła w ciążę po raz kolejny, urodziła zdrowego syna, który to właśnie odstawiał mnie do domu, a potem dręczyły ją chore i niewytłumaczalne wyrzuty sumienia związane z tym, komu tego syna urodziła. Historia zaczynała nabierać sensu.
- O czym tak myśli pani dziennikarka? – usłyszałam nagle głos mężczyzny.
- A o tym, o czym dyskutowała wcześniej z pańską rodzicielką. – odpowiedziałam.
- Ślicznie wyglądasz, kiedy tak się zamyślisz. – rzucił z uśmiechem Nathan.
- Dzię… Ej, ty się gap na drogę, a nie na mnie! Chciałabym jeszcze trochę pożyć. – krzyknęłam, udając przerażenie.
- Mam podzielną uwagę. – zaśmiał się.

- I tak lepiej będzie, jeśli skupisz się na prowadzeniu auta, a nie na… Możesz mi powiedzieć co robisz? – zapytałam zdezorientowana.
- Zjeżdżam na pobocze, żebym mógł cię spokojnie podrywać, nie musząc wysłuchiwać twojego lamentu, że narażam nasze życie, robiąc to. – poruszył zabawnie brwiami.
- Podrywać? – mruknęłam, pozwalając mu się do siebie zbliżyć.
- No tak. A nie wolno? – szepnął uwodzicielsko, przysuwając się do mnie.
- A wolno… - odparłam, łącząc nasze wargi w delikatnym pocałunku. Nie mogłam zaprzeczyć temu, że oddziaływał na mnie jak jakiś cholerny magnes. Rozpływałam się w jego dotyku, tonie głosu i bliskości, ale nie chcąc pozwolić mu na zbyt wiele, postanowiłam wbrew sobie przerwać tę błogą chwilę. – Chyba miałeś odwieźć mnie do domu, prawda?
- No tak. Przepraszam. – mruknął skruszony.
- Ależ nie masz za co…

---

                Wpadając do mieszkania, wyjęłam z kieszeni kopertę i wskoczyłam na sofę, aby móc w spokoju do niej zajrzeć. W środku znajdowała się kartka, którą natychmiast pochwyciłam. a na niej słowa. Słowa, których nigdy nie zapomnę.

Tam gdzie mrok łączy się z jasnością
A ciemność ze świtem
Dwa ciała złączone
Na zawsze będą lite
Jedność stanowiły
Już sentymenty czas zagłuszyć
Grzechy stare spłacić
Choćby zabić cały świat
By sumienie zgasić
Złe wspomnień głosy
Głęboko ranią
Krwią krwawią bordową
Plamy nigdy nie znikają
Ukrywać wciąż je trzeba
Wiedzą tylko nieba
Ile bólu zadały
Czekam
Wkrótce też zemrzemy

***

Dobry wieczór!
Moi drodzy - dziś YGAFIM z perspektywy dwóch kobiet. Przepraszam za długość notki, ale taka była moja wizja i nie mogłam napisać ani słowa więcej. Stwierdziłam dziś, że jest tutaj bardzo mało Michaela - chcecie, abym pisała to dalej? Całość jest bardzo zagmatwana i tajemnicza, taka po mojemu, ale nie wiem, czy Wam odpowiada. Czekam na opinię.
Osobiście lubię tę historię, choć ciężko się ją pisze, mocno oddaje moje myśli. Ten chaos, a dziś wiersz - pewnie dla Was niezrozumiałe do końca. Domyślam się, że nie jest lekko czytać coś takiego, a moje pomysły cały czas Was zaskakują. Także od Was zależy, czy chcecie, czy nie.
Ja z notki jestem zadowolona. Nawet bardzo. Kolejne dwie notki jakie się pojawią, to DLG. Benek niech zostanie z Wami na parę dni dłużej :)
Pozdrawiam serdecznie kochani!
Alex :)