Drażniący zapach wdzierał się do
moich nozdrzy, jak gdyby chciał przypomnieć mi, gdzie się znajduję. Siedziałem
na plastikowym krześle, wpatrując się w jeden punkt na ścianie. Wszystko stało
się szare, niczym niemy film. Szczęście okazało się ulotne. A ja wciąż
próbowałem wmówić sobie, że to tylko zły sen.
Nagle ze szpitalnej sali wydobył
się piskliwy, jednostajny dźwięk. Natychmiast doskoczyłem do drzwi i wbiegłem
do zatłoczonego pomieszczenia. Leżała podłączona do respiratora. Czerwień jej włosów
mieszała się z karminem przesiąkniętych świeżą krwią opatrunków. Lekarz uciskał
rytmicznie jej klatkę piersiową, przeraźliwy skowyt maszyny wciąż wyraźnie
docierał do moich uszu.
- Rosa…
Rosa, nie rób mi tego! – wykrzyczałem podbiegając do łóżka, wokół którego byli
zgromadzeni lekarze i pielęgniarki. – Nie możesz! Rosa! – darłem się w
niebogłosy, gdy ratownicy medyczni wyprowadzali mnie na korytarz. – NIE MOŻESZ
NAM TEGO ZROBIĆ! – szlochałem donośnie. Za drzwiami zobaczyłem zapłakaną
Biancę. Uspokajając się nieco usiadłem na podłodze i wytarłem mokrą twarz w
rękaw płaszcza. Dziewczynka podeszła do mnie i mocno przytuliła.
- Tatusiu… -
wydukała. – Mamusia umrze? – jej oczy były pełne łez. Wstałem i wziąłem ją
delikatnie na ręce.
- Nie płacz
kochanie. – wyszeptałem. – Ona nie może umrzeć. – mruknąłem słysząc, jak
maszyna zaczęła wydawać regularne, krótkie dźwięki. – Rozumiesz? Ona nie umrze…
Wszystko będzie dobrze.
- Na pewno?
– zapytała, obejmując drobnymi rączkami moją szyję.
- Musi tak
być… - nie dopuszczałem do siebie żadnej innej możliwości. Uratują ją. Nie ma
innego wyjścia. W tej samej chwili otworzyły się drzwi do sali, usłyszałem
donośny głos ordynatora.
-
Natychmiast szykować operacyjną. Wezwijcie doktora Smitha i doktor Barnett. Za
kwadrans zaczynamy. – powiedział, ruszając przed siebie. Na łóżku szpitalnym,
które prowadziły pielęgniarki leżała nieprzytomna Rosa, podpięta dziesiątkami
kabli do różnych maszyn.
- Doktorze,
co z nią? – zapytałem nerwowo.
- Konieczna
jest operacja. Ma uszkodzoną śledzionę, musimy powstrzymać krwotok wewnętrzny.
Złamane żebro przebiło jej płuco, nie możemy zwlekać. Trzeba także zająć się
pogruchotaną nogą… Na szczęście udało nam się przywrócić akcję serca. Niestety,
obrażenia głowy są poważne i nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy wybudzi się
ze śpiączki. – wyrecytował na jednym wydechu.
- Czy ona przeżyje?
– zapytałem przerażony.
- Zrobimy
wszystko, co w naszej mocy… - westchnął, odwracając się na pięcie. Ostatni raz
spojrzałem na oddalające się wraz z hordą pielęgniarek łóżko. To nie mogło
dziać naprawdę…
***
Mijały kolejne minuty, godziny…
Czas płynął powoli, wskazówki zegara przesuwały się ospale. Nagle zauważyłem
biegnącą w naszą stronę zapłakaną kobietę.
- Ciocia… -
wyszeptała Bee, gdy ta mocno ją przytuliła. – Nie płacz. Mamusia będzie zdrowa.
- Kochanie
moje… - mruknęła jej do ucha. – Posiedzisz tu chwilkę? – kiwnęła porozumiewawczo
głową w moją stronę. Niechętnie wstałem i poszedłem za nią na sam koniec
korytarza.
- Dlaczego
do mnie nie zadzwoniłeś?! – łkała. – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?! –
zwiesiłem głowę, czując jak do oczu napływają mi łzy. – Przepraszam… Nie
powinnam tak naskakiwać. – powiedziała ze skruchą w głosie. – Ale tak bardzo
się o nią martwię…
- Kto Ci
powiedział? – zapytałem.
- Operuje ją
ojciec mojego chło… byłego chłopaka. – mruknęła. – Michael, co powiedział
lekarz?
- Operacja
była konieczna… i bardzo skomplikowana. Ma jakiś krwotok wewnętrzny, przebite
płuco, złamania otwarte i… nie wiadomo, kiedy wybudzi się ze śpiączki…
- O mój
Boże. – jęknęła, opadając na krzesło. - Czy ona może...?
- Nie wiem...
Nie wiem. – szepnąłem, pozwalając łzom płynąć. Bałem się, że mógłbym ją
stracić.
- Za jakąś
godzinę zabiorę Biancę do siebie. Nie powinna tu być. – spojrzałem na nią
zaskoczony.
- Ale ja chcę
zostać z tatą. – powiedziała Bee, łapiąc mnie za rękę.
- Słucham? –
popatrzyła na nas zdziwiona.
- Bianca
mieszka teraz u mnie, prawda córeczko? – dziewczynka pokiwała głową. – Dziś zostaniecie
z Janet, ale jutro rano przyjadę do domu. Obiecuję. – uściskałem ją i
pocałowałem w czoło, po raz pierwszy świadomy tego, jak wiele zyskałem.
***
- Panie
Jackson? – słysząc swoje nazwisko, poderwałem się z krzesła.
- Co z Rosą?
– zapytałem nerwowo.
- Operacja
się udała. Stan wciąż jest bardzo ciężki, pierwsza doba jest decydująca. Musimy
być dobrej myśli. Pańska… przyjaciółka została przewieziona na oddział
intensywnej terapii. – powiedział lekarz.
- Dziękuję.
Mogę ją zobaczyć?
- Proszę,
pielęgniarka pana przygotuje. Ale tylko na chwilę.
Odpowiednio
ubrany wszedłem powoli do sali. Leżała spokojnie wśród białej pościeli, w
powietrzu unosił się charakterystyczny zapach. Oddech miała równy, a serce biło
w stałym rytmie. Podszedłem do jej łóżka i przyklęknąłem ujmując delikatnie jej
dłoń.
- Kochanie…
- zacząłem. – Bardzo się o ciebie martwimy, wiesz? Musisz być silna. Tyle już
przeszłaś, więc jestem pewien, że i tym razem sobie poradzisz. Jestem tutaj i
trzymam cię za rękę. Obiecałem, że jej nie wypuszczę. Nie możesz odejść… -
mówiłem szeptem, czując jak z moich oczu płyną kolejne łzy. – Nasze dzieci cię
potrzebują. Ja cię potrzebuję. Tam u góry zaczekają na ciebie. Wiem, że
tęsknisz, ale nie musisz się spieszyć… Jesteś całym moim światem. Szukałem cię,
aż wreszcie znalazłem. I mam nadzieję, że mnie nie opuścisz. Tak bardzo cię
kocham… Rozświetlasz moje dni. Jesteś moją gwiazdą. Moją Rosie. Moim wszystkim…
Życie zapragnęło
umieścić nas na planie tragedii, w której jednak nie odpowiadamy za scenariusz, ale jesteśmy jedynie lalkami pociąganymi za sznurki.
***
Hej!
I jak się
Wam podoba prolog do drugiej części? Męczyłam się cały dzień, aż wreszcie mnie
natchnęło…
Szczerze,
choć nie uważam go za arcydzieło i tak wydaje mi się wiele lepszy, niż pierwsza
notka do Whatever Happens. A jaka jest Wasza opinia?
Bardzo
przepraszam za opóźnienia. Nie chodzę na razie do szkoły i mam bardzo dużo
zaległości do nadrabiania, więc zwyczajnie brak mi czasu na cokolwiek… Dlatego
też wybaczcie za brak komentarzy na Waszych blogach, czytam na bieżąco, ale po
prostu melduję się z opóźnieniem. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.
Jak widzicie…
Kolejną nowością są wykonane ręcznie, przepiękne ilustracje. Za nie chciałam
serdecznie podziękować mojej siostrze, Dominice. Bardzo zaangażowała się w moją
twórczość, podrzuca mi różne sugestie i pomysły. Spędziła długie godziny na rysowaniu, dzięki czemu opowieść nabierze jeszcze więcej oryginalności. Jesteś świetna! <3
Ponadto, mam
co nieco w planach, ale poinformuję Was o tym dopiero, gdy coś się uda. Nie ma
to bezpośredniego związku z blogiem. :)
Dziękuję
wszystkim za odwiedziny. Nie wierzę, że właśnie minęły 3 miesiące odkąd się tu
udzielam. 7400 wyświetleń to wynik, jakiego za nic w świecie nie spodziewałam się
w tak krótkim czasie.
Z racji
tego, że różnie u mnie z czasem bywa, notki mogą pojawiać się nieregularnie,
ale „Don’t Let Go…” postaram się wrzucać w poniedziałki, a Benka w piątki.
Pasuje?
Mam planach
także notki specjalne oczami Amandy? Jak się umawiamy? Co czwarta notka należy
do Ami?
W najbliższym czasie postaram się także ogarnąć bloga w kwestii bohaterów i tak dalej :)
A co u Was? Żyjecie jeszcze? :)
Zapraszam do
oceniania, komentowania i zadawania pytań (a także odpowiadania na moje).
Pozdrawiam
Was serdecznie.
Alex :)
P.S. Ta
sentencja na końcu to mój osobisty wymysł, więc nie umieszczałam autora. :)