12/12/2015

Don't Let Go Of My Hand: Szczęście odzyskane



***

                Bywa i tak, że szczęście do nas powraca, choć nieraz trudno uwierzyć, że jest to w ogóle możliwe. A jednak tak właśnie się dzieje. Tak więc, szczęście do nas powraca – wraz z osobami, które kochamy.
                Jakie to uczucie odzyskać utraconą miłość? Wprawdzie nie tak do końca utraconą, ale wyrwaną nam z rąk na dłuższy czas przez jakąś siłę wyższą. Tak, czy inaczej nie można w pełni opisać słowami tego, co dzieje się wówczas w naszych sercach i umysłach. Śmiech, łzy szczęścia, pocałunki i czułe uściski pozwalają jedynie na częściowe oddanie emocji i uczuć, jakie nam towarzyszą. Nam, czyli ludziom z różnych powodów rozdzielonych, jeszcze do niedawna niemających niemal żadnej nadziei na powrót do normalności, do siebie.
- Spakowałeś wszystko? – zapytała Rosie, siedząc na łóżku.
- Tak, ochroniarz zaniesie za chwilę wszystkie rzeczy do samochodu. – uśmiechnąłem się lekko i przykucnąłem naprzeciw niej, stukając palcem w biały gips na jej nodze. – Niedługo ci to zdejmą.
- Za tydzień. Jeszcze tydzień… - westchnęła. – Będę teraz dla was ogromnym ciężarem.
- O czym ty mówisz, kochanie? – pogładziłem dziewczynę po ręce. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo cieszymy się, że wracasz do zdrowia. I że wracasz do nas.
- Ja też się cieszę, ale… - jej oczy zaszkliły się, spuściła głowę. – Jestem kaleką, Michael. Nic nie mogę zrobić sama. Podnosić cokolwiek – nie, schylać się – ostrożnie, chodzić normalnie – nie. NIC. – zaznaczyła ostatnie słowo.
- Najważniejsze jest to, że żyjesz i jesteś już z nami, rozumiesz? – ująłem jej twarz w dłonie, zmuszając, by spojrzała mi w oczy. – Reszta jest tylko kwestią czasu, zobaczysz. – zbliżyłem nasze usta i złączyłem je w delikatnym pocałunku. Gdy zaszła taka potrzeba, mógłbym nosić ją przez całe życie na rękach, karmić, a nawet oddychać za nią – wszystko, byle mieć ukochaną przy sobie.
                Odkąd Rosie trafiła do szpitala, nigdy nie zdarzyło mi się opuścić go z uśmiechem na twarzy. Ten powrót do domu był wyjątkowy – nie wracałem do niego sam, lecz z kobietą mojego życia, którą odzyskałem po długiej walce. Był to wielki dzień nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny, ponieważ dziś do domu wracała matka trójki dzieci, które umierały za nią z tęsknoty.
- Mama! – krzyczały od progu rozradowane maluchy, wybiegając naprzeciw nam. I znów to samo – łzy, okrzyki, pisk, uściski, pocałunki. Czułem, że nasz świat rodził się na nowo, odbudowywany krok po kroku siłą miłości i przywiązania. Teraz mogło być już tylko lepiej.

***

                Widząc roześmiane buzie naszych pociech nie mogłam powstrzymać łez. Jak wiele straciłam przez ten czas? Nie wiem, ale jestem pewna, że właśnie to odzyskałam. Ich radość wystarczy do życia. Ale niestety, nieraz stosunek do samego siebie może nam to znacznie utrudnić. Kiedy jesteś niezdolny niemal do niczego i wiesz, że pozostaniesz w takim stanie przez dłuższy czas, albo nawet nigdy w pełni nie będzie dobrze, twoja egzystencja ciąży nam tobą niczym potężny obciążnik, czujesz się zagrożeniem dla innych, potężnym kamieniem u szyi i obiektem, który chcąc nie chcąc odbiera im wszystkim to, co najlepsze i każe skupić na sobie uwagę.
                To ostatnie jest chyba najgorsze. W końcu to ja powinnam być dla nich – dbać w każdej chwili, doglądać, czy niczego im nie trzeba, poprawiać wystającą metkę od koszulki, pilnować, aby woda do kąpieli nie była za gorąca - a tymczasem sama potrzebowałam opieki. Czułam się z tym potwornie, każda, nawet najdrobniejsza myśl o tym fakcie bolała. Nie czułam się bohaterką, choć wszyscy mówili, że dzięki mnie ta dziewczyna przeżyła. Faktycznie, było to prawdą, ale musiałam liczyć się z tym, że postawiłam dobro obcego człowieka nad dobro swoich najbliższych, co dla jednej ze stron nie miało raczej pozytywnych konsekwencji. Lecz w tamtym momencie nie myślałam o tym, co będzie potem. To była chwila, instynktowne działanie. A to, co jest instynktowne, zazwyczaj jest najlepsze i tego należy się trzymać.
                Bałam się spojrzeć w lustro, po raz kolejny paraliżował mnie strach na myśl o zobaczeniu swojego odbicia. Na szczęście – lub nieszczęście – mogłam być pewna, że obraz nie będzie do końca wyraźny, bowiem wypadek odcisnął trwałe piętno na moim widzeniu, a dokładniej narządzie wzroku. Wciąż trudno było mi przyzwyczaić się do nowej sytuacji, a wizja kolejnych kłopotów zdrowotnych, których i tak mi nie brakowało, wcale nie polepszała mojego położenia.
- Schody… - westchnęłam. Największa zmora Neverlandu teraz postanowiła dać mi popalić. – Szykuje się niezła zabawa. – mruknęłam. Choć teoretycznie poruszanie się o kulach nie było dla mnie wskazane, nie usiedziałabym na wózku ani minuty dłużej. Powoli i dość pokracznie próbowałam wdrapać się na stopień, ale na próbach się skończyło.
- Rosa, zaczekaj! – krzyknął Michael, podbiegając do mnie. – Rany boskie, co ty wyrabiasz, chcesz stąd spaść? – położył dłoń na moim policzku, zmuszając mnie do spojrzenia mu w oczy. Nie uważałam na siebie, to prawda. Zwyczajnie nie potrafiłam, ból psychiczny spowodowany tym nagłym pozbawieniem mnie sprawności był silniejszy od fizycznego. Po policzkach zaczęły cieknąć mi łzy, a ręce drżeć, wciąż utrzymując niemal cały ciężar mojego ciała. – Nie płacz… Nie płacz, słyszysz? – szepnął, gładząc mnie po włosach. – Z czasem będzie coraz lepiej. Pozwolisz wreszcie, żebym ci pomógł? – zapytał, lecz nie odpowiedziałam, a jedynie przytaknęłam skinieniem głowy. Nagłe poczucie niemocy i zmęczenie owładnęły mną do tego stopnia, że zmuszona byłam odpuścić. Mężczyzna uniósł mnie delikatnie i wtaszczył po schodach, podczas gdy ja walczyłam z lękiem wysokości, który dopadł mnie w momencie, kiedy oderwałam stopę od ziemi. Wiedziałam, że będę musiała przyzwyczaić się do tych nowych warunków, choć nie ukrywam, że spokój ogarnął mnie na nowo dopiero wtedy, gdy z powrotem wyczułam stabilny grunt, jakim była podłoga.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła… - westchnęłam, opadając ostrożnie na łóżko. – Przez tyle czasu na mnie czekałeś, taką poobijaną i połamaną kalekę, którą jeszcze dźwigać musisz… - uśmiechnęłam się delikatnie. – Kocham cię, wiesz? – musnęłam ustami jego policzek.
- Ja też cię kocham, nawet nie wiesz, jak bardzo. Nawet jako kalekę, taką poobijaną i połamaną. Bo wiem, że ta kaleka jest moja. – złączył nasze wargi w słodkim, subtelnym pocałunku. Przez chwilę poczułam się tak, jak gdyby cały świat nie istniał i nic się nie wydarzyło. Liczyliśmy się tylko my, to pokrewieństwo dusz, które stanowiło jakieś nierozerwane więzy między nami. – I jest bohaterką.
- Uważasz, że dobrze zrobiłam? – spytałam niepewnie.
- Tylko najodważniejszych stać na takie czyny, Rosie. – szepnął. – A twoja odwaga bardzo mi imponuje, choć nie ukrywam, że znienawidziłbym ją gdyby mi ciebie odebrała na zawsze. NAM odebrała. – powiedział, wyraźnie akcentując przedostatnie słowo.
- Aż tak? – zaśmiałam się. – Wiesz, teraz będziemy poniekąd na równi, bo niedowidzę tak samo jak ty, panie ślepy. – odwzajemnił uśmiech, nie oddalając swojej twarzy nawet na centymetr od mojej.
- Może to i dobrze, nie będziemy widzieć tych szczegółów, na które inni zwracają uwagę, Różyczko.

***

                Wraz z jej powrotem do domu wróciło szczęście, atmosfera nie była tak ciężka, jak wcześniej, choć byłem świadomy, że czeka nas trudny okres. Wiedziałem, że minie jeszcze sporo czasu, zanim znów wdrapiemy się na któreś z okolicznych drzew czy przejedziemy się kolejką górską – zupełnie jak dzieci. Ale w tej chwili naprawdę nie grało to dla mnie roli. Teraz musiałem zadbać o to, by miała jak najlepszą opiekę medyczną i jak najszybciej wróciła do formy, wspierając ją w tej trudnej walce z własnym ciałem. Widząc, jak wiele trudu sprawia jej przebycie zaledwie kilku kroków, dostrzegałem też niesamowite samozaparcie i wolę walki, które niewątpliwie pomogą jej na drodze do pełnej sprawności. Niezależnie od wszystkiego, kochałem ją całym sobą i wiem, że tym byłem w stanie pomóc jej najbardziej.
- Na pewno poradzisz sobie sama? – spytałem przerażony wizją pozostawienia jej samej sobie w łazience.
- Michael, dam sobie radę… Nie panikuj. – mruknęła, przewracając oczami. – Naprawdę nie musisz się aż tak troszczyć.
- Martwię się tylko, żebyś nie zrobiła sobie krzywdy. – pogładziłem ją po policzku, widząc poirytowanie na jej twarzy. – Dobrze, już stąd idę. Będę za drzwiami. – cofnąłem się i niechętnie skierowałem się w stronę wyjścia z pomieszczenia.
- Po prostu chciałabym przez chwilę zostać sama. – szepnęła, gdy zamykałem drzwi.

***

                Nadszedł odpowiedni moment, żeby zmierzyć się ze sobą, ze swoim ciałem. Powoli i ostrożnie ściągałam kolejne elementy garderoby, odsłaniając centymetr po centymetrze pokrytą bruzdami i drobnymi bliznami skórę. Niezliczone ranki, mniej lub bardziej rozległe szramy pokrywały moje ręce, twarz, piersi, brzuch i nogę. W okolicy żeber podłużny ślad po szwach, wciąż zaczerwieniony. Kolejna porcja kompleksów. Nienawidziłam swojego ciała na nowo, każdej, nawet najmniejszej blizny, czy rozstępu. Czułam się okropnie w swojej skórze, co coraz bardziej nakłaniało mnie do pokazania tego, czego tak bardzo się wstydziłam. Jedynej osobie, która poza mną powinna wiedzieć z czym ma do czynienia.
                Utrzymywanie higieny z gipsem stanowi nie lada wyzwanie i jestem pewna, że gdyby Michael, lub którykolwiek z lekarzy zobaczył, że wgramoliłam się do wanny, z pewnością złapaliby się za głowę. Zanurzając się w gorącej wodzie z jedną nogą w górze, jeszcze raz uważnie obejrzałam każdy cal swojego ciała. Czy czułam jakiś wstręt wobec samej siebie? Nie, musiałam jedynie otworzyć się przed kimś, czyjej akceptacji potrzebowałam teraz najbardziej, bo tylko ona potrafiła sprawić, bym pokochała siebie raz jeszcze.
                Po chwili siedziałam już osuszając brązowawe włosy. Nie przepadałam za naturalnym kolorem, ale do tej pory niestety udanie się do fryzjera nie wchodziło w grę. Musiałam zatem pogodzić się z tym, co było.
- Teraz albo nigdy. – szepnęłam sama do siebie i z pomocą kul ruszyłam w stronę wyjścia.
- No wreszcie, już miałem interweniować! – zaśmiał się nerwowo mój anioł stróż.
- Przecież spieszyłam się jak mogłam! – krzyknęłam oburzona. – Poł godziny to tak długo?
- Poprawka, dwie i pół godziny. DWIE I PÓŁ. – zaznaczył, widząc moją zdziwioną minę. – Odkładaj te kule.
- Ale… - nie zdążyłam dokończyć, bo mężczyzna porwał mnie na ręce i zaniósł do sypialni, powoli i ostrożnie kładąc na łóżku. – Musisz ciągle to robić? – zapytałam, siadając.
- Cicho bądź. – pocałował mnie delikatnie w usta. – Mam coś dla ciebie. – szepnął, przysiadając się tuż obok.
- Znowu?! – podniosłam głos, lecz ten kolejny raz uciszył mnie buziakiem. – Dobrze, słucham…
- Czy zostaniesz moją żoną?

***

                Oczy i usta miała szeroko otwarte w wyrazie zadziwienia, próbowała coś powiedzieć, ale odebrało jej mowę. Z kieszeni wyjąłem małe pudełeczko i otworzyłem je, ukazując dziewczynie zawartość.
- Ale Michael, ja… - jąkała się. – Ja… Zaskoczyłeś mnie.
- Nie mogłem już dłużej czekać. Muszę mieć pewność, że zostaniesz ze mną już na zawsze. – szepnąłem. – Ślub odłożymy na kiedy będzie trzeba, ale chciałbym to od ciebie usłyszeć.
- Najpierw… Ja muszę coś ci pokazać, musisz być tego świadomy. – rozwiązała pasek szlafroka i czekała na przyzwolenie. Tym razem, to ja musiałem się otrząsnąć. Kochałem ją do szaleństwa, a ona chciała odsłonić przede mną to, co ukrywała przed wszystkimi innymi. W jej oczach zalśniły łzy. Skinąłem głową na znak zgody.
                Każdy milimetr jej ciała był piękny, każda blizna przypominała o niezwykłej odwadze, jaką się wykazała i bólu, jakiego zaznała. Walczyłem ze samym sobą, by nie pozwolić sobie na żadne śmielsze ruchy. Wiedziałem, jak wiele kosztowało ją, by otworzyć się przede mną i nie chciałem nadwyrężyć jej zaufania. Złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku, rękoma błądząc po jej nagich plecach.
- Jesteś cudowna. – szepnąłem jej do ucha, naciągając materiał szlafroka na jej odsłonięte ramiona, słysząc cichy szloch. – Idealna. Dla mnie jesteś idealna.
- Kocham cię. – mruknęła nieco pewniej, zdenerwowanie ustąpiło. – Ale jeszcze nie jestem na to gotowa. – dodała zmieszana, poprawiając okrycie.
- Nigdy nie myślałem o tobie w tych kategoriach. – zapewniłem ją, gładząc po dłoni, którą natychmiast zacisnęła na mojej.
- Jesteś tego pewien? – spojrzała mi w oczy.
- Oczywiście, że jestem tego pewien. – odparłem. – Ale to na twoją odpowiedź czekam.
- Wiesz? – zaczęła, uśmiechając się delikatnie. – W takim razie, już nie mogę się doczekać spędzenia reszty swojego życia przy twoim boku.

***

Dzień dobry moi kochani!
Zdziwieni, że notka już dzisiaj? Bo ja jestem. I to bardzo.
Zwłaszcza, że to najdłuższy rozdział, jaki w życiu napisałam. Ostatnimi czasu natchnęło mnie właśnie na DLG, piszę je wszędzie – w szkole, w domu, w samochodzie.
No to taki mały komentarz, gdyby ktoś nie zrozumiał do końca tej sceny, w której Rosa się… no cóż, obnaża: Dziewczyna ma ogromne kompleksy i mimo, że wie, że Michael bardzo ją kocha, chce upewnić się, czy zaakceptuje ją w pełni, zwłaszcza, że jak wiecie, nie ma dobrych wspomnień z mężczyznami. Mi osobiście ten motyw bardzo się spodobał, więc go zastosowałam.
Kiedy nowe notki? Postaram się jak najszybciej.
A tymczasem – ponad pół roku na blogu, ponad 12 tysięcy wyświetleń. Dziękuję!
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego weekendu :)
Komentujcie, piszcie co sądzicie o mojej wesołej twórczości – to daje kopa do dalszego działania!
Alex :)


P.S. Kiedyś pytaliście mnie o dziewczynę, która gra u mnie Rosę, dlatego piosenka do dzisiejszej notki jest piosenką Eleny. ‘Acasa la noi’ idealnie pasuje do wątku z mojego opowiadania, jest w niej mowa o powrocie do domu, czekaniu i słynny motyw „nie ma to jak w domu”, a jednocześnie (z tego, co z niej rozumiem, bo tekst jest po rumuńsku) przepełniona jest tematem miłości i tęsknoty, więc mam nadzieję, że przypadła Wam do gustu :)

3 komentarze:

  1. Heejkaa <3
    Notka wyszła cudnie, bardzo mi się spodobała. Mimo w sumie miłego wątku z racji powrotu naszej Rosy do Domu to dało się wydać ten smutek. To, że się wybudziła nie jest końcem jej kłopotów czego też mam świadomość, teraz pewnie rehabilitacje.
    Ostatnia scena bardzo mi się spodobała i nie jest dla mnie dziwna. Rosa przełamała swoje kompleksy i wszelki wstyd otwierając się przed Michaelem. Jej zachowanie jest dla mnie zrozumiałe i motyw naprawdę fajny. Ja mam podejście do tego, że jak kochać to całym sobą tak jak to ujęłaś w pewnym fragmencie.
    Oświadczyny? Ja tam jestem za! Cudownie dobrany moment. Ty to masz głowe do takich szczegółów :*
    Całokształt bardzo mi się podoba, wstawiaj notki jak najczęściej, nie krępuj się :*
    Czekam na kolejną z ustęsknieniem :*
    Życze masy weny! :*
    Pozdrawiam :*
    Marysiaaa :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiesz ile ja czekałam na ten moment aż wróci do domu <333
    Strasznie mi jej szkoda, w sensie chodzi o te kompleksy, które w 100% rozumiem. Wypadek odebrał jej nie tylko ułamek życia, ale teraz również zdrowie i poczucie radości z życia. Nikt nie lubi się czuć bezradny, to chyba jedna z najgorszych możliwości.
    Scena z oświadczynami przepiękna <3 Ten moment gdy chce się upewnić, że będzie ją chciał mimo blizn i wszelkich zmian jakie doświadczyło jej ciało. Przytaczając słowa z jednej z moich ulubionych lektur: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu." - przepięknie ujęłaś to w tej scenie:)
    Pisz jak najdłuższe i jak najczęściej <3
    Pozdrawiam;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, nareszcie! Tyle czekałam na ten moment, aż wróci do domu! Ogromnie się cieszę ^^
    Nie spodziewałam się, takiego obrotu sprawy. Myślałam, że oświadczyny będą później, a tu proszę!
    Pozdrawiam :)
    Karolina

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.