***
Bywa i tak, że
szczęście do nas powraca, choć nieraz trudno uwierzyć, że jest to w ogóle
możliwe. A jednak tak właśnie się dzieje. Tak więc, szczęście do nas powraca –
wraz z osobami, które kochamy.
Jakie to uczucie
odzyskać utraconą miłość? Wprawdzie nie tak do końca utraconą, ale wyrwaną nam
z rąk na dłuższy czas przez jakąś siłę wyższą. Tak, czy inaczej nie można w
pełni opisać słowami tego, co dzieje się wówczas w naszych sercach i umysłach.
Śmiech, łzy szczęścia, pocałunki i czułe uściski pozwalają jedynie na częściowe
oddanie emocji i uczuć, jakie nam towarzyszą. Nam, czyli ludziom z różnych
powodów rozdzielonych, jeszcze do niedawna niemających niemal żadnej nadziei na
powrót do normalności, do siebie.
- Spakowałeś wszystko? – zapytała Rosie, siedząc na łóżku.
- Tak, ochroniarz zaniesie za chwilę wszystkie rzeczy do samochodu. –
uśmiechnąłem się lekko i przykucnąłem naprzeciw niej, stukając palcem w biały
gips na jej nodze. – Niedługo ci to zdejmą.
- Za tydzień. Jeszcze tydzień… - westchnęła. – Będę teraz dla was
ogromnym ciężarem.
- O czym ty mówisz, kochanie? – pogładziłem dziewczynę po ręce. – Nawet
nie wyobrażasz sobie jak bardzo cieszymy się, że wracasz do zdrowia. I że
wracasz do nas.
- Ja też się cieszę, ale… - jej oczy zaszkliły się, spuściła głowę. –
Jestem kaleką, Michael. Nic nie mogę zrobić sama. Podnosić cokolwiek – nie,
schylać się – ostrożnie, chodzić normalnie – nie. NIC. – zaznaczyła ostatnie
słowo.
- Najważniejsze jest to, że żyjesz i jesteś już z nami, rozumiesz? –
ująłem jej twarz w dłonie, zmuszając, by spojrzała mi w oczy. – Reszta jest
tylko kwestią czasu, zobaczysz. – zbliżyłem nasze usta i złączyłem je w
delikatnym pocałunku. Gdy zaszła taka potrzeba, mógłbym nosić ją przez całe
życie na rękach, karmić, a nawet oddychać za nią – wszystko, byle mieć ukochaną
przy sobie.
Odkąd Rosie
trafiła do szpitala, nigdy nie zdarzyło mi się opuścić go z uśmiechem na
twarzy. Ten powrót do domu był wyjątkowy – nie wracałem do niego sam, lecz z
kobietą mojego życia, którą odzyskałem po długiej walce. Był to wielki dzień
nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny, ponieważ dziś do domu wracała
matka trójki dzieci, które umierały za nią z tęsknoty.
- Mama! – krzyczały od progu rozradowane maluchy, wybiegając naprzeciw
nam. I znów to samo – łzy, okrzyki, pisk, uściski, pocałunki. Czułem, że nasz
świat rodził się na nowo, odbudowywany krok po kroku siłą miłości i
przywiązania. Teraz mogło być już tylko lepiej.
***
Widząc roześmiane
buzie naszych pociech nie mogłam powstrzymać łez. Jak wiele straciłam przez ten
czas? Nie wiem, ale jestem pewna, że właśnie to odzyskałam. Ich radość
wystarczy do życia. Ale niestety, nieraz stosunek do samego siebie może nam to
znacznie utrudnić. Kiedy jesteś niezdolny niemal do niczego i wiesz, że
pozostaniesz w takim stanie przez dłuższy czas, albo nawet nigdy w pełni nie
będzie dobrze, twoja egzystencja ciąży nam tobą niczym potężny obciążnik,
czujesz się zagrożeniem dla innych, potężnym kamieniem u szyi i obiektem, który
chcąc nie chcąc odbiera im wszystkim to, co najlepsze i każe skupić na sobie
uwagę.
To ostatnie jest
chyba najgorsze. W końcu to ja powinnam być dla nich – dbać w każdej chwili,
doglądać, czy niczego im nie trzeba, poprawiać wystającą metkę od koszulki,
pilnować, aby woda do kąpieli nie była za gorąca - a tymczasem sama
potrzebowałam opieki. Czułam się z tym potwornie, każda, nawet najdrobniejsza
myśl o tym fakcie bolała. Nie czułam się bohaterką, choć wszyscy mówili, że
dzięki mnie ta dziewczyna przeżyła. Faktycznie, było to prawdą, ale musiałam
liczyć się z tym, że postawiłam dobro obcego człowieka nad dobro swoich
najbliższych, co dla jednej ze stron nie miało raczej pozytywnych konsekwencji.
Lecz w tamtym momencie nie myślałam o tym, co będzie potem. To była chwila,
instynktowne działanie. A to, co jest instynktowne, zazwyczaj jest najlepsze i
tego należy się trzymać.
Bałam się spojrzeć
w lustro, po raz kolejny paraliżował mnie strach na myśl o zobaczeniu swojego
odbicia. Na szczęście – lub nieszczęście – mogłam być pewna, że obraz nie
będzie do końca wyraźny, bowiem wypadek odcisnął trwałe piętno na moim widzeniu,
a dokładniej narządzie wzroku. Wciąż trudno było mi przyzwyczaić się do nowej
sytuacji, a wizja kolejnych kłopotów zdrowotnych, których i tak mi nie
brakowało, wcale nie polepszała mojego położenia.
- Schody… - westchnęłam. Największa zmora Neverlandu teraz postanowiła
dać mi popalić. – Szykuje się niezła zabawa. – mruknęłam. Choć teoretycznie
poruszanie się o kulach nie było dla mnie wskazane, nie usiedziałabym na wózku
ani minuty dłużej. Powoli i dość pokracznie próbowałam wdrapać się na stopień,
ale na próbach się skończyło.
- Rosa, zaczekaj! – krzyknął Michael, podbiegając do mnie. – Rany
boskie, co ty wyrabiasz, chcesz stąd spaść? – położył dłoń na moim policzku,
zmuszając mnie do spojrzenia mu w oczy. Nie uważałam na siebie, to prawda.
Zwyczajnie nie potrafiłam, ból psychiczny spowodowany tym nagłym pozbawieniem
mnie sprawności był silniejszy od fizycznego. Po policzkach zaczęły cieknąć mi
łzy, a ręce drżeć, wciąż utrzymując niemal cały ciężar mojego ciała. – Nie
płacz… Nie płacz, słyszysz? – szepnął, gładząc mnie po włosach. – Z czasem
będzie coraz lepiej. Pozwolisz wreszcie, żebym ci pomógł? – zapytał, lecz nie
odpowiedziałam, a jedynie przytaknęłam skinieniem głowy. Nagłe poczucie niemocy
i zmęczenie owładnęły mną do tego stopnia, że zmuszona byłam odpuścić. Mężczyzna
uniósł mnie delikatnie i wtaszczył po schodach, podczas gdy ja walczyłam z
lękiem wysokości, który dopadł mnie w momencie, kiedy oderwałam stopę od ziemi.
Wiedziałam, że będę musiała przyzwyczaić się do tych nowych warunków, choć nie
ukrywam, że spokój ogarnął mnie na nowo dopiero wtedy, gdy z powrotem wyczułam
stabilny grunt, jakim była podłoga.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła… - westchnęłam, opadając ostrożnie na
łóżko. – Przez tyle czasu na mnie czekałeś, taką poobijaną i połamaną kalekę,
którą jeszcze dźwigać musisz… - uśmiechnęłam się delikatnie. – Kocham cię,
wiesz? – musnęłam ustami jego policzek.
- Ja też cię kocham, nawet nie wiesz, jak bardzo. Nawet jako kalekę,
taką poobijaną i połamaną. Bo wiem, że ta kaleka jest moja. – złączył nasze
wargi w słodkim, subtelnym pocałunku. Przez chwilę poczułam się tak, jak gdyby
cały świat nie istniał i nic się nie wydarzyło. Liczyliśmy się tylko my, to
pokrewieństwo dusz, które stanowiło jakieś nierozerwane więzy między nami. – I
jest bohaterką.
- Uważasz, że dobrze zrobiłam? – spytałam niepewnie.
- Tylko najodważniejszych stać na takie czyny, Rosie. – szepnął. – A
twoja odwaga bardzo mi imponuje, choć nie ukrywam, że znienawidziłbym ją gdyby
mi ciebie odebrała na zawsze. NAM odebrała. – powiedział, wyraźnie akcentując
przedostatnie słowo.
- Aż tak? – zaśmiałam się. – Wiesz, teraz będziemy poniekąd na równi,
bo niedowidzę tak samo jak ty, panie ślepy. – odwzajemnił uśmiech, nie
oddalając swojej twarzy nawet na centymetr od mojej.
- Może to i dobrze, nie będziemy widzieć tych szczegółów, na które inni
zwracają uwagę, Różyczko.
***
Wraz z jej
powrotem do domu wróciło szczęście, atmosfera nie była tak ciężka, jak
wcześniej, choć byłem świadomy, że czeka nas trudny okres. Wiedziałem, że minie
jeszcze sporo czasu, zanim znów wdrapiemy się na któreś z okolicznych drzew czy
przejedziemy się kolejką górską – zupełnie jak dzieci. Ale w tej chwili
naprawdę nie grało to dla mnie roli. Teraz musiałem zadbać o to, by miała jak
najlepszą opiekę medyczną i jak najszybciej wróciła do formy, wspierając ją w
tej trudnej walce z własnym ciałem. Widząc, jak wiele trudu sprawia jej
przebycie zaledwie kilku kroków, dostrzegałem też niesamowite samozaparcie i
wolę walki, które niewątpliwie pomogą jej na drodze do pełnej sprawności.
Niezależnie od wszystkiego, kochałem ją całym sobą i wiem, że tym byłem w
stanie pomóc jej najbardziej.
- Na pewno poradzisz sobie sama? – spytałem przerażony wizją
pozostawienia jej samej sobie w łazience.
- Michael, dam sobie radę… Nie panikuj. – mruknęła, przewracając
oczami. – Naprawdę nie musisz się aż tak troszczyć.
- Martwię się tylko, żebyś nie zrobiła sobie krzywdy. – pogładziłem ją
po policzku, widząc poirytowanie na jej twarzy. – Dobrze, już stąd idę. Będę za
drzwiami. – cofnąłem się i niechętnie skierowałem się w stronę wyjścia z
pomieszczenia.
- Po prostu chciałabym przez chwilę zostać sama. – szepnęła, gdy
zamykałem drzwi.
***
Nadszedł
odpowiedni moment, żeby zmierzyć się ze sobą, ze swoim ciałem. Powoli i
ostrożnie ściągałam kolejne elementy garderoby, odsłaniając centymetr po
centymetrze pokrytą bruzdami i drobnymi bliznami skórę. Niezliczone ranki,
mniej lub bardziej rozległe szramy pokrywały moje ręce, twarz, piersi, brzuch i
nogę. W okolicy żeber podłużny ślad po szwach, wciąż zaczerwieniony. Kolejna
porcja kompleksów. Nienawidziłam swojego ciała na nowo, każdej, nawet
najmniejszej blizny, czy rozstępu. Czułam się okropnie w swojej skórze, co
coraz bardziej nakłaniało mnie do pokazania tego, czego tak bardzo się
wstydziłam. Jedynej osobie, która poza mną powinna wiedzieć z czym ma do
czynienia.
Utrzymywanie
higieny z gipsem stanowi nie lada wyzwanie i jestem pewna, że gdyby Michael,
lub którykolwiek z lekarzy zobaczył, że wgramoliłam się do wanny, z pewnością
złapaliby się za głowę. Zanurzając się w gorącej wodzie z jedną nogą w górze,
jeszcze raz uważnie obejrzałam każdy cal swojego ciała. Czy czułam jakiś wstręt
wobec samej siebie? Nie, musiałam jedynie otworzyć się przed kimś, czyjej
akceptacji potrzebowałam teraz najbardziej, bo tylko ona potrafiła sprawić, bym
pokochała siebie raz jeszcze.
Po chwili
siedziałam już osuszając brązowawe włosy. Nie przepadałam za naturalnym
kolorem, ale do tej pory niestety udanie się do fryzjera nie wchodziło w grę.
Musiałam zatem pogodzić się z tym, co było.
- Teraz albo nigdy. – szepnęłam sama do siebie i z pomocą kul ruszyłam
w stronę wyjścia.
- No wreszcie, już miałem interweniować! – zaśmiał się nerwowo mój
anioł stróż.
- Przecież spieszyłam się jak mogłam! – krzyknęłam oburzona. – Poł godziny
to tak długo?
- Poprawka, dwie i pół godziny. DWIE I PÓŁ. – zaznaczył, widząc moją
zdziwioną minę. – Odkładaj te kule.
- Ale… - nie zdążyłam dokończyć, bo mężczyzna porwał mnie na ręce i
zaniósł do sypialni, powoli i ostrożnie kładąc na łóżku. – Musisz ciągle to
robić? – zapytałam, siadając.
- Cicho bądź. – pocałował mnie delikatnie w usta. – Mam coś dla ciebie.
– szepnął, przysiadając się tuż obok.
- Znowu?! – podniosłam głos, lecz ten kolejny raz uciszył mnie buziakiem.
– Dobrze, słucham…
- Czy zostaniesz moją żoną?
***
Oczy i usta miała
szeroko otwarte w wyrazie zadziwienia, próbowała coś powiedzieć, ale odebrało
jej mowę. Z kieszeni wyjąłem małe pudełeczko i otworzyłem je, ukazując
dziewczynie zawartość.
- Ale Michael, ja… - jąkała się. – Ja… Zaskoczyłeś mnie.
- Nie mogłem już dłużej czekać. Muszę mieć pewność, że zostaniesz ze
mną już na zawsze. – szepnąłem. – Ślub odłożymy na kiedy będzie trzeba, ale
chciałbym to od ciebie usłyszeć.
- Najpierw… Ja muszę coś ci pokazać, musisz być tego świadomy. –
rozwiązała pasek szlafroka i czekała na przyzwolenie. Tym razem, to ja musiałem
się otrząsnąć. Kochałem ją do szaleństwa, a ona chciała odsłonić przede mną to,
co ukrywała przed wszystkimi innymi. W jej oczach zalśniły łzy. Skinąłem głową
na znak zgody.
Każdy milimetr jej
ciała był piękny, każda blizna przypominała o niezwykłej odwadze, jaką się
wykazała i bólu, jakiego zaznała. Walczyłem ze samym sobą, by nie pozwolić
sobie na żadne śmielsze ruchy. Wiedziałem, jak wiele kosztowało ją, by otworzyć
się przede mną i nie chciałem nadwyrężyć jej zaufania. Złączyłem nasze usta w
delikatnym pocałunku, rękoma błądząc po jej nagich plecach.
- Jesteś cudowna. – szepnąłem jej do ucha, naciągając materiał
szlafroka na jej odsłonięte ramiona, słysząc cichy szloch. – Idealna. Dla mnie
jesteś idealna.
- Kocham cię. – mruknęła nieco pewniej, zdenerwowanie ustąpiło. – Ale jeszcze
nie jestem na to gotowa. – dodała zmieszana, poprawiając okrycie.
- Nigdy nie myślałem o tobie w tych kategoriach. – zapewniłem ją,
gładząc po dłoni, którą natychmiast zacisnęła na mojej.
- Jesteś tego pewien? – spojrzała mi w oczy.
- Oczywiście, że jestem tego pewien. – odparłem. – Ale to na twoją
odpowiedź czekam.
- Wiesz? – zaczęła, uśmiechając się delikatnie. – W takim razie, już
nie mogę się doczekać spędzenia reszty swojego życia przy twoim boku.
***
Dzień dobry moi kochani!
Zdziwieni, że notka już dzisiaj? Bo ja jestem. I to bardzo.
Zwłaszcza, że to najdłuższy rozdział, jaki w życiu napisałam. Ostatnimi
czasu natchnęło mnie właśnie na DLG, piszę je wszędzie – w szkole, w domu, w
samochodzie.
No to taki mały komentarz, gdyby ktoś nie zrozumiał do końca tej sceny,
w której Rosa się… no cóż, obnaża: Dziewczyna ma ogromne kompleksy i mimo, że
wie, że Michael bardzo ją kocha, chce upewnić się, czy zaakceptuje ją w pełni,
zwłaszcza, że jak wiecie, nie ma dobrych wspomnień z mężczyznami. Mi osobiście
ten motyw bardzo się spodobał, więc go zastosowałam.
Kiedy nowe notki? Postaram się jak najszybciej.
A tymczasem – ponad pół roku na blogu, ponad 12 tysięcy wyświetleń.
Dziękuję!
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego weekendu :)
Komentujcie, piszcie co sądzicie o mojej wesołej twórczości – to daje
kopa do dalszego działania!
Alex :)
P.S. Kiedyś pytaliście mnie o dziewczynę, która gra u mnie Rosę, dlatego
piosenka do dzisiejszej notki jest piosenką Eleny. ‘Acasa la noi’ idealnie
pasuje do wątku z mojego opowiadania, jest w niej mowa o powrocie do domu,
czekaniu i słynny motyw „nie ma to jak w domu”, a jednocześnie (z tego, co z niej
rozumiem, bo tekst jest po rumuńsku) przepełniona jest tematem miłości i
tęsknoty, więc mam nadzieję, że przypadła Wam do gustu :)


Heejkaa <3
OdpowiedzUsuńNotka wyszła cudnie, bardzo mi się spodobała. Mimo w sumie miłego wątku z racji powrotu naszej Rosy do Domu to dało się wydać ten smutek. To, że się wybudziła nie jest końcem jej kłopotów czego też mam świadomość, teraz pewnie rehabilitacje.
Ostatnia scena bardzo mi się spodobała i nie jest dla mnie dziwna. Rosa przełamała swoje kompleksy i wszelki wstyd otwierając się przed Michaelem. Jej zachowanie jest dla mnie zrozumiałe i motyw naprawdę fajny. Ja mam podejście do tego, że jak kochać to całym sobą tak jak to ujęłaś w pewnym fragmencie.
Oświadczyny? Ja tam jestem za! Cudownie dobrany moment. Ty to masz głowe do takich szczegółów :*
Całokształt bardzo mi się podoba, wstawiaj notki jak najczęściej, nie krępuj się :*
Czekam na kolejną z ustęsknieniem :*
Życze masy weny! :*
Pozdrawiam :*
Marysiaaa :D
Nawet nie wiesz ile ja czekałam na ten moment aż wróci do domu <333
OdpowiedzUsuńStrasznie mi jej szkoda, w sensie chodzi o te kompleksy, które w 100% rozumiem. Wypadek odebrał jej nie tylko ułamek życia, ale teraz również zdrowie i poczucie radości z życia. Nikt nie lubi się czuć bezradny, to chyba jedna z najgorszych możliwości.
Scena z oświadczynami przepiękna <3 Ten moment gdy chce się upewnić, że będzie ją chciał mimo blizn i wszelkich zmian jakie doświadczyło jej ciało. Przytaczając słowa z jednej z moich ulubionych lektur: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu." - przepięknie ujęłaś to w tej scenie:)
Pisz jak najdłuższe i jak najczęściej <3
Pozdrawiam;*
Jeju, nareszcie! Tyle czekałam na ten moment, aż wróci do domu! Ogromnie się cieszę ^^
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się, takiego obrotu sprawy. Myślałam, że oświadczyny będą później, a tu proszę!
Pozdrawiam :)
Karolina