***
Błękitny
klejnot znajdujący się na moim palcu połyskiwał i mienił się w promieniach
światła, jakie emitowała lampka nocna. Spoglądałam na niego z dumą, po raz
pierwszy w życiu nie myśląc, ile ten wariat wydał na mnie pieniędzy. Uczucie
jakie mnie przepełniało - niepojęte szczęście - nie pozwalało mi w tamtym
momencie racjonalnie myśleć. W końcu miłość odbiera nam rozum - stąd też święty
Walenty jest także patronem ludzi chorych psychicznie, ażeby móc chronić
wszystkich zakochanych. Coś w tym musi być, skoro jednak jeszcze żyję.
Bliskość mężczyzny w znaczeniu pozytywnym była dla mnie czymś niezwykle obcym, nowym. Chociaż paraliżował mnie strach, chciałam jej skosztować. Bezmyślnie wodziłam ustami po twarzy i szyi Michaela, z każdą sekundą coraz bardziej tracąc panowanie nad sobą. Nasze rozpalone ciała znajdowały się niebezpiecznie blisko, a ruchy stawały się coraz bardziej swobodne. I nie wiem, co byłoby, gdyby dotykiem delikatnych jak jedwab opuszków palców nie przywołał w mojej głowie obrazów sprzed lat. Gwałtownie odsunęłam się od niego.
- Przepraszam. - szepnęłam, widząc zakłopotanie na jego twarzy. - Zapędziłam się nieco.
- Może ja już pójdę... - mruknął, a ja jego twarz wstąpiły rumieńce. - Rano...
- Zostań, proszę. - powiedziałam, pociągając go za rękę. - Chcę, żebyś tu był. - dodałam, uśmiechając się subtelnie. W jego obecności odnajdywałam spokój, głos miał miękki jak aksamit, kojący niczym balsam. Ułożył się tuż obok, otulając mnie ramieniem. Gdy znów zbliżył się do moich ust, zobaczyłam w drzwiach naszą ukochaną córeczkę.
- Mogę spać dziś z wami? - zapytała.
- Oczywiście, kochanie. - odparłam, lecz nim wypowiedziałam ostatnie słowo, dziewczynka leżała już pomiędzy nami okryta kołdrą.
- Stęskniłam się za tobą, mamusiu. - szepnęła mi na ucho.
- Ja za tobą też, słoneczko. Ja za tobą też...
***
Jakże
pięknie jest budzić się tuż obok ukochanej osoby, czuć jej ciepły oddech na
swoim karku, gdy pierwsze ptaki zaczynają śpiewać za oknem...
Wpadające do pomieszczenia przez szczeliny w roletach promienie porannego słońca, oświetlały pokój na tyle, abym mógł zauważyć, że Bianca gdzieś zniknęła, zostawiając nas tylko we dwoje.
Spojrzałem na dziewczynę, której klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała. Kochałem ją właśnie taką, jaką była, ze wszystkimi niedoskonałościami i wadami, uwielbiałem jej naturalność. Choć czerwonawe włosy już jakiś czas temu straciły żywą barwę i blask, a brak jakiegokolwiek makijażu podkreślał jej delikatną, dziewczęcą urodę, olśniewała bardziej niż niejedna gwiazda. W końcu ten, który jest piękny duszą jest także piękny ciałem.
Wpadające do pomieszczenia przez szczeliny w roletach promienie porannego słońca, oświetlały pokój na tyle, abym mógł zauważyć, że Bianca gdzieś zniknęła, zostawiając nas tylko we dwoje.
Spojrzałem na dziewczynę, której klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała. Kochałem ją właśnie taką, jaką była, ze wszystkimi niedoskonałościami i wadami, uwielbiałem jej naturalność. Choć czerwonawe włosy już jakiś czas temu straciły żywą barwę i blask, a brak jakiegokolwiek makijażu podkreślał jej delikatną, dziewczęcą urodę, olśniewała bardziej niż niejedna gwiazda. W końcu ten, który jest piękny duszą jest także piękny ciałem.
- Przy tobie o wiele lepiej, niż samej w tym szpitalu. –
ucałowała mnie w policzek i wtuliła w mój tors. – Gdzie jest młoda?
- Pewnie znudziło jej się towarzystwo śpiących starszych i
wybyła. – zaśmiałem się.
- Ej, wypraszam sobie! – trzepnęła mnie w ramię. – Kto tu
jest stary, ten jest stary. – powiedziała, udając oburzenie.
- Wiek mi wypominasz? – zapytałem, wlepiając w nią wzrok. –
Aż taki zły jestem?
- Ależ skądże, tatusiu. – odparła głosem pięciolatki,
muskając delikatnie wargami moje usta, składając na nich delikatny pocałunek. –
Wypadałoby im powiedzieć.
- O czym? – mruknąłem rozmarzony.
- Jak to o czym? – odrzekła żywiej. – O tym, baranie, o tym!
– warknęła, wskazując na pierścionek na palcu. – A o czym innym chciałbyś im
mówić?
- Nie wiem. – szepnąłem, zajęty bawieniem się jej włosami.
- A co ty w ogóle wiesz? – fuknęła poirytowana.
- Wiem, że kocham, kiedy się denerwujesz…
***
Bycie w
samym centrum uwagi to cudowne uczucie, choć po pewnym czasie człowiek zaczyna
mieć tego dość. Podziwiałam Michaela – nie potrafiłabym być sławna na dłużej
niż jeden dzień. Już całodobowa opieka z jego strony to posunięcie się o jeden
krok za daleko.
Przyodziana
w jakąś postarzałą, nieco za dużą flanelową koszulę i krótkie spodenki
postanowiłam po cichutku wymknąć się z pokoju i wprowadzić w życie swój
nikczemny plan – samodzielne zejście ze schodów – co w moim stanie było równoznaczne
z podpisaniem paktu z samym diabłem. Powoli, bez pośpiechu zestawiłam obydwie
kule o jeden stopień niżej i próbując zachować równowagę dołączyłam sprawną
nogę. Było to dla mnie jak jakiś życiowy maraton – pot spływał mi po czole, łzy
ciekły z oczu, dyszałam z wysiłku jak kundel w upalny dzień. Gdy wreszcie
znalazłam się na dole, poczułam ogromną ulgę.
- Co dziś jemy na śniadanie? – zawołałam, stając w wejściu
do kuchni. Wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku. – Mogłabym prosić o
szklankę wody?
- Jak ty… - jąkał się Michael. – Jak ty się tu znalazłaś?
- Normalnie, no spójrz – tutaj jest korytarz, a na końcu
schody. Po prostu z nich zeszłam. – odpowiedziałam niewzruszona.
- Dlaczego ty jesteś taka uparta?! – warknął.
- Dlatego, że jesteś nadopiekuńczy. Niedługo jeszcze pewnie
stwierdzisz, że musisz mi osobiście tyłek podetrzeć, bo mogę sobie krzywdę
zrobić. – mruknęłam spokojnie. – Doceniam twoją troskę, ale jednak nie jestem
osobą niezdolnej do samodzielnej egzystencji…
- Ja się martwię… - szepnął, gdy wszyscy wyszli z kuchni. –
Omal cię nie straciłem, więc nie mogę pozwolić na to, by coś ci się stało.
- Dobrze, ale to nie znaczy, że nie mogę nic sama zrobić.
Wystarczy, że będziesz mnie łapał, kiedy będę spadać z tym cholernych schodów.
– zaśmiałam się. – Oj, nie wściekaj się na mnie. – pocałowałam go w policzek.
- Obiecujesz, że będziesz na siebie uważać? – zapytał,
kierując na mnie troskliwe spojrzenie.
- Obiecuję, tatusiu, ale chyba ktoś nam się przygląda. –
wskazałam palcem na domowników stojących pod drzwiami.
Po
skończonym śniadaniu spojrzałam wymownie na narzeczonego, lecz ten bezczelnie
udał, że nie wie, o co w ogóle może mi chodzić. Postanowiłam więc przystąpić do
czynu o nieco większej skuteczności – ostrożnie uniosłam zagipsowaną kończynę i
wymierzyłam mu delikatnego w moim mniemaniu kopniaka w piszczel. Zerkając na
mnie złowrogo, mężczyzna postanowił wstać.
- Mamy wam coś do powiedzenia. – zaczął, gubiąc się w
słowach.
- Błagam, tylko nie kolejna siostra. – odezwał się Prince
tonem, jakim skazany prosi sędziego o litość, lecz Michael kompletnie go
zignorował.
- Świadomy tego, że właśnie nastąpił koniec mojej wolności,
pragnę ogłosić, iż panna Calfucci już niedługo zostanie panią Jackson. –
wyrecytował, udając powagę.
- Świadoma tego – mówiłam, przedrzeźniając go. – że już do
końca życia będę skazana na tego wariata zwanego potocznie waszym tatą, pragnę
ogłosić, że to prawda. – nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem, w
czym zawtórowali mi pozostali domownicy.
- Czyli teraz już będziemy taką rodziną na zawsze? –
zapytała podekscytowana Bee.
- Taką na zawsze. – odpowiedzieliśmy zgodnie.
***
Jak
to mówią - przecież tylko wariaci są coś warci. To prawda, życie bez takich jak
my byłoby nudne i szare, a jest ono w końcu tylko jedno - musimy wyciskać je
jak cytrynę, do ostatniej kropli, cieszyć się każdą jego chwilą. Teraz, widząc
jak bliski byłem straty, umiałem docenić każdą sekundę spędzoną z moją
wariatką, na której punkcie zupełnie oszalałem.
- Może obejrzymy jakiś horror? - zapytałem, nurkując w
szafie.
- Chyba zgłupiałeś do reszty. - burknęła.
- Co ty się taka opryskliwa zrobiłaś? - jęknąłem, lecz
od razu pożałowałem, że zadałem takie, a nie inne pytanie.
- O takie rzeczy się nie pyta... - posłałem jej podły
uśmieszek. - Nie masz się z czego śmiać, to nie ty przechodzisz przez to
każdego miesiąca. - odparła. – Lepiej będzie jak tu przyjdziesz i mnie
przytulisz.
Dziewczyna wtuliła głowę w mój tors, znacznie
ograniczając mi swobodę ruchów. Czułem, że jestem za nią odpowiedzialny. Była
moja kobietą, kruchą istotą szukającą schronienia w moich ramionach. Niestety,
jak to często w takich sytuacjach bywa, błogą chwilę przerwał nam dzwonek
telefonu.
- Słucham? – mruknąłem do słuchawki.
- Panie Jackson, proszę zejść na dół. Goście do pana. –
odezwał się męski głos.
- Goście? Nie byłam z nikim umówiony. – odpowiedziałem
zdumiony, spoglądając na siedzącą obok mnie dziewczynę.
- Państwo Jackson czekają w holu i chcą się z panem
zobaczyć. – na dźwięk tych słów zamarłem. Kiedy mieszkałem w rodzinnym domu,
każde bliższe spotkanie z ojcem było spotkaniem z pasem. Ślady po tych
zdarzeniach po dziś dzień zdobiły moją skórę niemal na każdej części ciała. Na
samą myśl o tym po plecach przebiegł mnie zimny dreszcz.
- Dobrze. Zaraz zejdę. – odparłem, po czym odłożyłem
aparat.
- No cóż, nie sądziłem, że stanie się to tak szybko,
ale chyba poznasz dziś swoich przyszłych teściów.
***
Na
twarzy mężczyzny dało się wyraźnie dostrzec zdenerwowanie, chociaż pozornie nie
dawał po sobie poznać żadnych emocji. Wiedziałam, że jego stosunki z ojcem nie
były najlepsze, lecz myślałam, że teraz nie mógł już nic mu zrobić – w końcu
jego syn był dorosły, od wielu lat miał rodzinę, rodzicom cały czas przesyłał
mniejsze lub większe sumy pieniędzy, aby mogli żyć na tak wysokim poziomie, jak
on sam. Zapomniałam natomiast o jednej rzeczy – że słowa potrafią zranić o
wiele bardziej, niż jakakolwiek kara cielesna.
Schodzenie
ze schodów cały czas stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie, lecz tym razem
mogłam liczyć na pomoc Michaela. Nie ukrywam, że przy nim czułam się o wiele
bezpieczniej, ale wtedy musiałam udowodnić – nie jestem pewna, czy jemu, czy
samej sobie – że jestem jeszcze w stanie zrobić coś sama. W końcu praktyka
czyni mistrza.
- Podejdziesz sama do salonu? – spojrzałam na niego
złowrogo. – Usiądź i zaczekaj na mnie chwilę.
- Zawołaj dzieciaki. A o mnie się nie martw. –
powiedziałam, uśmiechając się lekko. Powoli, bez żadnego pośpiechu podeszłam do
kanapy i wygodnie na niej usiadłam. W tej samej chwili ogarnął mnie niepokój.
Czy oni przyszli tu specjalnie po to, by mnie zobaczyć. Przełknęłam nerwowo
ślinę. Nagle zobaczyłam w drzwiach ciemnoskórego mężczyznę średniego wzrostu z
niemałą nadwagą, a tuż za nim tęgawą kobietę z mocno skręconymi czarnymi
włosami. O ile pani Jackson zdawała się być osobą niezwykle ciepłą, jej mąż
sprawiał raczej wrażenie podminowanego buldoga.
- Dzień dobry. – powiedziałam, podnosząc się z sofy. –
Bardzo mi miło państwa widzieć.
- Dzień dobry, słońce. – odpowiedziała pani Katherine,
podchodząc do mnie i serdecznie przytulając na powitanie. – Jak się czujesz?
- Dziękuję, bardzo dobrze. – uśmiechnęłam się
delikatnie, kątem oka zerkając na ojca Michaela który odkąd wszedł nie odezwał
się ani słówkiem.
- Mamo, tato – przejął inicjatywę mój narzeczony. –
Proszę, usiądźcie, Margaret za chwilę przygotuje dla nas herbatę. – Co was tu
sprowadza? Rzadko odwiedzacie nas bez zapowiedzi.
- Chcieliśmy poznać wreszcie kobietę, o której trąbi
cały świat, a ty nawet nie raczyłeś nam jej jeszcze przedstawić. – bąknął senior.
– Joseph. – mruknął w moim kierunku.
- Rosa. Rosa Calfucci. – rzuciłam beznamiętnie.
- Wyglądasz na młodą, uczysz się jeszcze? – zaczął mnie
bezczelnie wypytywać.
- Przerwałam studia ze względów osobistych, jestem
szesnaście lat młodsza od Michaela. – odrzekłam taktownie, choć z wielką chęcią
powiedziałabym mu już na wstępie, co sądzę o jego kulturze.
- I pewnie jesteś teraz na jego utrzymaniu. – mruknął pod
nosem.
- Joseph… - upomniała go żona. – To tylko i wyłącznie
ich sprawa. – Dziecko kochane, ile jeszcze będziesz się męczyć z tym okropnym
gipsem? Musi być strasznie niewygodny.
- To prawda, ale jeszcze tydzień i się go pozbędę. –
odpowiedziałam, ignorując przytyk „Josepha”. Pierwszy raz spotykałam się z tak
niebywałym chamstwem. Wiele ludzi wytykało mi między innymi wygląd, aczkolwiek na
ogół byli to nastolatkowie z sąsiedztwa.
- Babcia! – wykrzyknęła radośnie Paris, a Prince po
chwili jej zawtórował. Dziadka natomiast żadne z nich nie powitało tak
entuzjastycznie, a i on nie bardzo przejął się ich obecnością. Onieśmielona
gośćmi Bianca podeszła do mnie i wdrapała się na sofę.
- Co się stało skarbie, wstydzisz się? – szepnęłam do
niej, lecz ona jedynie wtuliła się we mnie.
- Dzień dobry, kochanie, jak ci na imię? – powiedziała
do Bee i obdarowała ją promiennym uśmiechem.
- Dzień dobry. – mruknęła nieśmiało.
- Przepraszam za nią. To moja córka, Bianca. –
odpowiedziałam za nią.
- Nasza córka. – wtrącił się Michael, głaszcząc
dziewczynkę po głowie. – Bee, to są twoi dziadkowie.
- Naprawdę? – zapytała podekscytowana i zeskoczyła z
sofy. – Mogę mówić do pani babciu?
- Oczywiście, że… - zaczęła pani Katherine, ale mąż
znów wszedł jej słowo:
![]() |
| Słodkich snów |
- Dziadkowie? Przecież to obca małolata! – warknął. –
Zresztą, co to za dziewucha, co ci dzieciaka ściąga na głowę, bo jakoś sobie
nie przypominam, żeby był twój. – poczułam ukłucie w sercu. Nigdy nie chciałam
wykorzystać Michaela. Marzyłam tylko o tym, żeby moja córka wychowywała się w
pełnej rodzinie, żeby miała ojca, który pokochałby ją jak swoje dziecko. Takim
właśnie aniołem był mój narzeczony.
- Dzieci, możecie pójść na górę? – powiedział, a te
grzecznie pobiegły do swoich pokoi. W oczkach Bee dostrzegłam łzy. Chciałam
ruszyć za nią, ale niestety, nie byłam w stanie.
- Nie wierzę, że przygarnąłeś pod swój dach
dziewczynę, która zrobiła sobie z nie wiadomo kim dzieciaka, a teraz szuka
sponsora. – warknął.
- Dlaczego mnie pan obraża? Mnie i moją córeczkę? Nie
szukam żadnego sponsora, a jedynie człowieka, który już nigdy więcej nas nie
skrzywdzi. Jej biologiczny ojciec nie zasługuje nawet na to, żeby żyć – ktoś,
kto nie słyszy sprzeciwu kobiety powinien ponieść najwyższą karę. Ale ona jest
moja i kocham ją nad życie. Tak samo jak mojego przyszłego męża i pozostałą
dwójkę naszych dzieci. – powiedziałam spokojnie, wyraźnie podkreślając ostatnie
słowo. Pani Katherine spojrzała na mnie przepraszająco, lecz to nie po jej
stronie leżała wina. Wina leżała po stronie tego, który oceniał, a oceniał
niesłusznie.
***
- To jest moja córka i nie będziesz decydował o moim
życiu. I tak zbyt długo to robiłeś. – powiedziałem oburzony. – A Rosa jest
kobietą mojego życia i to, że powiesz jej coś niemiłego, czy będziesz
bezczelnie jej ubliżał tego nie zmieni, zapamiętaj to sobie. – fuknąłem,
trzaskając drzwiami.
- Co z ciebie za facet, ona ci się nawet nie da tknąć.
– zaśmiał się ironicznie mój ojciec. – Zabierasz się nie za takie, co trzeba.
- Jak ja sam wiem, za kogo mam się zabierać. A o niej
nigdy nie myślałem w takich kategoriach, nie jestem taki jak ty. A to, czy da
mi się tknąć, czy nie, to tylko i wyłącznie mój interes. A teraz żegnam. –
warknąłem. Odkąd pamiętam, zawsze jako jedyny potrafiłem mu się sprzeciwstawić.
I dlatego to ja zawsze najbardziej obrywałem.
- Bylebyś tego nie żałował…
***
Dobry wieczór!
Co ja mam pisać... Dziś znów DLG i notka długa :) Zadowoleni?
Ta Rosa to uparta. Zupełnie jak ja!
Komentujcie, bo to kop w tył i motywacja!
Nie obrazicie się, jeśli Benek będzie pojawiał się nieco rzadziej, prawda?
Miłego wieczoru!
Wasza Alex :)




Hejka! ♥
OdpowiedzUsuńPisanie dłuższych notek opowiadaniu służy bo czytam jak w istnym transie i kiedy widze ostatnie zdanie cierpie dole, że to koniec i wmawiam sobie, że przecież przed chwilą zaczęłam czytać XD
Notka wyszła jak zwykle cudownie lecz przyznam, że ta wyszła wyjątkowo. Była taka magiczna, ogarniały mnie różne emocje poczynając od niekontrolowanego wybuchu śmiechu po masakryczną złość. No tak, a jeśli o niej mowa, czego by się spodziewać bo takim egoiście, idiocie, wpatrzonym w (nie)ludzkie wartości, które stawia ponad wszystko. Nie ukrywam, że Joe doprowadził mnie do szału. Z Rosy jestem dumna, dobrze, że jest uparta, bo zawsze sobie poradzi. "ktoś, kto nie słyszy sprzeciwu kobiety powinien ponieść najwyższą karę. " te słowa uderzyły do mnie bardzo mocno i zgadzam się z nimi jak najbardziej.
Wracając do relacji damsko-męskich, które okazujesz również w cudowny i niepowtarzalny sposób, a to czyta się z ogromną przyjemnością. Ja tylko czekam, aż sen ziści się na jawie i panna Calfucci stanie się panią Jackson, było by to kropką nad 'i' ich szczęścia.
Teraz gdybym miała wybierać, które z Twoich opowiadań lubię bardziej miałabym mówiąc kolokwialnie wielki ból dupy bo obydwa są wyjątkowe i czytam je z ogromną niecierpliwością. Jeśli chodzi o częstotliwość wstawiania Benka to zgłaszam sprzeciw, jestem psychofanką Benka i apeluje o częstrze pojawianie się go na blogu. :D Mam ogromny sentyment. No, ale siłą ani szantażem autorki nie zmusze. Grunt, że notki zaczęły pojawiać się częściej i to mnie wielce raduje ♥
Czekam z niecierpliwością na dalsze wydarzenia u naszych zakochańców! :*
Życze masy weny!
Trzymaj się kochana!
Pozdrawiam cieplutko :*
Marysia ;) ;*
Przepraszam za błędy XD
UsuńAhhh magia telefonów komórkowych, przestawiają mi wyrazy i robią błędy ortograficzne, a przecież ja mam same 6 z dyktanda :D
* z przyjemnością )lecz z niecierpliwością też gdy czekam na noteczki :D)
Przeczytałam wczoraj, ale ból na twarzy (wiesz o co chodzi xD) nie pozwolił mi już na skomentowanie o tej porze, bo oczy odmawiały mi znów posłuszeństwa.
OdpowiedzUsuńCo do DLG to ty wiesz że ja je ubóstwiam ! <333
A ten kutajszon z obsranym dupskiem mnie tak wkurwił, że normalnie nie wiem co mam ochotę mu zrobić. STRASZNIE nie lubię, jak ktoś się trąca między dwoje ludzi, zwłaszcza w tak chamski sposób, nie wspominając że jest on przecież bliską rodziną. Jak można tak mówić do dziecka?! Czemu ono zawiniło?
A Rosa niech się stawia i dobrze, sama wiem po sobie, że mając swoje zdanie i charakter nie ustępujący nikomu można osiągnąć o wiele więcej niż uległością. Ja to jestem jak pchła, rzucam się do wszystkich ale bądź co bądź lubię to w sobie xD Dlatego jestem dumna z naszej Różyczki ! <3333
Mam nadzieję że uwagi tego starucha nic nie popsują między naszą parką, nie wezmą sobie tego do serca... Bosz normalnie skąd się tacy ludzie biorą. Nic tylko wykastrować i patrzeć czy równo puchnie.
Również MEEEGA się cieszę, że notki są dłuższe i częściej się pojawiają !!!
O wiele lepiej się czyta, nie pozostaje aż taki 'niedosyt'.
Baardzo się cieszę że wena Ci dopisuje, z Twoimi pomysłami nudzić się nie można, liczę że i nasze zakochańce i nasz Benek będą tutaj coraz częściej i notki bd coraz dłuższe !
Twoja wierna, popierdolona umysłowo fanka <3333
Pozdrówki ! <333
O Boże i ja mam przebić powyższe komentarze?!! No to jedziemy :)
OdpowiedzUsuńJestem mega happy że Michael oświadczył się Rosie i że przyjęła jego oświadczyny. Na pewno jest jej ciężko z tym że ledwo chodzi, a większość nawet najprostszych czynności przychodzi jej z trudem. Ale ma Michałka i on ją wspiera i opiekuje się nią. Dla mnie to jest mega słodkie, ta jego troska. W ogóle u Ciebie Michael taki kochaniutki, grzeczniutki, spokojniutki, fajniutki taki normalnie miałmuśny :D Jestem pieprznięta wiem. I wszystko by mi się podobało gdyby nie taki jeden stary dziad o imieniu Joseph. Ja zniosę wszystko tylko nie jego i od razu mi się humor popsuł. Bo ja miałam takie przeczucie, ha ja byłam pewna że miło to nie będzie, a te jeno hamstwo to po prostu szczyt wszystkiego! Olu kochana ale dodanie jego zdjęcia mogłaś sobie darować. Chcesz żebym ja miała koszmary w nocy? Przecież ten jego zakazany ryj będzie mnie prześladował przez tydzień!! Ech no co ja z tobą mam no. Joseph to mnie tak nie miłosiernie wkurwił, że to poezja. I jak tu nie przeklinać? W ogóle jakim prawem on tak o Rosie gada jak o jakiejś taniej dziwce z pod lampy skoro jej nie zna. Ja na miejscu Michaela to bym mu mordę obiła, dobrze że chociaż mu dogadał. Mam tylko nadzieję że już się nie pojawi w Twoim opowiadanku, bo go nie ździerże. Ja mu się coś nie podoba to niech wypierdala z baru i tyle. Nikt go nie potrzebuje i o zdanie nie pyta. Jako królowa komentarzy starałam się :) mam nadzieję że podołałam.
Czekam z ogromną niecierpliwością na nexta, tylko błagam już bez Josepha oszczędź mi tego!
Życzę wenyyy!
Pozdrawiam Cię
cieplutko :****
Ja będę bardziej wstrzemięźliwa w słowach. Bardzo miło się czyta. Lekko i przyjemnie. Fajnie, że notki są dłuższe. A Joseph jak Joseph kawał skurczybyka. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńNiedługo święta (NIE ŻEBYM WYPOMINAŁA, ALE LICZĘ NA GWIAZDKOWY POST JAKO PREZENT XDDD)
OdpowiedzUsuńTo nie tak, że tak cholernie zazdroszczę Rosie...
No, może trochę...
Trochę bardzo....
W cholerę.
Ale oni są uroczy :3
Ogólnie matka Michaela jest taka kulturalna i taktowna, a jego ojciec wpieprza swoje cztery grosze przy każdej możliwej okazji. Niemiło.
Jednakże uważam, że skoro Mike się postawił, to pokazał, kto jest mężczyzną. ALE ŻEBY MIEĆ TUPET. OBRAŻAĆ JEGO KOBIETĘ W JEGO DOMU, PRZY JEGO DZIECIACH!
Osobiście mam nadzieję, że Rosa się przełamie i nie będzie się bała dotyku Michaela, ponieważ on nie jest nawet podobny do jej oprawcy .
Czekam xoxo
http://this-love-is-forbidden.blogspot.com/