5/10/2016

Don't Let Go Of My Hand: W obliczu zmian



***

                Prawdziwego szczęścia nie da się kupić za żadne pieniądze. Wręcz przeciwnie – w nadmiarze mogą nawet bardzo unieszczęśliwić człowieka. Jednak to, co daje nam radość - roześmiane buzie dzieci, widok ukochanej kobiety, rodzinne zdjęcia w salonie - nie figuruje na półkach sklepowych regałów. Jedynie taki obrazek widziany każdego dnia pozwala nam posiąść pełne szczęście, które miałem teraz na wyciągnięcie ręki.
                Kiedy wracałem do domu, poczułem nadzwyczajny spokój. Wszystko, o czym marzyłem przez lata, było właśnie o krok od spełnienia. Mimo wielu przeciwności i problemów jakie napotykaliśmy na swojej drodze, byłem pewny, że zmierzamy ku dobremu. Wszelkie obawy naraz zniknęły, jak gdyby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a nawet słowa „dom” i „rodzina” nagle zaczęły nabierać nowego znaczenia. Do niedawna bajka i fikcja już niedługo miały stać się rzeczywistością. Rzeczywistością, która zawsze zdawała się być dla mnie tak nieprawdopodobna i odległa.
                Choć nie wszyscy mogli być teraz w domu, sprawiał on wrażenie wypełnionego. Nawet jeśli nie było kogoś ciałem, zajmował tu swoje miejsce duszą. Mimo że było tak już od dłuższego czasu, zacząłem dostrzegać to dopiero teraz. Dopiero teraz byłem pewny, że ci, których kochałem przynależeli do tego samego miejsca, co ja. I, że cokolwiek się stanie, zawsze tam będą do niego wracać. Rozrzucone zabawki, nieumyta filiżanka po kawie - każdy zostawia po sobie jakieś ślady, zaznacza teren, aby nawet podczas jego nieobecności wszyscy myśleli, że jest. I w tym cały sens -  ciało może odejść, ale człowiek zostaje w swoim miejscu na zawsze.
                Idąc po śladach naszych dzieci, doszedłem do wniosku, że żądza zaznaczenia swojego terytorium zupełnie nimi zawładnęła. Siedzieli przed telewizorem, niczym król i królowa, wpatrzeni w ekran jak w święty obraz.
- Dzień dobry państwu, nie przeszkadzam? - zapytałem z uśmiechem, siadając obok córki, która automatycznie zarzuciła mi ręce na szyję i złożyła powitalnego buziaka na moim policzku.
- Dobrze, że jesteś, bo mam jej już dość. - mruknął mój syn, przewracając przy tym oczami. - Baby to same problemy.
- Ciekawe co byś jadł, gdyby ci "baba" nie ugotowała. - odgryzła mu się siostra.
- Kiedyś się przekonasz, że jednak "baby" są nam potrzebne do życia. - zaśmiałem się. - Bo zobacz, ile one piękna wnoszą do naszego życia.
- Chyba jedzenia. - burknął.
- Za parę lat przyznasz mi rację. - stwierdziłem, chcąc zakończyć temat. - Co robiliście pod nieobecność ojca?
- Uczyliśmy się. - odparli zgodnie, uśmiechając się delikatnie do siebie. Tak już jest z rodzeństwem. Sojusznicy pod przykrywką wrogów. W dyskusji zawsze po dwóch stronach barykady, w spisku natomiast wyłącznie razem. I choć było to oczywiste kłamstwo, przynajmniej w nim się zgadzali.

***

                Spoglądałam na jej spokojniutką twarzyczkę pogrążoną we śnie. Nawet nie wiem kiedy, w którym momencie mój mały bobas przepoczwarzył się z gąsieniczki w pięknego, dorodnego motylka. W jednej sekundzie dotarło do mnie, jak szybko mijają chwile. Mijają, aby już nigdy nie powrócić, aby ustąpić miejsca nowym łzom i salwom śmiechu. Mijają, aby albumy fotograficzne mogły zostać zapełnione kolorowymi wspomnieniami, obrazami zdarzeń. Mijają, aby nas zmieniać, uczyć, abyśmy mogli poznawać świat. Tak trudno uwierzyć w to, że lada moment za moim małym skarbem zaczną uganiać się chłopcy, że nastanie era nastoletnich buntów, skończą się rodzinne przytulanki, buziaki, spokojne, słodkie rozmowy zostaną zastąpione przez kłótnie i wrzaski, wynikające z dziedzicznego włoskiego temperamentu. Teraz jeszcze cichutka i grzeczna, powód do radości, nim będzie za późno.
                Całe nasze życie się zmieniało, każdego dnia coraz bardziej wdrażałyśmy się we wszystko to, co do tej pory było dla nas obce, nieznane. Do tego dochodziły pewne obawy – czy sobie poradzę? Czy będę dobrą żoną? Czy będziemy umieli rozwiązywać spory? Czy uda nam się stworzyć pełną, szczęśliwą i kochającą się rodzinę? Nieraz do głowy nasuwało mi się pytanie – czy różnica wieku nas nie zniszczy, nie poróżni? Czy wytrwamy razem aż do śmierci? Oczywiście, każdy oburzony moimi obawami pewnie powiedziałby, że nie wiem co mówię, że przecież miłość przetrwa wszystko. To prawda, miłość przetrwa. Ludzie wciąż będą się kochać. Ale bycie razem to nie tylko miłość.
                Przerażały mnie jego sława, brak prywatności. Przerażało mnie także to mocno zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Przerażały mnie kamery, paparazzi, komentarze na temat każdego ruchu, słowa, czy gestu. Kochających się ludzi mogą rozdzielić tylko niekorzystne okoliczności, środowisko – właśnie tego najbardziej się obawiałam. Lecz silniejsza od obaw była nadzieja na szczęśliwe życie u boku mężczyzny swojego życia, cudownego ojca i przyjaciela. Niekiedy po prostu musimy podjąć ryzyko, nawet jeśli mamy wiele do stracenia. W końcu na tym świecie mamy tylko jedną szansę, tylko raz wchodzimy na scenę, aby zabłysnąć lub ponieść klęskę. Lepiej jest bowiem polecieć i spaść, niż nigdy nie wznieść się chociaż centymetr nad ziemię…
 
***

                Wpatrując się w wieczorne niebo, myślami wybiegałem do tego cudownego dnia. Dnia, w którym wezmę odpowiedzialność za te cudowne istoty, kiedy będę mógł z dumą nazywać ją swoją żoną. Nie mogłem już doczekać się, aby zobaczyć ją w cudnej, białej sukni, przed ołtarzem, nie mogłem doczekać się bycia mężem i ojcem trójki, a nie jedynie dwojga dzieci. Nagle z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu.
- Nie śpisz jeszcze, prawda? – odezwał się w słuchawce kojący głos, który tak dobrze znany był moim uszom.
- Śpię, właśnie rozmawiasz z lunatykiem. – zaśmiałem się. – I co, wychodzicie jutro?
- Tak, lekarz mówił, że jest już lepiej i możemy wrócić do domu. Bianca na pewno się ucieszy. – odparła.
- O której mam być? – zapytałem.
- Około południa. Coś się stało? – mruknęła podejrzliwym tonem.
- Nie, po prostu… - zacząłem. – Po prostu nie mogę się doczekać.
- Jesteś pewien swojej decyzji? No wiesz, dopóki nie jest za późno… - zażartowała. – Bo potem to już nie ma odwrotu, będziesz musiał się ze mną użerać.
- Wiesz, chyba zupełnie dobrowolnie wybiorę użeranie się. – odpowiedziałem, niemalże słysząc w jej cichym westchnieniu jak się uśmiecha.

- Dobranoc. – szepnęła cicho, lecz ja wiedziałem, że to nie było zwyczajne „dobranoc”. Wiedziałem, że w tym jednym, prostym słowie kryło się wszystko, co potocznie nazywamy miłością.

***

Dobry wieczór!
No cóż, wracam po przerwie! Wreszcie, wiem!
Nie będę za bardzo się dziś rozwodzić, jutro pojawi się post informacyjny, dlaczego znów mnie nie było i tak dalej.
Notka mi się nie podoba, jest krótka i nienapisana na poziomie mogącym oddać tę sytuację, ale to taki wstęp dla mnie na rozgrzewkę.
Zapraszam do komentowania i dziękuję wszystkim za cierpliwość. :)
Buziaki!
Alex :)

3/29/2016

You've Got A Friend In Me: Epilog

***

                Niebo poszarzało, jak gdyby samo słońce okryło się żałobą. Ptaki zamilkły, dotrzymując towarzystwa milczącemu orszakowi przywdzianych w czerń ludzi podążających za swoim przyjacielem powolnym, wręcz ślamazarnym krokiem. A podążali za nim już po raz ostatni, choć nikt nie spodziewał się, że ten ostatni raz nadejdzie tak szybko. Zdawali się nawet obwiniać kogoś z góry za swoją bezmyślność. Zaczęli nawet żałować, że zmarnowali tyle czasu, że nie pamiętali, że przypomnieli sobie tak późno, że za późno. Szli więc ze spuszczonymi głowami, nic nie mówiąc. Nie mieli już sposobności, aby przepraszać za to, że zapomnieli wtedy, kiedy powinni byli pamiętać.
                Jednak byli i tacy, którzy przez cały ten czas pamiętali. Kroczyli tuż obok przyjaciela – tak, jak zwykli to robić na co dzień. Ich blade twarze silnie kontrastowały z żałobnym odzieniem, oczy zbierały siły na wylewanie kolejnych łez, gdy już trzeba będzie się pożegnać. Spojrzenia mieli nieobecne, białka oczu mocno przekrwione. Szli, równym krokiem, myśląc o przyszłości bez człowieka, z którym spędzili przeszłość.
                W żałobie nikt bowiem nie ma głosu, przez ludzi przemawia rozpacz. Niekiedy po cichu, ze łzami, nieraz donośnie szlocha, a nawet zdarza jej się krzyczeć. Jednak jej moc nie jest zależna od sposobu, w jaki się wypowiada. U niektórych nie piśnie nawet łezką, nawet nie zmusi wargi do drżenia. Po prostu czuwa utajona na dnie serca i dyskretnie je niszczy, nie mówiąc o tym światu.
                Tylko obcy skrzypek, przyzwyczajony do takich okoliczności, grał smutną, żałobną melodię. On nie przyszedł tu jednak nikogo żegnać. Jedynym jego zadaniem było wykonanie swojej pracy. Utwór, tak dobrze mu znany i wyuczony grał z pamięci, nutka po nutce, bez jakichkolwiek emocji na twarzy, bez bólu, zakłopotania, wstydu, bez poczucia winy. Tego dnia jedynie on i sprawca tego zamieszania mogli być spokojni.
                Tak już jest, tak funkcjonuje świat. Życie kończy się tak, jak gaśnie płomień świecy trącony nagłym, niespodziewanym podmuchem wiatru. Jednak nie można się na to przygotować. Choć każdy o tym wie, wciąż zadajemy pytanie „dlaczego?”, jak gdyby miało to coś zmienić. Niestety, nie zmienia nic. Bezskutecznie próbujemy rozwiązać nierozwiązywalną zagadkę wszechczasów. I znów, raz za razem, wracamy do punktu wyjścia.
                Aż wreszcie nadszedł moment, w którym rozpacz znów zaczęła przemawiać – szlochem, łkaniem – zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. To już był definitywny koniec wszystkiego. Człowiek spoczął pod grubą warstwą ziemi, a na nim poczęły osadzać się łzy stojących nad grobem przyjaciół przyjaciela. Przyjaciela-ojca, przyjaciela-męża, przyjaciela-teścia, przyjaciela-wujka, a nawet przyjaciela-irytującego sąsiada i przyjaciela-wrednego szefa. I gdy wszyscy już odeszli, przy przyjacielu zostało tylko kilka osób. I wszystkie te osoby milczały, pogrążone w myślach. Tak trudno było im zostawić tu już drugiego przyjaciela. Gdyby tylko mogli, zabraliby ich z powrotem do domu i żyli jak dawniej. Ale niestety, było to niemożliwe.
                Wreszcie i oni odeszli, lecz przy grobie pozostała jedna osoba. Po jej policzkach dopiero teraz zaczęły ściekać łzy. Nie chciała płakać przy innych. Nie miała ochoty pokazywać, jak bardzo było jej źle. Zamiast tego, pocieszała ich. A tymczasem, to właśnie ona została sama i właśnie to do niej dotarło. Dzieci odejdą, będą miały własne rodziny. A jej pozostały album ze zdjęciami, list napisany ręką, którą tak bardzo kochała. Ręką, której palce ginęły co wieczór w jej gęstych, ciemnych włosach. I wspomnienia, których nikt nigdy nie będzie w stanie jej odebrać.

                I to właśnie jest przeznaczeniem było opowiedzenie tej historii do końca. Może jeszcze nie teraz, może za kilka lat. Bo miłość jest jak węzeł. On rozpoczął zdanie, a ona musiała je dokończyć…

***

Dobry wieczór!
Pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze pamiętają o tym blogu. Po dwumiesięcznej przerwie wracam do życia!
Notka krótka, nieobecność musicie zrozumieć - potrzebowałam wytchnienia, naładowania baterii.
Czekam na Wasze opinie. :)
W najbliższych dniach wrzucę krótkie info co do losów bloga.
Jak tam u Was? Wszystko w porządku?
Jak już wszystko nadrobię u moich dziewczyn, na pewno odezwę się w komentarzu!
Buziaki.
"Ta, która powstała z martwych" :)

1/29/2016

You've Got A Friend In Me: Koniec opowieści



***

                Wraz z nastaniem kolejnego dnia znów wstało słońce, przyroda jakby nagle ożyła. Wszystko, co znajdowało się wokół nas mieniło się kolorami. Rozćwierkane ptaki krążyły gdzieś nad nami tak, że mogłoby wydawać się, iż całe niebo śpiewa razem z nimi. Jedynie my, pogrążeni w ciszy podziwialiśmy sztukę napisaną i wystawianą przez samą naturę. A ciszę tę trudno było przerwać – tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało od czego zacząć rozmowę, o co pytać i co odpowiadać.
                Pamiętałem czasy, gdy nie przejmowałem się zupełnie niczym. Gdyby ktoś jednego z tamtych dni powiedziałby, że kiedyś będę miał rodzinę, zaśmiałbym mu się w twarz – przecież mamy tylko jedno życie, prawda? Po co je marnować, skoro można świetnie się bawić, bez żadnych zobowiązań? A jeśli ktokolwiek próbowałby mi wmówić, że byłbym gotów oddać swoje życie, by uratować czyjeś, zaśmiałbym się jeszcze głośniej. Niewiarygodne, jak bardzo potrafią wpłynąć na nas ludzie. Ale jeszcze bardziej niewiarygodne jest to, jak mogą wpłynąć na nas ci, których kochamy.
- Zauważyłem, że bardzo dobrze dogadujesz się z Nathanem. – wypaliłem nagle.
- Tak… - mruknęła dziewczyna, a na jej twarz natychmiast wstąpił rumieniec. – Jest bardzo miły.
- Mógłby wreszcie postarać się o względy u takiej fajnej dziewczyny. – zaśmiałem się, puszczając jej oczko. – Niedługo to on przejmie w tej rodzinie obowiązki ojca, więc powinien uczyć się postępować z kobietami.
- Ojca? – zapytała zdezorientowana.
- Wiesz, niedługo pewnie mnie zabraknie, a… - zacząłem.
- Chyba nie wybierasz się jeszcze na tamten świat? – krzyknęła z niepokojem w głosie, zupełnie, jakby miała obok siebie kogoś bliskiego.
- Po prostu mam przeczucie, że… Muszę ustąpić komuś miejsca. – odparłem. – Komuś, kto grzecznie rośnie sobie pod sercem mojej żony.
- To dlatego piła kawę zbożową… - wymamrotała pod nosem. – Gratuluję, Ben. – szepnęła. – To co, opowiesz mi coś jeszcze?
- Opowiem ci wszystko, o co tylko zapytasz.

---
Rok później…

                Usiadłem przy biurku. Wziąłem kartkę i pióro. Odetchnąłem głęboko, choć piekący ból w klatce piersiowej wcale mi tego nie ułatwiał. Zacząłem pisać – nieco niestarannie, ale wciąż czytelnie:

                Opowieści nie zawsze są piękne jak z obrazka. Mają one obrazować życie takim, jakim ono jest – mniej lub bardziej barwne – wliczając w to zarówno wszystkie piękne momenty, jak i te smutne i przykre, o których niemalże każdy człowiek chciałby zapomnieć. Ale takie właśnie jest życie – ciągle daje nam coś i odbiera, raz kij, raz marchewka – choć u niektórych dość często występuje znaczna przewaga kija.
                Stworzyłem coś na kształt przekroju nie tylko życia Michaela, ale także swojego. Dzień w dzień myślami przeżywałem na nowo to wszystko, co już raz się zdarzyło. Od momentu utraty rodziców przez niezbyt przyjemne doświadczenia z sierocińca, w końcu docierając aż do poznania swojego jedynego i najlepszego przyjaciela. Osoby, która wyrwała mnie z piekła, zapewniła dach nad głową, utrzymała, wychowała jeszcze raz i zdobyła moją wierność i zaufanie.
                Nie wiedziałem, że przyjaźń może być tak silna, ale faktycznie była silniejsza, niż wszystkie relacje, jakich do tamtej pory doświadczyłem. Dala mi podstawę do życia, nauczyła kochać bezgranicznie i bezwarunkowo. Nauczyła mnie dbać o wszystko, co kocham i walczyć o to do utraty tchu. Nakazała być obok, gdy komuś brakuje podpory, wpoiła, że najskuteczniejszym lekarstwem na wszelkie spory jest rozmowa. Przyjaźń jest wielka. Ale jeszcze większy jest ten, który był mi przyjacielem.
                Nic w świecie nie ma takiej wartości, jak wspomnienia. Wspomnienia pozwalają utrzymać przy życiu nawet tych, którzy odeszli, a to, co kryjemy w sercu nie może zostać nam zabrane. Jest nasze na zawsze.
                Ale nieraz nadchodzi taki czas, w którym trzeba pożegnać się z tym, co doczesne. To, co jest ludzkie, nie jest boskie, a co, co jest boskie, nigdy ludzkie nie będzie. A koniec to jedynie pojęcie względne. Dla niektórych jest to śmierć, dla innych rozstanie, a dla jeszcze innych to jedynie swego rodzaju czasowe rozdzielenie. Wszystko co się zaczyna, zaczyna się jako ludzkie, a tak naprawdę jest jedynie kontynuacją rozpoczętego dzieła tworzenia. A ja głęboko wierzę w to, że ostateczne zakończenie jest czymś ponad ludzi, czymś boskim. Ziemski koniec nie jest definitywny. To tylko chwilowa rozłąka. Prawdziwej przyjaźni nikt i nic nie jest w stanie zabić. Ona trwa wiecznie. Wystarczy jedynie wierzyć i czekać. Tylko jedna istota jest w stanie wszystko zakończyć, tak samo, jak pobudziła martwą nicość do życia.
                Cieszę się, że z dumą mogłem zawsze powiedzieć: „Kocham. Jestem ojcem. Mężem. Przyjacielem. Już zawsze nim będę.”. Dziękuję i przepraszam. Za wszystko.
Benjamin

                List położyłem na biurku i po raz ostatni sięgnąłem po album ze zdjęciami. Przez ten rok udało mi się zrobić wiele. Czułem, że wypełniłem swoją misję, że osiągnąłem cel. Spojrzałem na rodzinne zdjęcie – byliśmy tam wszyscy razem. Wszyscy, poza Michaelem. Nagle ból stał się nie do wytrzymania.

- Do zobaczenia, przyjacielu.

***
Dobry wieczór?
Zanim zdecydujecie się mnie zabić, zapraszam na krótkie tłumaczenie.
No więc, już od jakiegoś czasu chciałam zakończyć to opowiadanie w taki sposób - nagle, niespodziewanie i niezrozumiale. Tak, jak kończy się życie. Po prostu.
Dlaczego tak szybko? Bo całość mnie przerosła i nie chciałam przepisać wydarzeń z książki Franka.
Dlaczego tak krótko? Taka moja wizja.
Czy to ostatni rozdział? Nie, jeszcze będzie epilog.
Osobiście uważam to opowiadanie za moją porażkę. Niby pokazałam to, co chciałam, ale jednak nie do końca. Skończyłam trochę za szybko.
Czekam na hejty.
Pozdrawiam serdecznie.
Alex

1/23/2016

Don't Let Go Of My Hand: Rodzic na zawsze


***

            Matka - jedno proste słowo o wielu znaczeniach. Matka, to organizm opiekujący się wymagającymi opieki. Matka to serce otwarte na świat i potrzeby innych. Matka to osoba nosząca w sobie pewną nadzwyczajną miłość, której któregoś razu pozwoli zakiełkować. Ojciec natomiast pełni pieczę nad rodziną, a zależność między nimi jest następująca - matka wskazuje cel zagrażający swojemu dziecku, a ojciec tępi go niczym szkodnika. Ale to jednak matka trzyma dłoń na rozpalonym czole dziecka. To mama ucałuje każde zranienie i magicznym plasterkiem sprawi, że już nie będzie bolało. Tylko matka posiada te wszystkie tajemne moce, których nikt inny nie jest w stanie się nauczyć.
            Roztrzęsiona siedziałam na korytarzu szpitalnego oddziału, oczekując na jakiekolwiek wieści od lekarza. Niestety, nie obyło się bez kolejnej wizyty w tym okropnym miejscu, gdzie każdą sekundę martwej ciszy rozrywa przeszywający odgłos kardiomonitora. Spojrzałam na chodzącego w tę i z powrotem mężczyznę - kroczył nerwowym krokiem, wyraźnie się niecierpliwiąc. Wtem z gabinetu wyszedł doktor.
- Zapraszam. - mruknął w naszym kierunku. Niemalże jednocześnie wbiegliśmy to pomieszczenia. - Proszę usiąść. - odrzekł spokojnie mężczyzna.
- Dziękuję, postoję. - rzuciłam oschle. - Proszę tylko przekazać mi wyniki badań mojego dziecka. - dodałam, unikając spojrzenia Michaela, który wydał się oburzony nieużyciem przeze mnie słowa "naszego" zamiast "mojego".
- Tak jak podejrzewałem, ostre zapalenie krtani. Dobrze, że zareagowaliście państwo tak szybko, bo to wyjątkowo groźba choroba. - odpowiedział beznamiętnym głosem. - Sytuacja jest stabilna, ale zostawimy małą na obserwacji przez kilka dni. - mruknął.
- To konieczne? - zapytałam z nadzieją, wiedząc, jak źle Bianca znosi szpitale.
- Obawiam się, że tak. - odparł.
- Kochanie... - szepnął Michael, widząc, że zaczynam trząść się z nerwów. - Oni znają się na tym lepiej od nas.
- Oni zawsze znają się lepiej do cholery, ale ludziom rzadko kiedy pomagają. - warknęłam. - Szkoda tylko, że nie umieją tej wiedzy nikomu przekazać. - rzuciłam, wychodząc.
- Dokąd idziesz?! - krzyknął za mną. - Rosie, zaczekaj. - szepnął, łapiąc mnie za rękę. Do oczu zaczęły napływać mi łzy.
- Martwię się o nią. - zaszlochałam. – Po prostu strasznie się martwię.

- Myślisz, że ja się nie martwię? Że mam to zwyczajnie gdzieś? – zapytał z wyrzutem w głosie. – Naprawdę tak myślisz?
- Nie, Michael… Nie, przepraszam. – mruknęłam, mocno go przytulając. – Nie miałam tego nawet na myśli. Jestem przyzwyczajona, że zawsze byłyśmy same i…
- Rozumiem, ale tamto ‘zawsze’ już się skończyło. – rzucił, nieco zasmucony. – Teraz wszyscy żyjemy inaczej. I każdy z nas musi się do tego na nowo przyzwyczaić. Pytanie tylko, czy każdy chce się przyzwyczaić. – spojrzał mi głęboko w oczy, oczekując reakcji z mojej strony.
- Moje serce jest przyzwyczajone, ale nie zawsze udaje mu się dobrze operować czynami. – odparłam, spuszczając głowę. – Pójdziemy do niej?
- Ty idź, ja wrócę jeszcze na chwilę do tego lekarza. – odrzekł, wyrywając się z moich objęć. – W końcu chcemy, aby wyszła stąd jak najszybciej, prawda? – skinęłam potakująco w odpowiedzi i niepewnie ruszyłam wzdłuż korytarza.

***

            Kiedy wszystko się zmienia, zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno nie zmienia się za bardzo lub za szybko. Nabierasz wątpliwości co do efektów – czy będą one pozytywne, czy odbiją się negatywnie na kochanych przez ciebie osobach. Nieraz zastanawiasz się nawet, czy jakieś wielkie rewolucje były konieczne, skoro ich skutki niekiedy potrafią dotkliwie ukłuć w samo serce. Niby nie żałujesz, lecz zawsze na drodze pojawia się jakieś „ale” i nie masz pojęcia, czy lepiej będzie je wyminąć, czy wyeliminować.
            Szedłem przez korytarz równym krokiem, pogrążony w myślach. Zbyt wiele trudnych sytuacji miało miejsce w moim życiu, bym teraz się po prostu poddał. Nie po to walczyłem za każdym razem, aby teraz to wszystko porzucić, a jednak mimo to, czułem się przytłoczony kilkoma prostymi i z pozoru nieszkodliwymi słowami padającymi z jej ust. Traciłem wiarę w to, że kiedykolwiek będziemy żyli jak normalna, pełna rodzina, w której nikt nie będzie skupiał się na genach, a jedynie na tym, co tli się w naszych sercach. Być może wyolbrzymiałem, lecz w tym momencie nie potrafiłem myśleć w inny sposób. Przepełniał mnie strach, że ta bariera za każdym razem będzie się odnawiać i już nigdy się jej nie pozbędziemy. Zasmucony, zapukałem do drzwi gabinetu, obok którego właśnie się znalazłem.
- Panie doktorze, można? – zapytałem nieśmiało.
- O, to pan, panie Jackson, zapraszam. – mruknął lekarz, unosząc na mnie wzrok. – Proszę usiąść, zaraz objaśnię panu szczegóły leczenia.
- Chciałbym przeprosić za moją… - zacząłem zakłopotany.
- Nic się nie stało, proszę nie tłumaczyć. – odparł ku mojemu zdziwieniu mężczyzna. – Gdyby każdy rodzic z takim zawzięciem troszczył się o swoje dziecko, świat byłby o wiele piękniejszy. – uśmiechnął się.
- W sumie racja. – rzuciłem zaskoczony.
- A zatem, co ja tu… - szepnął lekarz, przeglądając jakieś papiery. – A tak, leczenie Bianci. Kilka dni będzie musiała poleżeć w szpitalu, niewątpliwie. Mimo podanych leków nastąpiła konieczność intubacji, co przy ostrym zapaleniu podgłośni u dzieciaków nie jest niczym nadzwyczajnym.
- Intubacji? – zapytałem, nie będąc zbytnio obeznanym w terminach medycznych.
- Jakby to wytłumaczyć… Chodzi o umieszczenie w jej drogach oddechowych rurki, która pozwala utrzymać ich drożność. Jeśli stan dziewczynki ustabilizuje się, będziecie mogli ją państwo zabrać do domu za dwa dni. – odparł, splatając ze sobą dłonie. – Proszę tylko powiedzieć, czy jest pan prawnym opiekunem Bianci?
- Nie, jeszcze nie. – odpowiedziałem nieco zakłopotany. – Moja narzeczona jest mamą Bianci.
- Dobrze, w takim razie to ją będę musiał poprosić o podpisanie zgody na hospitalizację, a teraz proszę ze mną, pójdę osłuchać małą. – powiedział serdecznie, łapiąc z biurka kilka zadrukowanych kartek i ruszając w kierunku drzwi.

***

            Spojrzałam na córeczkę, która spała spokojnie przytulona do ukochanego, pluszowego misia. Pozornie cudowny widok, a jednak moje oczy uderzyła cała aparatura i inne szpitalne ozdoby, znajdujące się tuż obok niej. Mimo wstrętu wobec wszystkiego, co kojarzyło mi się ze szpitalami, przysunęłam do łóżka dziewczynki metalowy taboret i usiadłam na nim, wpatrując się w jej zaczerwienioną buźkę. Ujęłam ostrożnie małą rączkę Bee i delikatnie ją ucałowałam.
- Mama? – szepnęła zaspana. – A gdzie my jesteśmy?
- W szpitalu, kochanie. – szepnęłam, głaszcząc dłoń pięciolatki. – Strasznie nas wystraszyłaś, wiesz? Ale już teraz będzie lepiej.
- Ja nie chcę tu być! – powiedziała uniesionym głosem, pokasłując.
- Skarbie, spokojnie… - mruknęłam ze łzami w oczach. – Tutaj na pewno nie jest tak źle, jestem tutaj z tobą i nigdzie się nie wybieram, tak? – odparłam, usiłując ją pocieszyć.
- A gdzie tata? – zapytała zaniepokojona nieobecnością Michaela.
- Za chwilkę tu przyjdzie, kochanie. – skinęła uspokojona główką. – Bee, chciałabyś, żeby Michael był tak już na zawsze twoim tatą? – wypaliłam nagle.
- Ale przecież on już jest moim tatusiem. Czy nie jest? – posmutniała.
- Widzisz słońce, w świecie dorosłych nic nie jest takie łatwe. To znaczy, możesz mówić do niego „tato”, ale to jest taka umowa, którą zawarliśmy tutaj. – wskazałam palcem na jej klatkę piersiową.
- W sercu? – wyszeptała.
- Tak, w sercu. Ale ludzie potrzebują jeszcze takiej umowy na papierze, wiesz? Taka umowa, na mocy której ktoś według prawa – a ty wiesz, czym jest prawo – zostaje tatusiem lub mamusią kruszyny, którą kocha. I to się nazywa adopcja.
- I wtedy byłby moim tatusiem już tak naprawdę? Tak jak ty moją mamusią? – spytała podekscytowana.
- Tak, właśnie tak. – odpowiedziałam z uśmiechem. – To jak?
- Super! – wykrzyknęła ochrypłym głosikiem. Nagle usłyszałam za sobą kroki.
- Cześć gwiazdo! – rzucił wesoło Michael. – Jak się czuje moja ślicznotka?
- Tata! – wydała z siebie radosny okrzyk dziewczynka.
- Jak widać lepiej. – zaśmiał się lekarz, na widok którego niemalże zagotowała się we mnie krew. Ku mojemu zdziwieniu, nie wyglądał nieprzyjaźnie, a wręcz przeciwnie. Mężczyzna miał na głowie kolorową perukę, a jego nos zdobiła czerwona piłeczka – taka, jaką noszą klauni. – Ile panienka ma lat? – zwrócił się do dziewczynki.
- Pięć, ale już za dwa miesiące będę miała sześć! – powiedziała entuzjastycznie.
- O, to już duża z ciebie dziewczynka! – odparł doktor. – A może teraz posłuchać trochę jak bije ci serduszko?
- Tak, ale musi pan się pospieszyć, bo ta słuchawka jest zimna. – odpowiedziała poważnym tonem Bianca, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
            Gdy podpisałam stosowne dokumenty i badanie dobiegło końca, a lekarz udał się do innych pacjentów, Bee ponownie zasnęła. Organizm dziecka, choć na co dzień pełen energii, w przypadku choroby potrzebuje długich godzin odpoczynku. Tym razem dziewczynka spała twardo, z delikatnym uśmiechem na ustach. Wyglądała jak aniołek, była taka urocza, niewinna i bezbronna. Oboje przyglądaliśmy się jej w skupieniu.
- Jest bardzo podobna do ciebie. – szepnął mi do ucha Michael. – Ma twoje oczy, usta. Identyczne.
- To dobrze, czy źle? – zaśmiałam się.
- To wyśmienicie. – odpowiedział. Spuściłam nagle głowę. – Co się dzieje?
- Wiesz, myślałam nad tym długo i… Nie uważasz, że byłoby nam łatwiej, gdybyśmy zaadoptowali swoje dzieci? Kocham Paris i Prince’a tak samo jak Biancę i chciałabym, żeby wiedzieli, że jestem dla nich matką. – odparłam. – Może nie powinnam tak do tego podchodzić, ale gdyby coś mi się stało… Chciałabym po prostu, żeby Bianca została ze swoim prawdziwym tatą.
- Słucham? – spytał zaniepokojony.
- Z tym, który obdarzył ją miłością i troską. – uśmiechnęłam się. – Lub też, jeśli wolisz bardziej bezpośrednio – z tobą.
- Dla mnie dziecko to najpiękniejsze, co mógłbym od ciebie dostać. – odparł, składając drobny pocałunek na moich ustach. – Dziękuję. Chociaż wolałbym jednak, żeby nic ci się już nie działo. - dodał, spoglądając na mnie z troską.
- A teraz zmiataj do dzieciaków, ja zostanę z Bee. – rzuciłam. – Mam nadzieję, że szybko stąd wyjdziemy.
- Na pewno dacie sobie radę? – zapytał, całując mnie w czoło.
- Przecież my zawsze dajemy sobie radę.

***

Dobry wieczór!
Z uwagi na to, że ten tydzień był dla mnie ciężki, znów DLG, w dodatku spóźnione.
Mam nadzieję, że mimo wszystko, spodoba się Wam.
Co do ogłoszeń, odezwę się jutro lub pojutrze!
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do komentowania.
Alex :)

1/17/2016

Don't Let Go Of My Hand: Kręta droga



***

                Życie jest drogą, która wymaga od nas odwagi i wytrwałości. Stawia nas przed wieloma trudnymi wyborami, których nie można cofnąć. Sami wyznaczamy swój szlak, jako drogowskazy zostawiając po sobie wszystko to, co ciąży nad nami i nie pozwala iść dalej – ból, cierpienie, strach, przykre wspomnienia, urazy, nienawiść, niewłaściwych ludzi. Im dalej jesteśmy w swojej wędrówce, im więcej wąskich uliczek odkryliśmy, tym bliżej jesteśmy osiągnięcia spełnienia, które jako jedyne może zagwarantować nam wieczny żywot w pełnym szczęściu.
                Zastanawiałam się nieraz, którym miejscu tej drogi tak właściwie się znajduję - jaką część trasy mam już za sobą, a jaka pozostaje wciąż nieodkryta? Kiedy nadejdzie mój czas? Czy nastąpi to niespodziewanie, czy będę mogła przygotować się na śmierć? Czy zostanę kolejny raz matką? Czy będę żoną, umierającą któregoś dnia w ramionach kochającego męża, czy trzymającą go konającego za rękę? Czy zdążę zrobić to wszystko, o czym marzę, czy może moja szansa już minęła? Istniało tak wiele pytań, lecz wszystkie bez odpowiedzi.
                W chwili, gdy przygotowujesz się do przekierowania swojego życia na zupełnie inny tor, zaczynasz analizować to wszystko, co już było oraz wszystko to, co jeszcze nie nadeszło. Mimo bycia pewnym decyzji, jaką masz podjąć, ogarnia cię jakiś nieokreślony strach. Strach przed samym sobą, strach przed przyszłością, strach przed porażką. Uczucie, które kolejny raz musisz zrzucić z pleców, niczym ciężki głaz, lecz tym razem z czyjąś pomocą.
- Czy mógłbyś mi to wreszcie zdjąć z oczu? – zapytałam poirytowana ciągłym potykaniem się o wszystko, co jakby na złość wyrastało pod moimi nogami. – Zaraz będziesz mnie zbierał z tego chodnika.
- Przecież cię prowadzę. Jeszcze kawałek. – mruknął. W tonie jego głosu dało się wyczuć delikatne rozbawienie.
- Mama, uważaj, krawężnik! – krzyknęła Bianca, ratując mnie przed zaryciem twarzą o kamienne podłoże.
- Dziękuję, kochanie! – odparłam. – Gdyby nie ty, mój kochany przewodnik, a wasz mądry tatuś mógłby nie zdążyć mnie złapać! – fuknęłam, w odpowiedzi słysząc cichy chichot. – A ty z czego się cieszysz?
- Z ciebie nerwusie. – rzucił beztrosko, rozwiązując opaskę zasłaniającą mi oczy. – Proszę bardzo, jesteśmy. I jak?
- Ja się… ja nie… - jąkałam się, bezskutecznie próbując wypowiedzieć jakieś składne zdanie.
- Wiesz, skoro miałaś tylko dwa wymagania co do naszego ślubu, pomyślałem, że coś ci się należy. – szepnął, obejmując mnie w pasie. – A że ja tu już jestem, to chociaż suknię musisz mieć idealną. – mruknął, składając delikatny pocałunek na moim policzku. Gapiłam się przed siebie, nie wierząc własnym oczom, a to, co widziałam, przechodziło moje najśmielsze oczekiwania. Wystawa salonu mieniła się od setek kryształków i perełek umieszczonych na śnieżnobiałych, wymyślnych sukniach o przeróżnych krojach.
- Ale wiesz, że wystarczyłaby mi skromna sukienka… - odparłam, przecząc samej sobie.
- Ale przecież taki dzień jest raz w życiu! – zawołała Paris, podbiegając do nas. – Nie kłam, że nie podobają ci się takie, jak tam. – dziewczynka wskazała palcem na wystawę.
- Tego nie powiedziałam, skarbie… - rzuciłam z uśmiechem. – Tylko to ogromny wydatek.
- Żartujesz sobie, prawda? – zapytał Michael, mierząc mnie wzrokiem. – Już ja osobiście dopilnuje, żeby wszystkie metki zniknęły. Poza tym, w środku ktoś na ciebie czeka. No, idziemy! Prince! – zwrócił się do chłopaka. – Wiem, że czeka nas długi i ciężki dzień, ale jakoś ci to wynagrodzę…

***

                Zadziwiające, ile trudu człowiek potrafi włożyć w to, aby dojść do wyznaczonego celu. Jak łatwo jest mu wyzbyć się niecierpliwości, gdy na ogół przejmuje ona nad nim kontrolę. Zastanawiające, jak wiele szczęścia daje mu każdy, nawet najdrobniejszy z drobiazgów. Fascynujące wręcz, jak bardzo zmienia oczekiwanie na coś, co kochamy.
                Można kalkulować i podsumowywać to, ile razem przeszliśmy, ale po co człowiek miałby to robić, nim historia zostanie zakończona? Po co marnować czas na to, co minęło, co było złe, skoro wolno nam ekscytować się tym, co wciąż znajdowało się przed nami? Marzyć i śnić, o pięknie, dobrze i szczęściu, o posiadaniu tego wszystkiego w nadmiarze, po tym, gdy zwyczajnie nam tego zabrakło – fantazjować o tym, by już zawsze było tak, jak teraz.
                Dziewczyna wszedłszy do środka rozejrzała się niepewnie po bogato dekorowanym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały różnokolorowe obrazy, wśród których stanowczo przeważały reprodukcje dzieł surrealistycznych. Czerwonowłosa zawiesiła wzrok na jednym z nich.
- Jak bardzo trzeba być nienormalnym, żeby wymyślić coś takiego? – zapytała, wskazując na dzieło.
- To jest wyobraźnia. – odparłem.
- Nie, kochanie. Malowanie połączenia człowieka i ryby musi być objawem jakiejś ciężkiej choroby psychicznej, na którą René Magritte wyraźnie cierpiał. – zaśmiała się.
- Może widział świat inaczej? – odparłem ściszonym głosem, widząc rozmarzenie na jej twarzy. Nagle zza moich pleców wyłoniła się smukła postać, podchodząc dyskretnie do zamyślonej dziewczyny.
- Hej młoda! – krzyknęła jej do ucha.
- Mój Boże! – pisnęła wystraszona Rosa.
- Twój Bóg chyba stoi gdzieś nieopodal, ale akurat tym razem to ktoś inny. – zażartowała brunetka.
- Amanda… - mruknęła moja narzeczona. – Czy ty chcesz, żebym dostała zawału? – fuknęła oburzona, rzucając się przyjaciółce na szyję.
- Nie małpo, musiałam po prostu jakoś ukarać cię, za to, że tak długo się nie widziałyśmy. – wyszczerzyła się. – To jak, idziemy wreszcie? Chłopaki chyba się denerwują.
- Nie, skądże. – odparł mój syn, którego udało mi się przekupić nowymi modelami samochodów wyścigowych, po jednym za każdą spędzoną na zakupach godzinę. – Nie musicie się spieszyć.
- Znalazł się fan zakupów. – powiedziałem z ironią w głosie. Chłopak w odpowiedzi wystawił mi język.
- Tatuś dobrze płaci, co? – zaśmiała się Amanda.
- Chodźcie wreszcie… - mruknąłem.
                Tak jak przewidywałem, kolejne godziny mijały, kilka zamówionych przez nas pizz zostało pochłoniętych, a dziewczyny wciąż tkwiły w przymierzalni, z której suknie jedna za drugą wyfruwały niemal tak szybko, jak trafiały w ich ręce. Znużony ciągłym oczekiwaniem Prince drzemał sobie słodko na miękkiej kanapie, a ja będąc w stanie pełnej gotowości, upatrywałem otwierających się drzwi.
- Pan Jackson proszony do ocenienia sukni numer siedemnaście. – zawołała mnie Amanda.
- Już idę. – odparłem, podnosząc się z wygodnej sofy.
- Mógłbyś się pospieszyć, nie mamy całego dnia. Najpierw suknia, potem jeszcze trzeba dobrać wszystkie dodatki… - fuknęła zniecierpliwiona brunetka.
- I kto to mówi… - prychnąłem. – To mogę już zobaczyć swoją przyszłą żonę?
- Tylko nie zemdlej z wrażenia. – odparła, uchylając drzwi przymierzalni. Przez chwilę nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. Czerwonowłosa stała przede mną w obszernej, białej sukni wysadzanej perłami i kryształkami, które mieniły się w świetle lamp, o niezliczonej liczbie warstw tiulu, spoglądając na mnie pytająco.
- Wyglądasz jak… - wydukałem. – Jak księżniczka.
- Królowa! – krzyknęła Bianca.
- Bogini… - westchnęła z zachwytem moja córka.
- Wyglądam po prostu jak przyszła żona tego gościa z otwartą gębą, może być? – zaśmiała się Rosa.
- Jego osobista bogini? – zapytała nieco ochrypłym głosikiem pięciolatka.
- Nie skarbie, jego osobista ja…

***

                Tego dnia po raz pierwszy czułam się dumna z tego, kim byłam. Nie musiałam nikogo udawać, ani niczego ukrywać. Uświadomiłam sobie, co tak naprawdę czyni nas wszystkich pięknymi – to szczerość, która pozwala na budowanie relacji, to wybory, których dokonujemy i miłość, którą mamy w sercach. Tak więc tego dnia po raz pierwszy poczułam się naprawdę piękna – zarówno ciałem, jak i duszą.
                Leżąc razem w łóżku, omawialiśmy wszystkie szczegóły związane z naszym ślubem. Niektórzy określiliby go mianem nieprzemyślanej decyzji, inni powiedzieli, że za bardzo się spieszyliśmy, lecz ja robiłam tylko to, co podpowiadało mi serce. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, po wielu upadkach, sporach i nieprzespanych nocach nie było już spraw, które wymagałyby jakiegokolwiek zastanowienia. Musieliśmy dopełnić woli tego, który nas połączył i związać się świętym węzłem, który rozerwać mogłaby jedynie śmierć.
- Musimy porozsyłać zaproszenia do twoich gości, omówić kwestię kuchni z Margaret i znaleźć jej kogoś do pomocy, ustalić godzinę i dokładny termin z księdzem… Nie, jeszcze raz. – plątałam się we własnych myślach.
- Spokojnie… - szepnął. – Najpierw urząd, potem ksiądz, dopiero następnie goście i Margaret. Za dwa tygodnie mamy ostatnie przymiarki, a później… - przerwał, uśmiechając się delikatnie. – Cieszysz się?
- Tak. – mruknęłam cicho, spuszczając głowę. – Szkoda tylko, że rodzice i ciocia nie mogą być teraz ze mną. Zawsze marzyłam o tym, żeby tata odprowadził mnie do ołtarza. – wydukałam przez łzy. – Ale teraz to już nieważne. Na pewno zerkają na nas z góry i są szczęśliwi, że trafiłam na tak wspaniałego mężczyznę. – odparłam, wtulając głowę w jego klatkę piersiową.
- Wspaniałego? No patrzcie, co ta miłość robi z człowiekiem. Wspaniały facet, który miał w szufladzie niemałą kolekcję magazynów z gołymi babami… Chodzący ideał, prawda? – zaśmiał się. – Rosie, muszę tylko spytać cię o jedną rzecz. – wyrwał nagle.
- Zamieniam się w słuch. – wymamrotałam, kreśląc palcem ósemki na jego torsie.
- Miałabyś coś przeciwko, jeśli zaprosiłbym ojca? – zapytał poddenerwowany.
- Michael… - westchnęłam, spoglądając mu w oczy. – Naprawdę nie powinieneś rozpamiętywać tego, co wtedy powiedział. To twój ojciec, i mimo, że jest, jaki jest, ja go toleruję. Jeśli on mnie nie – nie przyjdzie. Ale nie musisz robić niczego ze względu na mnie. – odparłam, całując go delikatnie w usta. – Rozumiesz?
- Na pewno? Nie chciałbym, aby zepsuł… - mówił zmartwiony, jakby biorąc na siebie winę za czyny tego starego zgreda.
- Kochanie… Rozmawialiśmy już o tym. – powiedziałam spokojnie, bawiąc się kosmykiem jego kruczoczarnych włosów. – Skoro ty będziesz tam ze mną, nic i nikt nie będą w stanie zepsuć tego dnia. – dodałam. Mężczyzna chwycił mnie za rękę, splatając nasze palce razem.
- Na zawsze razem, mimo wszystko i ponad wszystko? Jesteś tego pewna? – spytał.
- Na zawsze razem… - odparłam. Nagle usłyszałam odgłos otwieranym drzwi, w których stanęła zapłakana Paris.
- Córeczko, co się stało? – wykrzyknął zmartwiony Michael.
- Bo Bianca tak strasznie kaszle, nie może złapać oddechu i… - wydukała przez łzy, na co natychmiast wyskoczyłam z łóżka i ruszyłam w kierunku drzwi. Nawet nie wiem, jak szybko pokonałam wszystkie schody i korytarz, ale wydawałoby się, że w ułamku sekundy znalazłam się przy dziewczynce.
- Skarbie, spokojnie… - przerażona pogłaskałam po główce pięciolatkę, której zanoszenie się panicznym płaczem wcale nie pomagało przy dusznościach. – Paris, słońce, kiedy ona zaczęła kaszleć?
- Przed chwilą, ja się tak wystraszyłam i od razu przybiegłam. – zaszlochała.
- Dzwonię po lekarza. – krzyknął Michael zza drzwi.
- Byle szybko… - szepnęłam, przytulając córeczkę. – Zaraz będzie lepiej, kochanie…

***

Dobry wieczór kochani!
Wiem, że trochę mnie tu nie było - szkoła, prywatne zajęcia, a na dodatek niemiecki chciał mnie ostatnimi czasy zabić.
Notkę dedykuję Wam - wszystkim czytelnikom, których przepraszam za wszystko, co zrobiłam - wszelkie niewywiązywania się z obietnic, opóźnienia z notkami i tego typu rzeczy. Cieszę się, że mimo wszystko jesteście tu ze mną, wspierając mnie na mojej drodze i z całego serca bardzo Wam dziękuję.
Szczególnie chciałabym przeprosić jedną osobę, którą trochę przypadkiem, a trochę swoim myśleniem uraziłam. Patrycja - nieraz  ludzie mówią nieco za dużo. Mam nadzieję, że chociaż tutaj zostanie tak, jak było do tej pory, bo jak już wspominałam u Ciebie - zawsze będę podziwiać Twoją twórczość i Ciebie jako autorkę.
Życzę Wam miłego wieczoru i mam nadzieję, że już niebawem pojawię się tutaj z kolejną częścią opowieści o Benie. :)
Pozdrawiam serdecznie.
Alex :)

P.S. Przepraszam, jeśli w notce pojawiły się błędy, ale ból głowy skutecznie utrudnił mi sprawdzanie ich.