1/23/2016

Don't Let Go Of My Hand: Rodzic na zawsze


***

            Matka - jedno proste słowo o wielu znaczeniach. Matka, to organizm opiekujący się wymagającymi opieki. Matka to serce otwarte na świat i potrzeby innych. Matka to osoba nosząca w sobie pewną nadzwyczajną miłość, której któregoś razu pozwoli zakiełkować. Ojciec natomiast pełni pieczę nad rodziną, a zależność między nimi jest następująca - matka wskazuje cel zagrażający swojemu dziecku, a ojciec tępi go niczym szkodnika. Ale to jednak matka trzyma dłoń na rozpalonym czole dziecka. To mama ucałuje każde zranienie i magicznym plasterkiem sprawi, że już nie będzie bolało. Tylko matka posiada te wszystkie tajemne moce, których nikt inny nie jest w stanie się nauczyć.
            Roztrzęsiona siedziałam na korytarzu szpitalnego oddziału, oczekując na jakiekolwiek wieści od lekarza. Niestety, nie obyło się bez kolejnej wizyty w tym okropnym miejscu, gdzie każdą sekundę martwej ciszy rozrywa przeszywający odgłos kardiomonitora. Spojrzałam na chodzącego w tę i z powrotem mężczyznę - kroczył nerwowym krokiem, wyraźnie się niecierpliwiąc. Wtem z gabinetu wyszedł doktor.
- Zapraszam. - mruknął w naszym kierunku. Niemalże jednocześnie wbiegliśmy to pomieszczenia. - Proszę usiąść. - odrzekł spokojnie mężczyzna.
- Dziękuję, postoję. - rzuciłam oschle. - Proszę tylko przekazać mi wyniki badań mojego dziecka. - dodałam, unikając spojrzenia Michaela, który wydał się oburzony nieużyciem przeze mnie słowa "naszego" zamiast "mojego".
- Tak jak podejrzewałem, ostre zapalenie krtani. Dobrze, że zareagowaliście państwo tak szybko, bo to wyjątkowo groźba choroba. - odpowiedział beznamiętnym głosem. - Sytuacja jest stabilna, ale zostawimy małą na obserwacji przez kilka dni. - mruknął.
- To konieczne? - zapytałam z nadzieją, wiedząc, jak źle Bianca znosi szpitale.
- Obawiam się, że tak. - odparł.
- Kochanie... - szepnął Michael, widząc, że zaczynam trząść się z nerwów. - Oni znają się na tym lepiej od nas.
- Oni zawsze znają się lepiej do cholery, ale ludziom rzadko kiedy pomagają. - warknęłam. - Szkoda tylko, że nie umieją tej wiedzy nikomu przekazać. - rzuciłam, wychodząc.
- Dokąd idziesz?! - krzyknął za mną. - Rosie, zaczekaj. - szepnął, łapiąc mnie za rękę. Do oczu zaczęły napływać mi łzy.
- Martwię się o nią. - zaszlochałam. – Po prostu strasznie się martwię.

- Myślisz, że ja się nie martwię? Że mam to zwyczajnie gdzieś? – zapytał z wyrzutem w głosie. – Naprawdę tak myślisz?
- Nie, Michael… Nie, przepraszam. – mruknęłam, mocno go przytulając. – Nie miałam tego nawet na myśli. Jestem przyzwyczajona, że zawsze byłyśmy same i…
- Rozumiem, ale tamto ‘zawsze’ już się skończyło. – rzucił, nieco zasmucony. – Teraz wszyscy żyjemy inaczej. I każdy z nas musi się do tego na nowo przyzwyczaić. Pytanie tylko, czy każdy chce się przyzwyczaić. – spojrzał mi głęboko w oczy, oczekując reakcji z mojej strony.
- Moje serce jest przyzwyczajone, ale nie zawsze udaje mu się dobrze operować czynami. – odparłam, spuszczając głowę. – Pójdziemy do niej?
- Ty idź, ja wrócę jeszcze na chwilę do tego lekarza. – odrzekł, wyrywając się z moich objęć. – W końcu chcemy, aby wyszła stąd jak najszybciej, prawda? – skinęłam potakująco w odpowiedzi i niepewnie ruszyłam wzdłuż korytarza.

***

            Kiedy wszystko się zmienia, zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno nie zmienia się za bardzo lub za szybko. Nabierasz wątpliwości co do efektów – czy będą one pozytywne, czy odbiją się negatywnie na kochanych przez ciebie osobach. Nieraz zastanawiasz się nawet, czy jakieś wielkie rewolucje były konieczne, skoro ich skutki niekiedy potrafią dotkliwie ukłuć w samo serce. Niby nie żałujesz, lecz zawsze na drodze pojawia się jakieś „ale” i nie masz pojęcia, czy lepiej będzie je wyminąć, czy wyeliminować.
            Szedłem przez korytarz równym krokiem, pogrążony w myślach. Zbyt wiele trudnych sytuacji miało miejsce w moim życiu, bym teraz się po prostu poddał. Nie po to walczyłem za każdym razem, aby teraz to wszystko porzucić, a jednak mimo to, czułem się przytłoczony kilkoma prostymi i z pozoru nieszkodliwymi słowami padającymi z jej ust. Traciłem wiarę w to, że kiedykolwiek będziemy żyli jak normalna, pełna rodzina, w której nikt nie będzie skupiał się na genach, a jedynie na tym, co tli się w naszych sercach. Być może wyolbrzymiałem, lecz w tym momencie nie potrafiłem myśleć w inny sposób. Przepełniał mnie strach, że ta bariera za każdym razem będzie się odnawiać i już nigdy się jej nie pozbędziemy. Zasmucony, zapukałem do drzwi gabinetu, obok którego właśnie się znalazłem.
- Panie doktorze, można? – zapytałem nieśmiało.
- O, to pan, panie Jackson, zapraszam. – mruknął lekarz, unosząc na mnie wzrok. – Proszę usiąść, zaraz objaśnię panu szczegóły leczenia.
- Chciałbym przeprosić za moją… - zacząłem zakłopotany.
- Nic się nie stało, proszę nie tłumaczyć. – odparł ku mojemu zdziwieniu mężczyzna. – Gdyby każdy rodzic z takim zawzięciem troszczył się o swoje dziecko, świat byłby o wiele piękniejszy. – uśmiechnął się.
- W sumie racja. – rzuciłem zaskoczony.
- A zatem, co ja tu… - szepnął lekarz, przeglądając jakieś papiery. – A tak, leczenie Bianci. Kilka dni będzie musiała poleżeć w szpitalu, niewątpliwie. Mimo podanych leków nastąpiła konieczność intubacji, co przy ostrym zapaleniu podgłośni u dzieciaków nie jest niczym nadzwyczajnym.
- Intubacji? – zapytałem, nie będąc zbytnio obeznanym w terminach medycznych.
- Jakby to wytłumaczyć… Chodzi o umieszczenie w jej drogach oddechowych rurki, która pozwala utrzymać ich drożność. Jeśli stan dziewczynki ustabilizuje się, będziecie mogli ją państwo zabrać do domu za dwa dni. – odparł, splatając ze sobą dłonie. – Proszę tylko powiedzieć, czy jest pan prawnym opiekunem Bianci?
- Nie, jeszcze nie. – odpowiedziałem nieco zakłopotany. – Moja narzeczona jest mamą Bianci.
- Dobrze, w takim razie to ją będę musiał poprosić o podpisanie zgody na hospitalizację, a teraz proszę ze mną, pójdę osłuchać małą. – powiedział serdecznie, łapiąc z biurka kilka zadrukowanych kartek i ruszając w kierunku drzwi.

***

            Spojrzałam na córeczkę, która spała spokojnie przytulona do ukochanego, pluszowego misia. Pozornie cudowny widok, a jednak moje oczy uderzyła cała aparatura i inne szpitalne ozdoby, znajdujące się tuż obok niej. Mimo wstrętu wobec wszystkiego, co kojarzyło mi się ze szpitalami, przysunęłam do łóżka dziewczynki metalowy taboret i usiadłam na nim, wpatrując się w jej zaczerwienioną buźkę. Ujęłam ostrożnie małą rączkę Bee i delikatnie ją ucałowałam.
- Mama? – szepnęła zaspana. – A gdzie my jesteśmy?
- W szpitalu, kochanie. – szepnęłam, głaszcząc dłoń pięciolatki. – Strasznie nas wystraszyłaś, wiesz? Ale już teraz będzie lepiej.
- Ja nie chcę tu być! – powiedziała uniesionym głosem, pokasłując.
- Skarbie, spokojnie… - mruknęłam ze łzami w oczach. – Tutaj na pewno nie jest tak źle, jestem tutaj z tobą i nigdzie się nie wybieram, tak? – odparłam, usiłując ją pocieszyć.
- A gdzie tata? – zapytała zaniepokojona nieobecnością Michaela.
- Za chwilkę tu przyjdzie, kochanie. – skinęła uspokojona główką. – Bee, chciałabyś, żeby Michael był tak już na zawsze twoim tatą? – wypaliłam nagle.
- Ale przecież on już jest moim tatusiem. Czy nie jest? – posmutniała.
- Widzisz słońce, w świecie dorosłych nic nie jest takie łatwe. To znaczy, możesz mówić do niego „tato”, ale to jest taka umowa, którą zawarliśmy tutaj. – wskazałam palcem na jej klatkę piersiową.
- W sercu? – wyszeptała.
- Tak, w sercu. Ale ludzie potrzebują jeszcze takiej umowy na papierze, wiesz? Taka umowa, na mocy której ktoś według prawa – a ty wiesz, czym jest prawo – zostaje tatusiem lub mamusią kruszyny, którą kocha. I to się nazywa adopcja.
- I wtedy byłby moim tatusiem już tak naprawdę? Tak jak ty moją mamusią? – spytała podekscytowana.
- Tak, właśnie tak. – odpowiedziałam z uśmiechem. – To jak?
- Super! – wykrzyknęła ochrypłym głosikiem. Nagle usłyszałam za sobą kroki.
- Cześć gwiazdo! – rzucił wesoło Michael. – Jak się czuje moja ślicznotka?
- Tata! – wydała z siebie radosny okrzyk dziewczynka.
- Jak widać lepiej. – zaśmiał się lekarz, na widok którego niemalże zagotowała się we mnie krew. Ku mojemu zdziwieniu, nie wyglądał nieprzyjaźnie, a wręcz przeciwnie. Mężczyzna miał na głowie kolorową perukę, a jego nos zdobiła czerwona piłeczka – taka, jaką noszą klauni. – Ile panienka ma lat? – zwrócił się do dziewczynki.
- Pięć, ale już za dwa miesiące będę miała sześć! – powiedziała entuzjastycznie.
- O, to już duża z ciebie dziewczynka! – odparł doktor. – A może teraz posłuchać trochę jak bije ci serduszko?
- Tak, ale musi pan się pospieszyć, bo ta słuchawka jest zimna. – odpowiedziała poważnym tonem Bianca, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
            Gdy podpisałam stosowne dokumenty i badanie dobiegło końca, a lekarz udał się do innych pacjentów, Bee ponownie zasnęła. Organizm dziecka, choć na co dzień pełen energii, w przypadku choroby potrzebuje długich godzin odpoczynku. Tym razem dziewczynka spała twardo, z delikatnym uśmiechem na ustach. Wyglądała jak aniołek, była taka urocza, niewinna i bezbronna. Oboje przyglądaliśmy się jej w skupieniu.
- Jest bardzo podobna do ciebie. – szepnął mi do ucha Michael. – Ma twoje oczy, usta. Identyczne.
- To dobrze, czy źle? – zaśmiałam się.
- To wyśmienicie. – odpowiedział. Spuściłam nagle głowę. – Co się dzieje?
- Wiesz, myślałam nad tym długo i… Nie uważasz, że byłoby nam łatwiej, gdybyśmy zaadoptowali swoje dzieci? Kocham Paris i Prince’a tak samo jak Biancę i chciałabym, żeby wiedzieli, że jestem dla nich matką. – odparłam. – Może nie powinnam tak do tego podchodzić, ale gdyby coś mi się stało… Chciałabym po prostu, żeby Bianca została ze swoim prawdziwym tatą.
- Słucham? – spytał zaniepokojony.
- Z tym, który obdarzył ją miłością i troską. – uśmiechnęłam się. – Lub też, jeśli wolisz bardziej bezpośrednio – z tobą.
- Dla mnie dziecko to najpiękniejsze, co mógłbym od ciebie dostać. – odparł, składając drobny pocałunek na moich ustach. – Dziękuję. Chociaż wolałbym jednak, żeby nic ci się już nie działo. - dodał, spoglądając na mnie z troską.
- A teraz zmiataj do dzieciaków, ja zostanę z Bee. – rzuciłam. – Mam nadzieję, że szybko stąd wyjdziemy.
- Na pewno dacie sobie radę? – zapytał, całując mnie w czoło.
- Przecież my zawsze dajemy sobie radę.

***

Dobry wieczór!
Z uwagi na to, że ten tydzień był dla mnie ciężki, znów DLG, w dodatku spóźnione.
Mam nadzieję, że mimo wszystko, spodoba się Wam.
Co do ogłoszeń, odezwę się jutro lub pojutrze!
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do komentowania.
Alex :)

3 komentarze:

  1. Hejkaa! ❤
    Zaczne od tego, że dobrze iż Biance nic groźnego nie dolega, ale dziecko zawsze choroby przechodzi ciężej. Reakcja i postępowanie Rosy jest jak najbardziej zrozumiałe, matka to jednak matka. Z pozoru nadopiekuńcza, a tak naprawde kieruje nią troska. Pięknie napisałaś wstęp w jednej pigułce opisując kim jest matka. Uwialbiam te Twoje opisy, powtarzam się, ale strasznie je doceniam.
    Kolejna rzecz jaka mnie ucieszyła to, że Rosa ma takie plany. To dobrze! Jestem za. Michael będzie prawdziwym tatusiem, chociaż papierek jak to się mówi jest najmniej ważny w tym przypadku jest istotny. Można się do niego odwołać i w takich przypadkach jak np. Z tym lekarzem można mimo braku pokrewieństwa powiedzieć z dumą "Jestem ojcem".
    Notka wyszła Ci jak zwykle cudownie, tak mile się czytało i tak szybko zleciało.
    Czekam oczywiście na Benia i na kolejną DLG ❤
    Wrzucaj jak najszybciej ;*
    Życze siły, weny i zdrowia. Byś miała motywacje do pisania! :*
    Trzymaj się :*
    Pozdrawiam, Marysia ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Net mi znów się ścina, jak nie doda mi się ten komentarz to wykurwię laptopem w ścianę, przysięgam xD
    Co tak krótko dzisiaj? :c
    Czy mi się tylko zdaje? Nie, nie zdaje. Dłuższe pisz mendo społeczna!!!
    Nawiązując do notki: szkoda mi się Michasia zrobiło, jak wyszedł z tego gabinetu i taki smutny był po słowach Rosy. Nie dziwię się mu, że boi się braku 'normalności'. W końcu wszystko co inne przeraża, mimo iż z pozoru jest piękne i czyste.
    Ma prawo do wątpliwości, jednak liczę że niedługo wszystko się zmieni na tyle, że stworzą tą normalną rodzinę, o jakiej marzy.
    Dobrze że małej nic większego nie jest. Nie dziwię się Rosie tej reakcji, tylko trochę mnie zdziwiła tymi wyrzutami do lekarza xD
    Chłop dobrze chciał, a ta niczym pies obronny warknęła xD Ale w sumie urocze to było haha :D <3
    Z tą adopcją to wyjebany w kosmos pomysł ;3
    Niby papierek do uczucia potrzebny nie jest, ale faktycznie w życiu różnie bywa, lepiej mieć wszystko formalnie, bo potem nikt nie będzie słuchał nas, nie bd patrzył na uczucia nasze czy dziecka.
    Rozdział świetny (tylko krótki cholera jasna), czekam z niecierpliwością na kolejne.
    Jak ciężki tydzień to walnij sobie kielona, to pomaga xD
    Ja ostatnie 2 tygodnie mam mega ciężkie, jeszcze przyszły mnie taki czeka ale kto da radę jak nie my?! :D
    Chociaż tutaj ci pobiadole, a co!
    Żebyś za dobrze nie miała xD
    Pozdrawiam ! Masy weny <3
    A teraz komentarzu kurwa błagam... dodaj się...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Olu!
    Ja akurat zwykle spóźniona, ale w końcu dotarłam i do Ciebie.
    Jestem trochę zła niby nie na Ciebie, ale z drugiej strony Ty piszesz to opowiadanie i wszystko zależy od Ciebie. Nie piszesz czegoś, bo ktoś tak chce tylko piszesz jak Tobie się podoba i dobrze tak powinno być. Tylko w tym opowiadaniu ciagle coś się dzieje i zastanawiam się czy więcej dzieje się tych dobrych czy złych rzeczy. Na początku historia zgeałconej dziewczyny, która później okazuje się, że jest w ciąży. Sama wychowuje Biance, jest zdana sama na siebie, życie jej nie rozpieszcza. Później poznaje Michaela, bo jest jeno fanką. Zaprzyjaźniają się, później zakochują w sobie. Gdy wydaje się, że wszystko jest dobrze nagle BUM. Wszystko sypie się jak domek z kart Rosa ma wypadek, potem jest w śpączce i nie wiadomo czy przeżyje. Wszystko zostaje na głowie Michaela. Później Rosa się wybudza i niby wszystko ma wrócić do normy, a jednak nie, bo czeka ją dluga rehabilitacja teraz jeszcze choroba Bianci. I tak zastanawiam się kiedy Michael i Rosa będą w pełni szczęśliwi. Mam takie głupie przeczucie, że na prawdę coś się stanie złego, że to jeszcze nie koniec, a nie rozumiem bo Michael i Rosa zasługują na szczęście należy im się, patrząc na to wszystko co musieli wycierpieć przez lata. I kiedy wydaje się, że już ma być dobrze coś dzieje się na nowo. Nie wiem czy mnie rozumiesz, bo ja nie chcę Cię krytykować czy czepiać się o byle co. Myślę, że przedstawiasz w tym opowiadaniu jakie na prawdę jest życie czyli dla mnie do dupy. Ale po prostu chciałbym żeby wszystko co złe już się skończyło, a ja czuję, że to wcale nie koniec. Wiesz ja bardzo związuje się z bohaterami tym bardziej jak ich lubię od samego początku. Przepraszam Cię Olu za te moje głupie i nie potrzebne refleksje, sama nie wiem po co to napisałam. Po prostu musiałam wyrzucić to z siebie.
    Zapomniałam dodać, że notka wyszła Ci jak zawsze wspaniale. Kocham Twój styl pisania, wszystko co opisujesz w tym opowiadaniu jestem takie można by powiedzieć perfekcyjne, dokładne, nie pomijasz niczego. Widać, że pisząc każdy rozdział skupiasz się nad tym. Czytając każdy Twoje dzieło ja czuję się jakbym tam była. Bardzo chciałabym pisać tak jak Ty. Ale póki co mam dobrych nauczycieli już nie będę mówiła kogo niech te osoby się domyślą ;)
    Tak więc czekam z niecierpliwością na nexta.
    Przepraszam za błędy i to masło maślane XDDD
    Pozdrawiam gorąco ;****

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.