***
Życie jest drogą, która wymaga
od nas odwagi i wytrwałości. Stawia nas przed wieloma trudnymi wyborami,
których nie można cofnąć. Sami wyznaczamy swój szlak, jako drogowskazy
zostawiając po sobie wszystko to, co ciąży nad nami i nie pozwala iść dalej – ból,
cierpienie, strach, przykre wspomnienia, urazy, nienawiść, niewłaściwych ludzi.
Im dalej jesteśmy w swojej wędrówce, im więcej wąskich uliczek odkryliśmy, tym
bliżej jesteśmy osiągnięcia spełnienia, które jako jedyne może zagwarantować
nam wieczny żywot w pełnym szczęściu.
Zastanawiałam się nieraz, którym
miejscu tej drogi tak właściwie się znajduję - jaką część trasy mam już za
sobą, a jaka pozostaje wciąż nieodkryta? Kiedy nadejdzie mój czas? Czy nastąpi
to niespodziewanie, czy będę mogła przygotować się na śmierć? Czy zostanę
kolejny raz matką? Czy będę żoną, umierającą któregoś dnia w ramionach
kochającego męża, czy trzymającą go konającego za rękę? Czy zdążę zrobić to
wszystko, o czym marzę, czy może moja szansa już minęła? Istniało tak wiele
pytań, lecz wszystkie bez odpowiedzi.
W chwili, gdy przygotowujesz się
do przekierowania swojego życia na zupełnie inny tor, zaczynasz analizować to
wszystko, co już było oraz wszystko to, co jeszcze nie nadeszło. Mimo bycia
pewnym decyzji, jaką masz podjąć, ogarnia cię jakiś nieokreślony strach. Strach
przed samym sobą, strach przed przyszłością, strach przed porażką. Uczucie,
które kolejny raz musisz zrzucić z pleców, niczym ciężki głaz, lecz tym razem z
czyjąś pomocą.
- Czy
mógłbyś mi to wreszcie zdjąć z oczu? – zapytałam poirytowana ciągłym potykaniem
się o wszystko, co jakby na złość wyrastało pod moimi nogami. – Zaraz będziesz
mnie zbierał z tego chodnika.
- Przecież
cię prowadzę. Jeszcze kawałek. – mruknął. W tonie jego głosu dało się wyczuć
delikatne rozbawienie.
- Mama,
uważaj, krawężnik! – krzyknęła Bianca, ratując mnie przed zaryciem twarzą o
kamienne podłoże.
- Dziękuję,
kochanie! – odparłam. – Gdyby nie ty, mój kochany przewodnik, a wasz mądry
tatuś mógłby nie zdążyć mnie złapać! – fuknęłam, w odpowiedzi słysząc cichy
chichot. – A ty z czego się cieszysz?
- Z ciebie
nerwusie. – rzucił beztrosko, rozwiązując opaskę zasłaniającą mi oczy. – Proszę
bardzo, jesteśmy. I jak?
- Ja się… ja
nie… - jąkałam się, bezskutecznie próbując wypowiedzieć jakieś składne zdanie.
- Wiesz,
skoro miałaś tylko dwa wymagania co do naszego ślubu, pomyślałem, że coś ci się
należy. – szepnął, obejmując mnie w pasie. – A że ja tu już jestem, to chociaż
suknię musisz mieć idealną. – mruknął, składając delikatny pocałunek na moim policzku.
Gapiłam się przed siebie, nie wierząc własnym oczom, a to, co widziałam,
przechodziło moje najśmielsze oczekiwania. Wystawa salonu mieniła się od setek
kryształków i perełek umieszczonych na śnieżnobiałych, wymyślnych sukniach o
przeróżnych krojach.
- Ale wiesz,
że wystarczyłaby mi skromna sukienka… - odparłam, przecząc samej sobie.
- Ale
przecież taki dzień jest raz w życiu! – zawołała Paris, podbiegając do nas. –
Nie kłam, że nie podobają ci się takie, jak tam. – dziewczynka wskazała palcem
na wystawę.
- Tego nie
powiedziałam, skarbie… - rzuciłam z uśmiechem. – Tylko to ogromny wydatek.
- Żartujesz
sobie, prawda? – zapytał Michael, mierząc mnie wzrokiem. – Już ja osobiście
dopilnuje, żeby wszystkie metki zniknęły. Poza tym, w środku ktoś na ciebie
czeka. No, idziemy! Prince! – zwrócił się do chłopaka. – Wiem, że czeka nas
długi i ciężki dzień, ale jakoś ci to wynagrodzę…
***
Zadziwiające, ile trudu człowiek
potrafi włożyć w to, aby dojść do wyznaczonego celu. Jak łatwo jest mu wyzbyć
się niecierpliwości, gdy na ogół przejmuje ona nad nim kontrolę.
Zastanawiające, jak wiele szczęścia daje mu każdy, nawet najdrobniejszy z
drobiazgów. Fascynujące wręcz, jak bardzo zmienia oczekiwanie na coś, co
kochamy.
Można kalkulować i podsumowywać
to, ile razem przeszliśmy, ale po co człowiek miałby to robić, nim historia
zostanie zakończona? Po co marnować czas na to, co minęło, co było złe, skoro
wolno nam ekscytować się tym, co wciąż znajdowało się przed nami? Marzyć i
śnić, o pięknie, dobrze i szczęściu, o posiadaniu tego wszystkiego w nadmiarze,
po tym, gdy zwyczajnie nam tego zabrakło – fantazjować o tym, by już zawsze
było tak, jak teraz.
Dziewczyna wszedłszy do środka
rozejrzała się niepewnie po bogato dekorowanym pomieszczeniu. Na ścianach
wisiały różnokolorowe obrazy, wśród których stanowczo przeważały reprodukcje
dzieł surrealistycznych. Czerwonowłosa zawiesiła wzrok na jednym z nich.
- Jak bardzo
trzeba być nienormalnym, żeby wymyślić coś takiego? – zapytała, wskazując na
dzieło.
- To jest
wyobraźnia. – odparłem.
- Nie,
kochanie. Malowanie połączenia człowieka i ryby musi być objawem jakiejś
ciężkiej choroby psychicznej, na którą René Magritte wyraźnie cierpiał. –
zaśmiała się.
- Może
widział świat inaczej? – odparłem ściszonym głosem, widząc rozmarzenie na jej
twarzy. Nagle zza moich pleców wyłoniła się smukła postać, podchodząc
dyskretnie do zamyślonej dziewczyny.
- Hej młoda!
– krzyknęła jej do ucha.
- Mój Boże!
– pisnęła wystraszona Rosa.
- Twój Bóg
chyba stoi gdzieś nieopodal, ale akurat tym razem to ktoś inny. – zażartowała
brunetka.
- Amanda… -
mruknęła moja narzeczona. – Czy ty chcesz, żebym dostała zawału? – fuknęła
oburzona, rzucając się przyjaciółce na szyję.
- Nie małpo,
musiałam po prostu jakoś ukarać cię, za to, że tak długo się nie widziałyśmy. –
wyszczerzyła się. – To jak, idziemy wreszcie? Chłopaki chyba się denerwują.
- Nie,
skądże. – odparł mój syn, którego udało mi się przekupić nowymi modelami
samochodów wyścigowych, po jednym za każdą spędzoną na zakupach godzinę. – Nie
musicie się spieszyć.
- Znalazł
się fan zakupów. – powiedziałem z ironią w głosie. Chłopak w odpowiedzi
wystawił mi język.
- Tatuś
dobrze płaci, co? – zaśmiała się Amanda.
- Chodźcie
wreszcie… - mruknąłem.
Tak jak przewidywałem, kolejne
godziny mijały, kilka zamówionych przez nas pizz zostało pochłoniętych, a
dziewczyny wciąż tkwiły w przymierzalni, z której suknie jedna za drugą
wyfruwały niemal tak szybko, jak trafiały w ich ręce. Znużony ciągłym
oczekiwaniem Prince drzemał sobie słodko na miękkiej kanapie, a ja będąc w
stanie pełnej gotowości, upatrywałem otwierających się drzwi.
- Pan
Jackson proszony do ocenienia sukni numer siedemnaście. – zawołała mnie Amanda.
- Już idę. –
odparłem, podnosząc się z wygodnej sofy.
- Mógłbyś
się pospieszyć, nie mamy całego dnia. Najpierw suknia, potem jeszcze trzeba
dobrać wszystkie dodatki… - fuknęła zniecierpliwiona brunetka.
- I kto to
mówi… - prychnąłem. – To mogę już zobaczyć swoją przyszłą żonę?
- Tylko nie
zemdlej z wrażenia. – odparła, uchylając drzwi przymierzalni. Przez chwilę nie
byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. Czerwonowłosa stała przede mną w
obszernej, białej sukni wysadzanej perłami i kryształkami, które mieniły się w
świetle lamp, o niezliczonej liczbie warstw tiulu, spoglądając na mnie
pytająco.
- Wyglądasz
jak… - wydukałem. – Jak księżniczka.
- Królowa! –
krzyknęła Bianca.
- Bogini… -
westchnęła z zachwytem moja córka.
- Wyglądam
po prostu jak przyszła żona tego gościa z otwartą gębą, może być? – zaśmiała
się Rosa.
- Jego osobista
bogini? – zapytała nieco ochrypłym głosikiem pięciolatka.
- Nie
skarbie, jego osobista ja…
***
Tego dnia po raz pierwszy czułam
się dumna z tego, kim byłam. Nie musiałam nikogo udawać, ani niczego ukrywać.
Uświadomiłam sobie, co tak naprawdę czyni nas wszystkich pięknymi – to
szczerość, która pozwala na budowanie relacji, to wybory, których dokonujemy i
miłość, którą mamy w sercach. Tak więc tego dnia po raz pierwszy poczułam się
naprawdę piękna – zarówno ciałem, jak i duszą.
Leżąc razem w łóżku, omawialiśmy
wszystkie szczegóły związane z naszym ślubem. Niektórzy określiliby go mianem
nieprzemyślanej decyzji, inni powiedzieli, że za bardzo się spieszyliśmy, lecz
ja robiłam tylko to, co podpowiadało mi serce. Po tym wszystkim, co razem
przeszliśmy, po wielu upadkach, sporach i nieprzespanych nocach nie było już
spraw, które wymagałyby jakiegokolwiek zastanowienia. Musieliśmy dopełnić woli
tego, który nas połączył i związać się świętym węzłem, który rozerwać mogłaby
jedynie śmierć.
- Musimy
porozsyłać zaproszenia do twoich gości, omówić kwestię kuchni z Margaret i
znaleźć jej kogoś do pomocy, ustalić godzinę i dokładny termin z księdzem… Nie,
jeszcze raz. – plątałam się we własnych myślach.
- Spokojnie…
- szepnął. – Najpierw urząd, potem ksiądz, dopiero następnie goście i Margaret.
Za dwa tygodnie mamy ostatnie przymiarki, a później… - przerwał, uśmiechając
się delikatnie. – Cieszysz się?
- Tak. –
mruknęłam cicho, spuszczając głowę. – Szkoda tylko, że rodzice i ciocia nie
mogą być teraz ze mną. Zawsze marzyłam o tym, żeby tata odprowadził mnie do ołtarza.
– wydukałam przez łzy. – Ale teraz to już nieważne. Na pewno zerkają na nas z
góry i są szczęśliwi, że trafiłam na tak wspaniałego mężczyznę. – odparłam,
wtulając głowę w jego klatkę piersiową.
-
Wspaniałego? No patrzcie, co ta miłość robi z człowiekiem. Wspaniały facet,
który miał w szufladzie niemałą kolekcję magazynów z gołymi babami… Chodzący
ideał, prawda? – zaśmiał się. – Rosie, muszę tylko spytać cię o jedną rzecz. –
wyrwał nagle.
- Zamieniam
się w słuch. – wymamrotałam, kreśląc palcem ósemki na jego torsie.
- Miałabyś
coś przeciwko, jeśli zaprosiłbym ojca? – zapytał poddenerwowany.
- Michael… -
westchnęłam, spoglądając mu w oczy. – Naprawdę nie powinieneś rozpamiętywać
tego, co wtedy powiedział. To twój ojciec, i mimo, że jest, jaki jest, ja go
toleruję. Jeśli on mnie nie – nie przyjdzie. Ale nie musisz robić niczego ze
względu na mnie. – odparłam, całując go delikatnie w usta. – Rozumiesz?
- Na pewno?
Nie chciałbym, aby zepsuł… - mówił zmartwiony, jakby biorąc na siebie winę za
czyny tego starego zgreda.
- Kochanie…
Rozmawialiśmy już o tym. – powiedziałam spokojnie, bawiąc się kosmykiem jego
kruczoczarnych włosów. – Skoro ty będziesz tam ze mną, nic i nikt nie będą w
stanie zepsuć tego dnia. – dodałam. Mężczyzna chwycił mnie za rękę, splatając
nasze palce razem.
- Na zawsze
razem, mimo wszystko i ponad wszystko? Jesteś tego pewna? – spytał.
- Na zawsze
razem… - odparłam. Nagle usłyszałam odgłos otwieranym drzwi, w których stanęła
zapłakana Paris.
- Córeczko,
co się stało? – wykrzyknął zmartwiony Michael.
- Bo Bianca
tak strasznie kaszle, nie może złapać oddechu i… - wydukała przez łzy, na co
natychmiast wyskoczyłam z łóżka i ruszyłam w kierunku drzwi. Nawet nie wiem,
jak szybko pokonałam wszystkie schody i korytarz, ale wydawałoby się, że w ułamku
sekundy znalazłam się przy dziewczynce.
- Skarbie,
spokojnie… - przerażona pogłaskałam po główce pięciolatkę, której zanoszenie
się panicznym płaczem wcale nie pomagało przy dusznościach. – Paris, słońce,
kiedy ona zaczęła kaszleć?
- Przed
chwilą, ja się tak wystraszyłam i od razu przybiegłam. – zaszlochała.
- Dzwonię po
lekarza. – krzyknął Michael zza drzwi.
- Byle
szybko… - szepnęłam, przytulając córeczkę. – Zaraz będzie lepiej, kochanie…
***
Dobry wieczór kochani!
Wiem, że trochę mnie tu nie było - szkoła, prywatne zajęcia, a na dodatek niemiecki chciał mnie ostatnimi czasy zabić.
Notkę dedykuję Wam - wszystkim czytelnikom, których przepraszam za wszystko, co zrobiłam - wszelkie niewywiązywania się z obietnic, opóźnienia z notkami i tego typu rzeczy. Cieszę się, że mimo wszystko jesteście tu ze mną, wspierając mnie na mojej drodze i z całego serca bardzo Wam dziękuję.
Szczególnie chciałabym przeprosić jedną osobę, którą trochę przypadkiem, a trochę swoim myśleniem uraziłam. Patrycja - nieraz ludzie mówią nieco za dużo. Mam nadzieję, że chociaż tutaj zostanie tak, jak było do tej pory, bo jak już wspominałam u Ciebie - zawsze będę podziwiać Twoją twórczość i Ciebie jako autorkę.
Życzę Wam miłego wieczoru i mam nadzieję, że już niebawem pojawię się tutaj z kolejną częścią opowieści o Benie. :)
Pozdrawiam serdecznie.
Alex :)
P.S. Przepraszam, jeśli w notce pojawiły się błędy, ale ból głowy skutecznie utrudnił mi sprawdzanie ich.
Hejka! ❤❤❤
OdpowiedzUsuńTo takie miłe, dziękujemy za dedykacje tak pięknego rozdziału, który mnie strasznie wzruszył. Przemyślenia bohaterów były wyjątkowo obszerne co osobiście ubóstwiam. Naprawde sprawia mi ogromną przyjemność czytanie takich przemyśleń, składnia mnie to do głębokich refleksji i przekładam to na swoje życie. Jakoś czytanie, jak i pisanie mnie do tego skłania, wręcz zmusza, ale też pomaga.
Olciu, notka wyszła Ci świetnie. Strasznie ciekawiłam się co ten Michael wymyśli, ale Jego pomysły mimo, że w większość głupkowate (niczym on XD) to dziś mnie zaskoczył. Kobieta podczas tak ważnego dnia jakim jest ślub chce się czuć zapewne wyjątkowo, a piękna stylizacja mimo, że odgrywa role 'drugoplanową' dodaje pewności siebie. Michael jest cudownym mężczyzną i kochankiem. ❤
Co do Bee to nie ukrywam - zaniepokojona jestem co tej naszej małej księżniczce się stało, oby nic poważnego.
Pisz Olu, dla nas pisz bo robisz to cudnie. Nosz masz ten potencjał, którego nie da się ukryć. ❤❤❤
Czekam na mojego Benia i na następną notke DLG ❤
Życze ogromu weny! Trzymaj się :*
Pozdrawiam :*
Marysia :*
Dobra, zacznę od rozdziału, a potem przejdę do naszej ostatniej Mody na Sukces z życia prywatnego xD
OdpowiedzUsuńRosie to taki człowiek ideał, że aż żal człowiekowi że mało takich ludzi stąpa po tej ziemi. To jak stękała do Michasia jak ją prowadził z zawiązanymi oczami - mistrzostwo xD
Aż jej współczułam - zaryć twarzą o chodnik nie fajnie xD Jeszcze by biedna musiała zęby zbierać z betonu albo by miała między nimi asfalt xD
Michael, stać Cię aby wykarmić przyszłą żonę, gruzu jej oszczędź.
Te ich planowania co do ślubu i przyszłości strasznie mnie urzekły ;3
A i jeszcze obraz: ni to człowiek, ni to ryba, kijanki też nie przypomina.... Może to etap przejściowy syrenki? Jak byłam mała chciałam być syrenką, ale huj jak na to patrzę to mi się odechciewa xDDD
Mam nadzieję, że Biance nic nie jest... Weź Ty tutaj dramatów nie wprowadzaj bo jak Cię kopnę w dupę to w kosmos polecisz.
A teraz przechodząc do tego i tamtego: weźcie wy mi tutaj nie piszcie, że mnie przepraszacie bo mi się smutno robi a ja tutaj sukę grać próbuję xD - a co! będę szczera jak zawsze, nie?
Jak pisałam na konfie przed odejściem z niej: świat bloggera jest innym wymiarem i to co się wydarzyło między nami jako ludźmi, nie przechodzi na świat pisarski.
Ja również ubóstwiam Twoje dzieło i nie wyobrażam sobie nie czytać go przez takie pierdy - nawet jakbym była hujem i nie komentowała, to i tak bym czytała xD
Ale że pisanie komentarzy daje mi możliwość wylania z siebie emocji + po prostu lubię je pisać, to o to się bać nie musisz xD
Ludzie mówią za dużo? Owszem, ale to lepsze niż milczenie. Ważniejsza od słów jest energia, która za nimi stoi:)
Tak czy siak nie ciesz się - obiecałam, że wpadnę w wakejszyn, a ja słowa dotrzymuję. Słowo koniarza niczym przysięga, więc spodziewaj się w czerwcu wiadomości ode mnie na priv w sprawie tego wyjazdu:)
Pozdrawiam, dużo weny i te sprawy!
Wykurwisty internet od godziny mnie rucha w dupę i jak nie doda mi się ten komentarz to pierdolę tę robotę.
Buziaki i dobrej nocy!
Ty wiesz jakich snów ja Ci życzę xD :3 <3
Jestem, żeby nie było przeczytałam i od razu komentuję, bo ja bardzo lubię odkładać wszystko na później i z jednego dnia robi się tydzień ;-)
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału, to wspaniały jak zawsze i jak zawsze coś się dzieje. Zacznijmy od tego salonu z sukniami ślubnymi. Zaskoczyłaś mniej, bo sobie tak myślę gdzie ten Michael ją tak ciągnie :-D i Amanda, której dawno nie było się pojawiła. Co do ślubu ta ja bym Josepha nie zapraszała. Stary zgred znając życie coś odpierdoli delikatnie mówiąc. Albo Rosie znowu naubliża. Ja rozumiem, że to jest ojciec Michaela, ale po cholerę on im tam do szczęścia. Przecież on ma swojego syna jak i przyszłą synową głęboko w dupie. Naprawdę Olu będę musiała oglądać jego zakazaną mordę? Nie oszczędzisz mi tego? XDDD
Mam jednak nadzieję, że zamknie tą swoją nie wyparzoną mordę i będzie udawał, że świetnie się bawi. Bianca strasznie mnie wystraszyła tym jej napadem kaszlu. Oby nie było jej nic poważnego. Jak zwykle skończyłaś w zajebistym momencie. Dziękuje Ci bardzo za niego :****
Olu błagam Cię, Ty i błędy?! Nie rozśmieszaj mnie, to ja się Ciebie pytałem czy przed "bo" stawia się przecinek XDDD
Dla mnie jesteś chodzący słownik ortograficzny no i angielskiego :-)
Czekam z niecierpliwością na nexta!
Pozdrawiam cieplutko <3333