***
Samotność.
Chociaż otaczają cię dziesiątki, setki, czy też tysiące ludzi, ona wciąż ci
doskwiera. Tkwisz zagubiony we własnych myślach, wpatrując się bezcelowo w
sufit, a ciało odmawia współpracy z umysłem, domagając się spełnienia swoich
potrzeb – jeść, pić, spać, żyć i funkcjonować normalnie – nie zważając na żadne
okoliczności oraz potrzebę o wiele ważniejszą – potrzebę serca. Pragnienie
miłości, czułości i bliskości, które wciąż nie mogło zostać spełnione.
- Tatusiu? – usłyszałem cichutki głos
Bianci.
- Tak, kochanie? – mruknąłem, siadając na
łóżku. – Coś się stało?
- Nic, tylko dzisiaj jest niedziela… -
zaczęła niepewnie.
- Owszem, i co w związku z tym? –
zerknąłem na dziewczynkę pytająco, gdy ta pochyliła głowę.
- Bo my zawsze w niedzielę chodzimy z
mamusią do kościoła. – spojrzała na mnie swoimi brązowymi oczkami. – Pójdziesz dzisiaj
ze mną?
- Bee, skarbie… - szepnąłem zakłopotany. –
Tłumaczyłem ci kiedyś, że nie chodzę do kościoła. – dodałem, klękając obok
pięciolatki.
- Ale z mamą chciałeś iść! – krzyknęła nagle.
– A ze mną nie! – po policzku spłynęła jej łza. – Mama na pewno by poszła!
- Kochanie, to skomplikowane. – rzuciłem,
nie wiedząc co powiedzieć. Sam tak naprawdę nie miałem pojęcia, co czuję, co
chcę, a czego nie, co jest słuszne, a co złe. Nie potrafiłem odnaleźć się w tej
sytuacji, a jedyna osoba, która mogłaby mi pomóc była sprawczynią całego zamieszania.
- Ty mnie nie chcesz! Nie kochasz mnie! –
wrzasnęła dziewczynka, a ja poczułem bolesne ukłucie w sercu. Zawsze chciałem
jak najlepiej dla swoich pociech, a ona niewątpliwie była właśnie moim
dzieckiem. Lecz w tym momencie dotarło do mnie, jak bardzo ją zaniedbuję. Ona
nie potrzebowała teraz zwyczajnego ojca, ale kogoś, kto zastąpi jej mamę,
pocieszy, porozmawia i zajmie się nią w taki sam sposób, w jaki dbała o nią do
tej pory Rosa. Tymczasem ja byłem zbyt zajęty użalaniem się nad sobą i swoim
losem, co wyraźnie odbiło się na Biance. Czekało mnie trudne zadanie, ale skoro
się go podjąłem, musiałem mu sprostać. Dla dobra moich bliskich.
- Nie mów tak, to nieprawda. –
powiedziałem. – Bardzo cię kocham, jesteś moją małą córeczką.
- Ja chcę, żeby mama się obudziła! –
szlochała dziewczynka. – Mama mnie kocha!
- Ja też cię kocham i chciałbym, żebyś
nie płakała, proszę. – mówiłem spokojnie, lecz nie odnosiło to większego rezultatu.
- Ja chcę do mamy! – krzyczała wniebogłosy.
– Do mamy… - wybiegła z mojej sypialni, zanosząc się płaczem. Poczułem, jak
moje oczy stają się wilgotne. Nie radziłem sobie. Nie byłem wystarczająco
dobrym ojcem. To wszystko mnie przerastało, choć wiedziałem, że nie mogę się
poddać. Nie tutaj i nie teraz.
Niemal
w tej samej chwili poderwałem się z miejsca i pobiegłem za dzieckiem, wpadając
jak torpeda do jej pokoiku. Zatrzymałem się jednak przy drzwiach i uważnie
przyjrzałem się dziewczynce. Siedziała skulona w kącie, a po zaróżowionych
policzkach spływały jej łzy. Powoli podszedłem do pięciolatki i siadając obok,
zacząłem głaskać ją delikatnie po główce.
- Ja też chciałbym, żeby twoja mama tu
była. – zerknęła na mnie zapłakanymi oczyma. – Ale nie zawsze mamy to, czego
chcemy.
- Przepraszam… - przytuliła się do mnie
mocno. – Będę już grzeczna, obiecuję.
- Ja też cię przepraszam, kochanie.
Powinnaś przecież chodzić do kościoła, jeśli mamusia tak cię nauczyła. –
szepnąłem, mając świadomość jak ważna dla Rosie jest jej wiara. – Od teraz będę
tam z tobą chodził.
- Ale nie zostawisz mnie za to, że byłam
niegrzeczna? Ja cię kocham i nie chcę iść do domu dziecka. – spojrzała na mnie
niemal błagalnych wzrokiem.
- Oczywiście, że cię nie zostawię. –
ucałowałem ją w skroń, zastanawiając się, co przyszło jej do głowy, aby mieć
takie obawy. – To co, idziemy się szykować?
- A Paris i Prince też pójdą? – zapytała,
uspokoiwszy się nieco.
- Tak. – odpowiedziałem. – To będzie czas
wielkich zmian dla nas wszystkich.
---
Miał
to być czas nie tylko zmian, ale też podjęcia po raz pierwszy poważnych
decyzji. Decyzji dotyczących nie tylko mojej wiary i wychowania dzieci, ale
także leczenia Rosy. Nadszedł czas, aby pożegnać się ze szpitalem i zacząć nowy
etap – po otrzymaniu zadowalających wyników badań, zdecydowałem o przeniesieniu
mojej śpiącej królewny do specjalistycznej kliniki dla osób w śpiączce.
Wiedziałem, że to miejsce było jedyną nadzieją na odzyskanie jej. Bez względu
na to, ile miałoby to zająć, byłem pewien, że nie porzucę swojej wiary aż do
skutku. Teraz pozostało już tylko czekać.
- Przepraszam pana, dlaczego pan nosi
sukienkę? – wypalił mój syn, gdy podeszliśmy do księdza w zakrystii.
- Prince, to nie jest pan, tylko… -
zacząłem zmieszany, lecz nagle przerwał mi donośny śmiech kapłana.
- Młodzieńcze, ta sukienka to sutanna, taki
specjalny strój dla wszystkich księży. Wiesz, czym różni się od sukienki? –
zagadnął.
- Nie, czym? – zapytał zaciekawiony.
- No widzisz, kobiety pod sukienki nie
noszą spodni, a księża pod sutannę tak. – zaśmiał się. – A teraz słucham cię,
Michael. O co chodzi?
- Chciałbym prosić księdza o jakieś nauki…
- odpowiedziałem.
- Nauki? Mój drogi, u nas nauki to przed
ślubem. – uśmiech nie schodził z twarzy mężczyzny.
- A przed chrztem? – zapytałem zdziwiony.
Niewyobrażalnym było dla mnie przystąpienie do wspólnoty, bez znajomości jej
obyczajów, tradycji i zachowań.
- Wierzycie? – zadał pytanie, skierowane
do nas wszystkich.
- Wierzymy. – odparliśmy chórem.
- Wiecie w co wierzycie? – spytał.
- No… tak. – powiedziałem. – Ale dlaczego
ksiądz o to pyta? Gdyby było inaczej, nie stalibyśmy tu teraz. – mruknąłem skołowany.
- Widzisz chłopcze… To, co macie jest
podstawą, która musi się w nas narodzić sama, w naszych sercach. Nie można się
jej nauczyć. A reszta? Reszty nauczy was życie.
---
Zbliżały
się święta, za oknem prószył puszysty śnieg. Dzieciaki przystrajały choinkę, a
ja postanowiłem podszkolić się nieco w sztuce kucharskiej. W końcu byłem ojcem,
a przerastało mnie nawet zrobienie jajecznicy. Bądź co bądź, pod okiem Margaret,
nawet największy z kulinarnych imbecyli takich jak ja mógł się czegoś nauczyć.
Minęło
już kilka tygodni, odkąd cała nasza trójka została ochrzczonymi katolikami, a z
dnia na dzień szanse na wyzdrowienie Rosie rosły. Wszystko miało się ku
dobremu. A moje pociechy stały się sobie bliższe niż kiedykolwiek wcześniej.
- Tato! – doszły mnie z góry krzyki
dziewczynek. – Chodź zobaczyć nasze dzieło!
- Już idę! – odpowiedziałem, biegnąc po
schodach. – No, jestem pod wrażeniem! – odparłem na widok ogromnego drzewka
przyozdobionego niebotyczną ilością czerwonych i złotych bombek, cienkich
łańcuszków w tych samych kolorach i własnoręcznie zrobionych przez dzieci
świątecznych dekoracji. – Ale musimy pogadać o jeszcze jednej sprawie… -
poruszyłem głupkowato brwiami, dając im do zrozumienia, o czym mówię.
- Prezenty! – wrzasnęli chórem.
- Jak wy mnie doskonale rozumiecie! –
zaśmiałem się. – Słucham, co państwo życzą sobie na święta?
- My chcemy lodowisko! – powiedziała Paris.
– Prawda, Bee?
- Tak, i łyżwy! – pisnęła podekscytowana
dziewczynka.
- Dobrze, a Ty? – zerknąłem na syna. –
Nie wspominałeś przypadkiem o konsoli do gier i zwierzątku?
- Tak, ale dziewczyny nie chcą pająka. –
powiedział smutno. – No to stwierdziłem, że chcę węża!
- Fuj! – krzyknęły z obrzydzeniem moje
córeczki, których grymas na twarzy niezmiernie mnie rozbawił.
- Zgoda, będziesz miał węża. – dziewczęta
spojrzały na mnie przerażone. – Spokojnie, one nie są groźne. – zaśmiałem się.
- A co ty byś chciał dostać, tatusiu? –
zapytała Bianca.
- A ja mam was i to mi wystarczy. –
odpowiedziałem, całując każdą z córek w skroń. Mój syn, niestety, wyrósł już z
tatusiowych czułości i musiałem pogodzić się z tym faktem.
- A mogę kupić coś mamie? – zagadnęła pięciolatka.
- Oczywiście. – pogłaskałem ją po głowie.
– A cóż takiego chciałabyś jej kupić?
- Zobaczysz…
---
Doglądając
naszych pociech nie zauważamy jak szybko ucieka czas. One rosną, a my,
zaabsorbowani ich wychowaniem nie zwracamy uwagi na to, jak szybko się starzejemy.
Możemy oszukać ludzi i fotoreporterów, ale nie oszukamy natury. Wygładzanie
zmarszczek owszem, odmładza wizualnie, ale efekt jest krótkotrwały i cały czas przypomina
nam tylko o tym, jak wiele wiosen już liczymy. Jak to mówią – już bliżej, jak
dalej dnia, w którym przyjdzie nam się pożegnać z tym światem i nie mamy na to
największego wpływu.
- Tato, masz siwy włos. – zauważyła Paris.
– Dlaczego ludzie siwieją?
- To naturalne, człowiek starzejąc się,
zmienia się diametralnie. – odpowiedziałem.
- Ale ty nie jesteś stary. – odparła,
wyraźnie zdziwiona.
- Kochanie… – zaśmiałem się. – Proces starzenia
trwa przez dłuższy czas. Kiedyś też będę stary.
- I będziesz dziadkiem w bujanym fotelu,
palącym fajkę? – pytała dalej.
- Kto wie, może i będę. Nie możemy
przewidzieć przyszłości. – odrzekłem. – Bee, znalazłaś? – zwróciłem się do
przeciskającej się między wieszakami dziewczynki. – Paris, pomożesz siostrze?
Zaraz wrócę.
Nie
czekając ani chwili, skierowałem się do sklepu jubilerskiego i przyjrzałem się
biżuterii w gablocie. Moje oko przykuł niebieski jak ocean diament umieszczony
na masywnym, złotym pierścionku. Bez wahania o niego poprosiłem i nie pytając
nawet o cenę, podałem sprzedawcy kartę kredytową.
- Życzę wszystkiego dobrego panu i pana
rodzinie, panie Jackson. – szepnął. – Oby mógł go pan jej jak najszybciej
założyć.
- Dziękuję… - mruknąłem zdezorientowany. –
Bardzo dziękuję.
---
- Mamusia! – pisnęła Bianca. – Mam coś
dla ciebie, pamiętasz, jak mi mówiłaś, że właśnie taka ci się podobała? –
powiedziała, wyciągając elegancką, bordową sukienkę z ogromem falban i sznurowanym
gorsetem zakończonym koronką. – Szkoda, że nie możesz być w domu na święta, ale
nie martw się, jeszcze nie jedne spędzimy razem! – odparła dziewczynka,
głaszcząc Czerwonowłosą po ręce. Kocham cię. – ucałowała ją i puszczając mi
oczko, wyszła z sali.
Spojrzałem
na nią kolejny raz. Leżała spokojnie, jej klatka piersiowa unosiła się i
opadała miarowo. Usiadłem na brzegu łóżka i chwyciłem ją za dłoń.
- Kochanie… - szepnąłem, jak gdybym bał
się, że ktoś mnie usłyszy. – Kolejny raz mam ci tyle do powiedzenia. Przede
wszystkim – Bianca uczy się w domu, tam czuje się najlepiej. Dzieci bardzo się
zżyły, wiesz? Nawet Prince, choć jemu właściwie podoba się rola starszego
brata. Cały on – lubi rządzić innymi, ale też dzięki temu uczy się
odpowiedzialności. Poza tym, przyjąłem chrzest, komunię i przystąpiłem do
bierzmowania. Miałaś rację, wiara czyni silniejszym. Dzieci też chętnie chodzą
do kościoła. I jakoś sobie radzę. Mam też coś dla ciebie – spojrzałem na
pudełeczko w kieszeni. – Ale nie mogę ci teraz tego dać, mimo, że bardzo bym
chciał. Lekarze mówią, że jest lepiej, że niedługo się wybudzisz. Powiem
szczerze, nawet ja nie jestem aż takim leniem, żeby spać nieustannie przez
miesiąc. – zaśmiałem się przez łzy. – Bardzo cię kocham. I nigdy nie przestanę,
Rosie…
***
Dobry wieczór kochani!
Wiem, że wracam tutaj z dużym opóźnieniem, ale ostatnio nie miałam siły na pisanie. Za to notka, jak obiecałam, jest dłuższa. Czy mi się podoba? Nawet. Nie sprawdzałam jej, więc wybaczcie ewentualne błędy.
Zdecydowałam, że nie będę robić trzeciej części, ale w tej opiszę wszystkie perypetie Rosie i Michaela, a później... Może zrobię jakąś kontynuację. Oczami Bianci. Co Wy na to?
Pozdrawiam serdecznie i czekam na Wasze komentarze!
Alex <3
P.S. Marysiu, w pierwszą rocznicę założenia bloga, życzę Ci kolejnych lat w przyjaźni z Bloggerem i setek nowych rozdziałów! :*


Hejka ♥
OdpowiedzUsuńWzruszyłam się notką, była taka subtelna i świetnie napisana, że czytało mi się ją z zapartym tchem. Nie przyjmowałam bodźców z zewnątrz tylko się wtopiłam w cudowny tekst.
Wiara jest ważna - pomaga, a myślę, że Michaelowi pomoże dwukrotnie. Przedstawiasz Majkela w taki genialny sposób, taki troskliwy ii ranyy - uwielbiam to opowiadania. Od początku jestem jego fanką.
Scena rozegrana z Bee była przykra, nie dziwie jej się, że się denerwuje. Kto wie co ma w główce, cierpi mimo wszystko. Ma tate, cudownie, ale teraz jej brakuje mamy, która była z nią od zawsze.
Michael jest odpowiedzialny chłopakiem, da sobie rade, baa - daje.
No czekam, aż Rosa otworzy te swoje oczęta i wróci do nas no bo tęsknie, bez niej jest strasznie smutno, tak poważnie. Wybudzi się niedługo, prawda? ♥
Dziękuje za życzenia, pidniosło mnie to na duchu ♥ Bardzo, bardzo mi miło :***
Życzeee masyyy weny! Czekam na następny rozdział. Trzymaj się ♥♥♥
Pozdrawiam Cieplutko! :*
God Bless You ♥
Ruszyła mnie scena z Bee :C
OdpowiedzUsuńNie ma się co małej dziwić, ktoś był z nami cały czas, nagle znika bez uprzedzenia i zostawia nas zdanych tak naprawdę na siebie. Mike musi być dla niej oparciem w tych trudnych chwilach, sama sobie nie poradzi. Świadomość, że mamy obok siebie ludzi, którzy nas kochają jest nam bardzo potrzebna. Michael na pewno podoła zadaniu :)
Co do wiary... Fakt, że Michaś robi to w jakiś sposób dla Rosy to rozumiem, aczkolwiek jestem zdania, że nie zmieni to sytuacji w jakiej ona jest. Fakt, możliwe że psychicznie Mike będzie miał jakieś oparcie, żyjąc z nadzieją że może ktoś coś. Aczkolwiek to moje zdanie - wiesz jaka ja jestem w tych tematach :D
Tak czy siak jesteśmy zdani tylko na siebie i to, co planuje dla nas życie. A czy się pomodlimy czy nie - życia ani zdrowia nikomu magicznym sposobem nie zwróci. Dla mnie to podchodzi pod placebo bardziej, ale wiadomo każdy ma swoje zdanie i ważne, aby się go trzymał:)
Mam nadzieję, że Rosa niedługo w końcu otworzy te oczęta i pomoże naszemu biednemu Michasiowi, nim się doszczętnie załamie hehe :D
Mówię serio, wybudź ją bo nie ręczę za siebie xD
Co do podziału - faktycznie jak ten miałby być taki krótki, to chyba lepiej zrobić to wszystko razem już:)
Pozdrawiam <3
A ja na to jak na lato ! :D Hahahahaha .
OdpowiedzUsuńNo po co się głupio pytasz ? Mi się bardzo , ale to bardzo Twój pomysł podoba . Zrobić kolejną część oczami Bianci fajny pomysł . Będzie ciekawie ;)
Co do samego rozdziału ....... A tak wgl to zauważyłam , że u każdego się nie układa . Już tłumaczę . U Ciebie Rosa jest w śpiączce , Michael na początku złamany teraz wziął się za siebie i dzieciaki . U Patrycji Michelle i Michael się rozstali , ale niby mają się pogodzić . U Marysi "Much to soon" Elisa niby jest z Michaelem ale tylko patrzeć , aż się pokłócą o jakąś pierdołę , a w "Lady in my life" małżeństwo MJ i Nainy przechodzi tak na prawdę trudny okres , nie wiadomo czy oboje w tym wytrwają , a do wzięcia rozwodu dużo im nie brakuje . Czy wy żeście się umówili czy co ? Wszystko, u wszystkich takie smutne , rozstania, kłótnie , śpiączki no masakra . Więc mam nadzieję, Olu kochana (nawiasem mówiąc masz bardzo ładne imię , ja ponoć miałm mieć na imię Ola :) , że Rosa jak najszybciej się wybudzi , urodzi Michasiowi gromadkę dzieciaczków i będą żyć długo i szczęśliwie . Może i banalne i oklepane , ale prawdziwe . Jeszcze jak Ty tką piękną miłość opisujesz to już wgl . No nic , aaaa sorki że ja tak ciągle marudzę :) Spokojnie nie tylko u Ciebie (pocieszenie) .
Życzę masę weny !
Czekam na nn.
Pozdrawiam cieplutko <3333 :* :*