11/10/2015

Don't Let Go Of My Hand: Bez kroku wstecz



***

                Miłość jest życiem. Jeśli jeszcze jej nie doświadczyłeś, nie narodziłeś się. Jeśli zaś ją straciłeś – umarłeś. Tam gdzie nie ma tlenu, nie ma i życia, tam gdzie nie ma miłości, nie będzie człowieka. Stworzono nas, byśmy kochali, a jednak tak wielu o tym zapomina. Miłość nie potrzebuje słów, zbędne są jej pieniądze, nie jest materialistką. Pragnie gestu, ciepłego i prawdziwego, skromnego i delikatnego, obecności. I spojrzenia, tęsknego spojrzenia kochających oczu. Lecz jak można patrzeć w oczy, gdy są one zamknięte?

                Kolejne dni mijały, kolejne godziny wypełnione martwą ciszą płynęły tak powoli, jak gdyby zegar zadrwił sobie ze mnie i próbować zadręczyć jeszcze bardziej nieustającym milczeniem mojej ukochanej. Jej dłoń, drobna i mizerna, była bezwładna, niezdolna do wykonania żadnego ruchu. Nie mogłem jej uścisnąć, nie mogłem jej stąd zabrać. Lecz bez względu na to, czułem ją. Czułem, że jest ze mną i nie wszystko jest stracone – bo przecież nic nie było jeszcze stracone.
- Panie Jackson? – usłyszałem ściszony głos pielęgniarki. – Czy mogłabym na chwilę prosić?
- O co chodzi? – zapytałem.
- Pacjentka, której oddał pan krew prosi o rozmowę. – odpowiedziała nieco wystraszona.
- Dobrze, zaraz do niej pójdę. – rzuciłem. – Do widzenia, kochanie. – ucałowałem rękę Rosy. – Bądź silna…

---

                Przechodząc szpitalnym korytarzem usłyszałem płacz – donośny szloch dochodzący z jednej z sal. Szloch matki, pakującej rzeczy dziecka, które odeszło zaledwie kilka godzin temu. Choć sam nawet nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, co czuła ta kobieta, byłem pewien, że nie ma gorszego uczucia, niż utrata swojej pociechy. To tak, jakby ktoś zabił część człowieka, wyrwał mu serce i kazał żyć dalej. Niewykonalne, lecz konieczne. Ale dlaczego dzieci muszą tak cierpieć? Te niewinne, czyste istoty bez żadnej zmazy? Nie miałem pojęcia. Chyba nikt nie ma.
- Dzień dobry. – zapukałem do pomieszczenia i uśmiechnąłem się lekko.
- Pan Michael? – szepnęła dziewczyna, próbując zlokalizować źródło dźwięku.
- Michael. – potwierdziłem, podchodząc do łóżka dziewczyny. – Chciałaś ze mną porozmawiać, więc jestem.
- Dlaczego pan mi pomógł? Powinnam była umrzeć. – mruknęła.

- To nie była twoja wina. Potrzebowałaś pomocy, całe życie przed tobą. – mówiłem, uśmiechając się delikatnie, będąc pewnym, że jest ona w stanie to wyczuć.
- To była moja wina. – rzuciła. – Gdybym nie była ślepa, nic by się nie stało! A teraz ktoś inny cierpi przeze mnie! – ryknęła, a z oczu zaczęły płynąć jej łzy.
- Nie mów tak, ona uratowała cię, bo… - nagle zmieszałem się, nie będąc pewnym co powiedzieć.
- Bo jestem pokraką? – zakpiła.
- Bo będąc matką, nigdy nie pozwoliłaby, aby jej dziecko doznało jakiejkolwiek krzywdy. Pomyśl tylko, co przeżywaliby teraz twoi rodzice, gdyby tego nie zrobiła? Nie obwiniaj się, wszystko jeszcze się ułoży. – powiedziałem, głaszcząc nastolatkę po ramieniu.
- Ona… będzie żyła? – zapytała nieśmiało, jak gdyby bała się, że ktoś niepowołany mógł ją usłyszeć.
- Jest coraz lepiej… - westchnąłem. – I mam nadzieję, że za niedługo będzie już dobrze. – szepnąłem, kierując się do wyjścia z sali. – Do widzenia, trzymaj się!
- Do widzenia… - odpowiedziała cicho, gdy chwyciłem za klamkę. – Proszę pana?
- Tak? – odwróciłem się w jej kierunku.
- Dziękuję, jest pan aniołem. Tak jak pańska dziewczyna. – szepnęła, posyłając w moją stronę delikatny uśmiech.

---
                Wracając do domu myślałem o niewidomej dziewczynie, o dzieciach, o Rosie – o nas. Sytuacja, w której się znaleźliśmy wywróciła życie całej rodziny do góry nogami. A ja musiałem sam, bez niczyjej pomocy odnaleźć własną drogę, którą będę mógł podążać aż do końca swoich dni. Choć wydawałoby się to drobnostką, moment oddania krwi stanowił przełom w moim życiu – wiedziałem, że wstąpiłem na trudną ścieżkę, nie mogłem zrobić kroku wstecz. Zostało mi jedynie odnaleźć cel podróży, punkt na mapie, do którego zmierzam.
                Chciałbym, by było tak, jak widzę to oczami wyobraźni. Chciałbym, aby świat nie musiał znosić tyle cierpienia i bólu. Lecz los chce inaczej, ciągle rzuca nam kłody pod nogi, a my nie zawsze jesteśmy w stanie nad nimi przeskoczyć.
- Wróciłeś wreszcie! – przywitała mnie w progu siostra. – Co słychać, braciszku?
- Szum wiatru, śpiew ptaków… - zacząłem wyliczać, usiłując wykazać się resztkami poczucia humoru.
- A tak poważnie? – zapytała.
- Jej stan jest stabilny, ale ci beznadziejni lekarze wciąż nie mogą określić, ile czasu minie, nim się wybudzi. – powiedziałem na jednym oddechu. – A jeśli się nie wybudzi? Co ja wtedy zrobię, co powiem dzieciom, jak wytłumaczę Biance, że będzie tak już zawsze?
- Nie możesz tracić nadziei. – mruknęła, uśmiechając się do mnie współczująco. – Jeśli chcesz, aby było dobrze, po prostu mocno w to uwierz. – dodała, poklepując mnie krzepiąco po ramieniu.
- Chyba masz rację… - przytaknąłem. – Ale nie tylko o to mi chodzi.
- A o co? – Janet spojrzała na mnie pytająco.
- Oddałem krew. – na jej twarzy malowało się zarówno zdziwienie, jak i zachwyt. – Złamałem świętą zasadę, w jakiej mnie wychowywano, rozumiesz? I wcale tego nie żałuję…
- Przecież zawsze mówiłam ci, że te wszystkie teorie dotyczące krwi to brednie. Dlaczego miałbyś tego żałować? – warknęła oburzona.
- Nie mógłbym nawet, nie byłbym w stanie żałować tego, że pomogłem drugiemu człowiekowi. – westchnąłem. – Tylko co mam teraz zrobić?
- A co chciałbyś zrobić? – odpowiedziała, zwracając mi tym samym uwagę na fakt, że sam powinienem podejmować takie decyzje.
- Znaleźć kogoś, kto wskaże mi drogę do Boga…

***

                Spędziłam kolejną godzinę z pałeczkami w rękach, gra zupełnie mi nie szła. Nie mogłam się skoncentrować, dźwięki zwyczajnie mi umykały, a partia perkusyjna nie miała zamiaru napisać się sama.
- Niech to szlag! – krzyknęłam, ciskając dwoma drewnianymi kijkami o podłogę. Niemal w tej samej chwili usłyszałam dzwonek do drzwi i nie zastanawiając się zbyt długo, poszłam otworzyć niespodziewanemu gościowi.
- Cześć, mogę? – w wejściu zobaczyłam Joe’go z bukietem kwiatów.
- Co ty tu robisz? Nie pamiętasz, że ostatnio wyleciałeś stąd na zbity pysk, powtórka z rozrywki ci się marzy? – warknęłam zdenerwowana.
- Amanda, proszę… - mruknął. – Chciałem porozmawiać.
- Nie mamy o czym. – próbowałam być stanowcza, lecz czułam, jak z każdą kolejną sekundą mięknę.
- Pozwól mi wejść i wszystko wyjaśnić. – podszedł do mnie, wręczając mi moje ulubione, białe róże. – Ja cię naprawdę kocham. Nie możesz tak po prostu wymazać wszystkiego, co między nami było.
- Ach, tak? I z tej miłości do mnie obłapywałeś się z jakimiś laskami w klubie? – rzuciłam kpiąco, łzy zaczęły napływać mi do oczu. – Czy ty wiesz w ogóle, jak ja się czułam, gdy wszyscy w około gadali o tym, jak świetnie się bawiłeś?
- Kochanie, to nie tak… Byłam pijany, nie zrobiłem nic złego, to była tylko zabawa. Nigdy bym cię nie zdradził. Przepraszam. – zbliżył się do mnie, przełykając nerwowo ślinę. Widziałam, jak bardzo się starał, lecz zasłużył sobie na takie, a nie inne traktowanie. – Wybaczysz mi?
- Obiecaj mi, że już nigdy nie wywiniesz takiego numeru. – szepnęłam, przytulając się do niego. Tego właśnie mi brakowało – jego ciepła, czułości, dotyku i obecności.
- Obiecuję. – odpowiedział, składając delikatny pocałunek na moich ustach. Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie, ale nie mogłam zapominać, jak ciemne chmury przysłoniły ostatnio słońce.
- Joe? – zapytałam, gdy znaleźliśmy się na kanapie. – A co z Rosą? Jest lepiej?
- Wielkiej poprawy nie ma, ale przynajmniej oddycha już samodzielnie. – westchnął. – Ojciec mówił mi, że Michael oddał krew tej niewidomej dziewczynie, której nasza bohaterka uratowała życie.
- Wiesz? – spojrzał na mnie pytająco. – Może tak miało być? I wszystko będzie dobrze? A może ten jej Bóg faktycznie istnieje?
- Do czego zmierzasz? – spytał zaciekawiony.
- Rosa zawsze chciała uratować komuś życie. A Bianca? Mówi do Michaela „tato”. A jeśli to jej cierpienie ma jakiś sens? – mówiłam, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że wszystkie swoje przemyślenia wypowiadam na głos.
- To możliwe. Ale dlaczego ten Bóg miałby się tak nad nią znęcać, zamiast dać jej zwyczajnie odrobinę szczęścia? – mruknął zamyślony.
- Nie wiem, ale Rosa zawsze mówiła, że prawdziwe szczęście można osiągnąć jedynie poprzez cierpienie…

***

                Leżałem na łóżku, układając w głowie słowa własnej modlitwy. Modlitwy będącej prośbą o wskazówkę. Nie wiedziałem, co robić. Czułem się zagubiony i osamotniony. „Ona powinna być tu ze mną”, myślałem. „Ze mną i z dziećmi, tu, gdzie jej miejsce. Tutaj, gdzie wszyscy jej potrzebujemy.”
- Tato? – usłyszałem cichy, zaspany głosik.
- Tak, kochanie, coś się stało? – zapytałem, podchodząc do stojącej w drzwiach Bianci.
- Kiedy mamusia wróci do domu? – spojrzała na mnie niewinnymi oczkami.
- Bee, skarbie, mówiłem ci już, że nie wiem. Stęskniłaś się za mamą? – wziąłem ją na ręce i mocno przytuliłem.
- A będę mogła jutro z tobą jechać? Narysowałam dla niej laurkę. – powiedziała, wyciągając z kieszeni złożoną na pół kartkę z rysunkiem Rosie i podpisem „Mamo, obudź się!”.

- Jest piękna. Możemy pojechać do niej nawet z samego rana, ale teraz musisz iść spać. – ucałowałem dziewczynkę w czoło.
- A mogę z tobą? – zapytała pięciolatka, tonem niemal błagalnym, jak gdyby bała się, że odmówię.
- Oczywiście, chodź tutaj. – położyłem ją na łóżku i nakryłem kołdrą. – Śpij dobrze, pszczółko.
- A jak mamy nie ma, to też mnie kochasz? – mruknęła smutno, odwracając się do mnie.

- Waszą trójkę kocham najmocniej na świecie…

***

Dobry wieczór!
Dziś o dziwo dłuższa notka, z której jestem tak nawet zadowolona. Tadam, oto mamy Amandę! Michaela oczywiście będzie więcej, ale jej oczami też parę zdanek powplatam.
Kiedy kolejna notka? Do piątku chciałabym wrzucić Bena, ale nie wiem, czy mi się uda. Pożyjemy, zobaczymy!
Zaqległości na Waszych blogach ponadrabiam niebawem ^^
Co u Was słychać, jak w szkole?
Zapraszam do komentowania i pozdrawiam ciepło!
Alex :)

5 komentarzy:

  1. Hejka! ♥
    Odwiedziła Cie ta wredota XD
    Notka cudowna, kurcze Olciu! Bardzo spodobał mi sie wtęp i przemyślenia Michaela, to po pierwsze. Jestem pełna podziwu dla Michaela, za każdym razem widzi ją śpiącą, nie odpowiadającą na żadne bodźce, to jest przykre. Rosa jest prawdziwym aniołem, bo poświęciła swoje szczęście (i nie tylko swoje), aby uratować obcą zupełnie osobe. To jest piękna postawa. Nie okazała się tchórzem, po prostu to zrobiła. Teraz opowiadanie ma smutną aure tak bez niej. Licze z całego serduszka, że sie szybko obudzi. Nie czeka na nią nietylko Michael, ale i dzieci, które potrzebują matki.
    Notka jak zwyykle genialna. Uwielbiam to opowiadanie, jest tak prawdziwe, z takim przesłaniem. Łapie za serducho, a ja to uwielbiam ♥ Czekam na Benia z ogromną niecierpliwością! Życzee masy weny! :* Pozdrawiam! Marysia ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem <333
    No ja się w końcu doczekałam mojego opowiadania no ! <3
    Mówiłam tysiąc razy ale powtórzę: kocham je <3
    Wiesz, czytając je akurat momentami przypominała mi się nasza ostatnia rozmowa na fb, mam na myśli wątek o tym, że lubię to opo mimo, że jest tutaj wątek mocno katolicki.
    Było go w tym rozdziale od cholery i jeszcze trochę, i wiesz co ? Było po prostu zajebiste, serio. A jeśli mówi Ci to osoba taka jak ja - to znaczy że było zajebiste i tyle i koniec kropka.
    Pięknie opisane uczucia i przemyślenia Michaela, oczywiście mega dołuje mnie to tak naprawdę, gdy 'widzę' jego ból i cierpienie, ale jak to napisałaś: bez cierpienia nie ma szczęścia.
    To tak samo jak z innymi przeciwieństwami: Czym by było światło bez ciemności? Albo cisza bez dźwięku ? (znów mi mój okres z pisania wierszy się włącza xD)
    Jednak mimo wszystko wierzę, że to szczęście do nich powróci, powróci i to szybciej niż myślimy. Rosa jest silna baba i da radę, musi.
    Dla mnie rozdział bomba, czekam z niecierpliwością na nexta.
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  3. YES YES YES!!!!!!!
    Moje kochane, ulubione, cudowne :-D
    Jak na to czekałam i wreszcie! Się doczekałam.
    Co ja mam Ci powiedzieć Olu?
    No oczywiście, że mi się rozdział podobał. Chyba moje modlitwy pomogły ;-). Oby Rosa wreszcie wyzdrowiała.
    Ja czuję, że da radę to silna babka.
    Michael jest cały czas przy niej, więc na pewno się nie podda.
    Błagam wy mi nic nie wspominajcie o psychiatryku zwanego szkołą.
    Jeszcze tylko 4 lata się pomęczyć, ale przy życiu utrzymują mnie przyjaciele, bo gdyby nie oni to.... Ale nie ważne.
    Dziękuję Ci za ten rozdział, bo naprawdę już się niecierpliwiłam :-)
    Pozdrawiam ciepluśko <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Alex!
    Jak zwykle genialnie :D Opłacało się czekać, notka po prostu świetna, z resztą nie będę się zbytnio rozwodzić, bo sama dobrze wiesz jak bardzo przepadam za WH :3
    Dominika <3

    OdpowiedzUsuń
  5. No no no..
    Miód malina!
    Mam nadzieję, że Rosa już niedługo się wybudzi i wszystko będzie dobrze. A co do Michaela, to rozumiem jego cierpienie. To życie w ciągłej niepewności..
    Pozdrawiam
    Karolina :)

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.