Rozdział dedykuję Dominice, mojemu 'komuś, kto pośród ciemności wyciągnął do mnie rękę'. <3
***
Możemy mówić, że nienawidzimy
jednych, a kochamy drugich, lecz niewielu z nas ma świadomość tego, że istnieje
coś, co jest zarówno naszym wrogiem, jak i przyjacielem. Wrogiem, ponieważ
odbiera nam tych, których kochamy, a przyjacielem, gdyż zabija kipiącą w nas
wszelką nienawiść i złość. To coś, na co człowiek nie ma wpływu – nie da się
tego ani zatrzymać, ani cofnąć, ani też przyspieszyć. Tym czymś jest czas.
Spojrzałem na świeżą twarz
dziewczyny. Na twarz, która pewnie nie zaznała jeszcze miłości, a jej pogodny
uśmiech jeszcze nigdy nie został przemieniony w pełen boleści grymas. Dopiero
wkraczała w dorosłe życie, powoli, małymi krokami. Nie musiała dorosnąć z dnia
na dzień. Wszystko w jej życiu zdawało się odbywać w należytym porządku, według
pewnego procederu. W moim przypadku został on poważnie zaburzony.
- To co,
jedziemy da… Hej, Ben! – pomachała mi ręką przed oczami blondynka, wyrywając
mnie z zamyślenia.
- Tak, tak.
Już… - rzuciłem zakłopotany, gdy nagle usłyszałem pukanie do drzwi.
- Dzień
dobry pani, witaj tatusiu! – krzyknął wesoło mój syn głosem pięciolatka, który,
nie ukrywam, niezbyt pasował do wysokiego i dość dobrze zbudowanego dwudziestojednolatka.
– Właśnie się dowiedziałem, że opowiadasz jakieś ciekawe historie ze swojego
życia, więc pomyślałem, że fajnie byłoby posłuchać sobie co nieco. – wyćwierkał
rozentuzjazmowany, po czym zwrócił się do studentki, wyciągając dłoń w jej
stronę. – Jestem Nate, miło mi.
- Madison,
mów mi Mad. Czy my się przypadkiem skądś nie znamy? Nathan Carter? – spytała zdezorientowana.
- Jeśli to
ty jesteś tą Madison, która zgubiła w autobusie portfel z pełną zawartością
jakiś czas temu, to chyba się znamy. – zaśmiał się. – Nathan Carter we własnej
osobie. – ukłonił się teatralnie.
- Jaki ten świat
mały… - westchnęła.
- Możesz
wreszcie usiąść? – rzuciłem karcąco synowi, jednocześnie powstrzymując uśmiech
wpełzający mi na twarz.
- Spokojnie,
już się zamykam. – odpowiedział, siadając na krześle.
- Kontynuujmy…
***
Czekałem
przed wejściem do budynku, wypatrując na horyzoncie drobnej, kobiecej sylwetki.
Niezależnie jak bardzo pragnąłem wreszcie stąd uciec, wydostać się z więzienia
zwanego potocznie sierocińcem, nie wyobrażałem sobie nie pożegnać się z nią. Z
osobą, która jako jedyna stanowiła dla mnie oparcie przez ostatnie miesiące.
- Ben! – krzyknęła. – Myślałam, że już
pojechałeś!
- Bez pożegnania? Nie mógłbym. –
powiedziałem, ściskając ze wszystkich sił wolontariuszkę.
- Obiecaj mi, że będziesz szczęśliwy. –
wyszeptała.
- Obiecuję. Dziękuję ci za wszystko, co dla
mnie zrobiłaś. – mówiłem, czując jak łzy napływają mi do oczu.
- Nie masz za co. Mam nadzieję, że kiedyś
zobaczę, jak mój mały Ben będzie znanym na całym świecie tancerzem. – rzuciła z
uśmiechem.
- A ja mam nadzieję, że moja bohaterka
pomoże jeszcze nie jednemu takiemu małemu Benowi. Dziękuję raz jeszcze. Trzymaj
się. – odparłem, uwalniając ją z uścisku.
- Weź to. Powodzenia, młody! – wręczyła mi tajemniczy
podarunek i odbiegła, machając ręką na do widzenia.
---
- Miałeś kiedyś przyjaciela? – wyrwał mnie z
przemyśleń Michael.
- Nie. Wydawało mi się, że mam, ale grubo
się pomyliłem. – odpowiedziałem, wzdychając ciężko.
- A co z Anną? – dopytywał.
- Ona… ona zastąpiła mi mamę. W momencie,
gdy tego potrzebowałem. – szepnąłem, w jednej wypowiedzi zawierając wszystko,
co tak naprawdę czułem. – Powiedz mi, kim tak właściwie jest przyjaciel?
- Przyjaciel… - zaczął. – Przyjaciel to
osoba, która wyciąga do kogoś rękę, szczerze i bezinteresownie, niosąc pomoc.
- To chyba już mam przyjaciela. – mruknąłem.
– Michael?
- Tak? – spojrzał na mnie pytająco.
- Dziękuję, przyjacielu.
---
Przyjaciel.
Słowo, zdawałoby się, oczywiste. A jednak nie umiemy go jasno zdefiniować,
dopóki nie doświadczymy tego sami – dopóki nie spotkamy osoby, która nam pomoże
i której jednocześnie pomożemy my. On dał mi nadzieję, szansę na lepszą przyszłość
i wsparcie, a ja zaoferowałem mu w zamian wszystko to co miałem – wierność,
zrozumienie i zaufanie.
- Jesteśmy na miejscu, wysiadaj myślicielu. –
szturchnął mnie mój wybawca. – Trzecie piętro, mieszkanie numer dziesięć.
- Już idę, już idę. – mruknąłem
niezadowolony.
- Zaraz weźmiemy walizki, żeby nie chodzić
po kilka razy. – krzyknął, gdy otworzyłem bagażnik terenowego wozu.
- Tak jest, szefie. – zasalutowałem, śmiejąc
się i wbiegłem do budynku, w którym znajdowała się kawalerka Michaela.
- Co się tak śpieszysz, klucza nie masz! –
wrzasnął z dołu, podczas gdy ja grzecznie siedziałem na wycieraczce.
- Klucz właśnie idzie po schodach, a ja na
niego czekam. – zaśmiałem się. – No co tak długo? – spytałem rozbawiony, widząc
Mike’a targającego potężną walizkę.
- Coś ty tam wpakował? – powiedział zasapany.
- Dokładnie połowę dobytku. – odparłem,
wyszczerzając się w szerokim uśmiechu.
- Nie przestrasz się tylko. – rzucił, otwierając
drzwi.
---
- To… jest twoje mieszkanie? – zapytałem zdziwiony.
- W rzeczy samej, rozgość się. –
odpowiedział, widocznie nieporuszony moim pytaniem. – Wypadałoby tu z lekka
ogarnąć. – rzuciłem okiem na otaczającą nas przestrzeń. Wszędzie spoczywały
sterty brudnych ubrań, porozrzucane kartki, zeszyty, przybory do pisania,
pudełko po pizzy i wiele innych skarbów.
- A gdzie śpisz? – zagadnąłem.
- Tutaj, nie martw się, zmieścimy się. – mruknął,
zabierając się za sprzątanie. – Spokojnie, nie żyję na co dzień w takim syfie. –
roześmiał się. – Ale twoja mina była bezcenna.
- Ale… Nie masz łóżka? – pytałem dalej,
niedowierzając w to, co widziałem.
- Po co mi łóżko? Na podłodze jest
wygodniej. - wybuchnął śmiechem. – A tak poważnie, to mieszkam tu od niedawna i
po prostu nie zdążyłem się urządzić. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci to za
bardzo…
- Słuchaj… Wreszcie dowiedziałem się, co tak
właściwie oznacza „wolność”.
***
- Nie
wierzę, Michael Jackson, milioner, nie miał łóżka w domu? – zaśmiała się Mad.
- To prawda,
opowiadał mi o tym wiele razy. – wtrącił Nathan, nie odrywając wzroku od
dziewczyny. Był tak zaabsorbowany obserwowaniem jej rąk unoszących do ust
filiżankę herbaty, że zapewne nawet oberwanie w głowę patelnią nie odwróciłyby
od niej jego uwagi.
- Nie mogę
się już doczekać ciągu dalszego tej historii. – skwitowała entuzjastycznie
blondynka.
- Miło
wspomina się takie chwile. – dodałem.
- Nie
wątpię. Niestety, muszę już uciekać, za pół godziny zaczynają się zajęcia na
uczelni. Mam nadzieję, że jutro będziemy mogli kontynuować. – westchnęła.
- Również mam
taką nadzieję. Nie wiedziałem, że mam aż tak dobrą pamięć. – powiedziałem z
uśmiechem, otwierając przed dziewczyną drzwi gabinetu.
- Może cię
podwieźć? – zaoferował Nate dziewczynie, na co speszyła się lekko. – To naprawdę
nie jest problem, a wręcz przeciwnie.
-
Poczekajcie chwilę, ciasto muszę ci zapakować! – krzyknęła z dołu moja żona, co
omal nie spowodowało u mnie wybuchu niekontrolowanego śmiechu. Odkąd
zrezygnowała z pracy na pełen etat, odnalazła swoją trzecią (dwiema pierwszymi
jesteśmy ja i nasz syn) miłość – gotowanie. – No, gotowe. Możecie iść, tylko
uważajcie na siebie.
-
Oczywiście. – powiedział chłopak, pomagając założyć studentce płaszcz.
- Dziękuję
za wszystko. – rzuciła z uśmiechem dziewczyna, po czym zniknęła za drzwiami
naszego domu.
---
Słońce już dawno zniknęło za horyzontem, pojedyncze gwiazdy świeciły na niebie, a ja jak każdego wieczoru podsumowywałem miniony dzień, leżąc w satynowej pościeli, którą tak bardzo lubiła moja żona. Nasuwało mi się na myśl pytanie – dlaczego tej dziewczynie tak bardzo zależy na ukazanie ludziom prawdy o moim przyjacielu? Dla pieniędzy? A może po prostu tacy ludzie jeszcze istnieją? Nie umiałem odpowiedzieć.
- Nathanowi
chyba wpadła w oko ta Madison. – powiedziała Diana, wychodząc z łazienki,
okryta jedynie cienkim szlafrokiem.
- Wiedziałaś
o tym, że nasz syn ją zna, ba, został bohaterem? Uratował jej zaginiony
portfel! – zaśmiałem się.
- To fajna
dziewczyna… - odparła rozmarzona. – A nuż coś im z tej znajomości się wykluje?
- Być może. –
mruknąłem, wstając z łóżka i podszedłem do kobiety. – A nuż z tego naszego
wieczoru coś się wykluje? – zapytałem zniżonym głosem, porywając żonę na ręce.
- Stary
wariat. – zaśmiała się cicho, gdy ułożyłem ją na łożu i zacząłem całować jej
obojczyki.
- Może i
wariat… - szepnąłem. – Ale na te sprawy za stary nigdy nie będę.
***
Dobry
wieczór!
Moi drodzy –
notka, która pojawia się dzisiaj, jak obiecałam dziewczynom (i się wywiązuję,
jeszcze mamy sobotę!), ma nieco specyficzną formę i nie jest to przypadkowe.
Gdyby ktoś nie do końca zrozumiał przekaz – chaotyczne akapity, wiele dialogów
i mało opisów – to wszystko ma oddać uczucia bohaterów, którzy w tamtej chwili
działali, a raczej mówili pod wpływem impulsu i niekoniecznie interesowali się
szczegółami otaczającego ich świata. To moja wizja na ukazania nagłej zmiany w
życiu każdego z nich. Ponadto, zgodnie ze swoją wizją na tę historię, poza
wspomnieniami chcę przedstawić życie bohaterów w teraźniejszości, po tych wszystkich
wydarzeniach, żeby było to jak najbardziej realistyczne i urozmaicone, a także
po to, żebyście zobaczyli później co „wyrosło” z tych naszych bohaterów. No,
takie małe nawiązanie do fabuły. Czekam na Wasze opinie.
Mi osobiście
ten rozdział się podoba. Od czasu do czasu trochę dynamiki się przydaje. :)
A propos
mnie – już nie mam gipsu, chodzę jednak o kulach, ale już niedługo wracam do
szkoły i jestem dobrej myśli co do swojej nogi.
Pozdrawiam
Was serdecznie i zapraszam do komentowania!
Alex :)


Hejkaaa!!! ♥
OdpowiedzUsuńNotka cuudna :* udało Ci się mnie rozwalić. XD Po co Jacksonowi łóżko? Podłoga wygodna, a jak! Ja to sie obawiam, że on Benka tymi swoimi pomysłami z kosmosu prędzej zdemoralizuje XD. Nie no żartuje. To opowiadanie jest tak realne, że nigdy nie spotkałam się z takim czymś. Nie chodzi mi, o opisy, czy przedstawienie sytuacji realnie, ale chodzi mo o historie. My fani Mike wiemy jakim świrem był, znamy co nieco anegdotek i historyjek z jego życia, ale Olciu opisujesz to w bardzo rzeczywisty sposób, że mniej poinformowany człek mógłby uwierzyć, że sie to naprawde wydarzyło. Ja jak zwykle pod wpływem emocji nieumiem wyrazić swojej opini tak jak chce :')
Notka jak mówiłam wyszła genialnie. Końcówka.. *myry myry*. Łóżko zarwią i tak dalej.
Czekam z niecierpliwością na neeexta! Życze maaaasy weny i Pozdrawiam, Marysia :*
Witam.
OdpowiedzUsuńNotka jest świetna, zresztą tak jak zawsze. Masz naprawdę ogromny talent. Z tym brakiem łóżka u Michaela mnie rozwaliłaś, oczywiście w pozytywnym sensie tego słowa.
Pozostaje czekać na next i cieszę się, że nie masz już gipsu. Z nogą będzie teraz coraz lepiej.
Dużo weny i Pozdrawiam 😆
A po co komu łóżko. Podłoga wygodniejsza XD Nie no rozwaliłaś mnie.
OdpowiedzUsuńNotka jedna z najlepszych. Mi też się bardzo podobała. Opisałaś to tak, jakby wydarzyło się naprawdę. I zaczynam się zastanawiać, czy Michael myślał tak naprawdę ;) Nie no mam głupawkę po tym rozdziale.
Opisujesz to świetnie, nie wiem nawet co mam napisać. Opisałaś to po prostu świetnie. I to opowiadanie, jest odemienne ale to jest w nim cudowne!
Życzę masy weny.
Czekam na nn.
Pozdrawiam :)
W końcu jestem - wybacz, ale miałam dzisiaj od rana niezły zapierdziel i do tej pory w sumie mam jeszcze, teraz chociażby dla relaksu wleciałam do Ciebie na bloga by choć na chwilę zapomnieć o tej szarej codzienności:P
OdpowiedzUsuńŁóżka są dla frajerów xD
Ja ostatnio polubiłam spanie w samochodzie - nie pytaj xD <3
Rozdział super <3 Mnie się bardzo podobało, bardzo fajnie robisz przejścia między teraźniejszością a wspomnieniami Bena.
Przez Twoje pudełko po pizzy głodna się zrobiłam xD Michael słodziak, taki kochany wariat ;3
Czekam na nn <3
Pozdrawiam ciepło i weny życze <3