10/15/2015

You've Got A Friend In Me: Marzenia się spełniają




***

            Rozejrzawszy się po pokoju, mimowolnie się uśmiechnąłem. Wszystkie ściany były pokryte naszymi wspólnymi zdjęciami. Nic nie było w stanie nas złamać, ani zabić. Przyjaźń jest jak diament – prawdziwa i szczera, trwała i niezniszczalna. Każda, którą można skruszyć to jedynie tania fałszywka, podróbka stopiona z kłamstw i oszustw. Przekleństwo współczesnego świata. Gdzie nie spojrzeć fałsz i nienawiść, negatywne uczucia przybierają na sile. Jak trudno dziś o bezinteresowność, o bezgraniczną miłość i oddanie? Jak rzadka jest tolerancja i akceptacja w pokoleniu pseudoludzkości? Czy jest jeszcze dla niego jakakolwiek nadzieja? 
- Kochanie? - usłyszałem głos swojej żony - Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale może macie ochotę na szarlotkę? Jeszcze ciepła.
- Nic się nie stało. To moja żona, Diana. - uśmiechnąłem się i gestem ręki zaprosiłem kobietę do pomieszczenia. Blondynka wstała i podały sobie nawzajem ręce.
- Bardzo mi miło, pani Carter. - powiedziała dziewczyna.
- Mi również, panno...
- Madison. - odparła zakłopotana. - Madison Stewart.
- Proszę, mów mi po imieniu. Na „pani” trzeba mieć wygląd i pieniądze! - zaśmiała się moja żona. - To jak z tą szarlotką? Nie krępuj się, bo zapakuję ci ją na wynos.
- Z chęcią się poczęstuję, dziękuję. - odpowiedziała dziewczyna nieco swobodniej. 
- Nie ma za co, mów śmiało, jeśli masz ochotę coś zjeść lub pić. - przyglądałem się mojej żonie z coraz większym rozbawieniem. - Ben, jaki tutaj syf! Mój Boże, czy tobie nigdy nie zacznie przeszkadzać centymetrowa warstwa kurzu? Dziewczyna się przez ciebie pylicy nabawi! Mad, widzisz co ja z nim mam? - pokręciła głową i wyszła z gabinetu.
- Nie przejmuj się. - szepnąłem. - Jeszcze na nic nie zachorowałem, a swego czasu dużo tu przesiadywałem. - dziewczyna roześmiała się.
- Fakt, pylicy jeszcze się nie dorobił, ale nie wiem, czy te zaburzenia psychiczne powoduje kurz, czy genetyka, więc lepiej uważaj. – dodała, wracając po chwili z tacą. Na te słowa zrobiłem naburmuszoną minę i zacząłem udawać obrażonego. - No, poproszę o opinię.
- Przepyszna, poproszę przepis! - krzyknęła studentka.
- Co to, to nie, tajemnica! - zaprotestowała. - A ty co nic nie mówisz? - zwróciła się do mnie, na co ja próbowałem się powstrzymać się od śmiechu.
- Modlę się do Boga Wszechmogącego, aby unieszkodliwił truciznę, której dodałaś do tego ciasta. - starałem się zachować poważny ton, ale nie wychodziło mi to zbyt dobrze.
- Skarbie, na pół litra arszeniku to nawet Bóg nic nie poradzi! – z trudem przełknąłem kawałek deseru i wybuchnąłem donośnym śmiechem, a moje towarzyszki głośno mi zawtórowały. – No dobra, wracam do kuchni. Bawcie się dobrze, a ty – po raz kolejny wskazała na mnie – nie opowiadaj zbyt wielu niestworzonych historii. – to powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
- Koniec z oficjalną atmosferą, co? – zaśmiałem się. – Mów mi Ben, bardziej adekwatne do stanu mojego umysłu, niż „pan”.
- Okay, nie ma sprawy. Nie przejmuj się, ja też nie cierpię sprzątać i jeszcze nie zgniłam w brudzie, więc jest dobrze. – zachichotała. – No ale, wracając do tematu… Wasze spotkanie było zupełnym przypadkiem?
- Nic nie jest przypadkiem. – spoważniałem. – Wszystkim kieruje ktoś ponad nami, choć wydaje nam się, że jeśli coś nie wydarzy się na skutek naszego postępowania, jest zdarzeniem losowym. A przynajmniej ja tak uważam.
- Zatem, co było dalej? – zapytała z zaciekawieniem.
- Ciąg dalszy rozpoczętej historii…

***

            Czy to był sen, czy może jawa? W głowie miałem setki myśli, nie byłem zdolny do odbierania, bądź przyswajania żadnych bodźców. Czułem, jak gdybym wyszedł z własnego ciała i stanął obok. Powoli zaczynały docierać do mnie słowa wypowiedziane przez mężczyznę stojącego w drzwiach. Nagle Anna chwyciła mnie za rękę i poprowadziła mnie, wciąż oszołomionego, w kierunku wyjścia.
- Ben? – potrząsnęła mną. – Wszystko w porządku?
- Tak… - otrząsnąłem się. - Tak, jasne.
- Czyli to ty jesteś Benjamin? Bardzo chciałem cię poznać. – wyciągnął do mnie dłoń, którą niepewnie uścisnąłem. Nie zwróciłem nawet uwagi na jego ubiór, patrzyłem na niego z niedowierzaniem szeroko otwartymi oczyma.   – Wpadłem tu akurat i Annie sporo mi o tobie opowiadała.
- Miło mi, panie Jack… - zacząłem, lecz natychmiast mi przerwał.
- Michael, jestem Michael. – podkreślił. – Może pójdziemy gdzieś porozmawiać? – uśmiechnął się do mnie, a ja skinąłem głową.
- Mamy tu jedno, spokojne miejsce. Chodźcie. – powiedziała Anna, a my ruszyliśmy za nią. Nie docierało do mnie to, co działo się wokół mnie.
- Od jak dawna tańczysz? – zagadnął mężczyzna i w tym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę się wydarzyło. Szedł obok mnie gwiazdor, mój idol, moja inspiracja, bożyszcze milionów kobiet, a ja tak po prostu, jak gdyby był kimś zupełnie zwyczajnym dotrzymywałem mu kroku.
- Nie wierzę… - spojrzał na mnie pytająco. – Nie wierzę w to, że idzie obok mnie sam Michael Jackson, a ja jak ten idiota gapię się w podłogę! Mistrz, gwiazda… Ale dlaczego?
- „Dlaczego”? – zapytałam zdezorientowany.
- Dlaczego ktoś taki chce poznać sierotę? – zapytałem.
- Ktoś taki wciąż jest człowiekiem i widzi zło, widzi cierpienie, pragnie pomagać. – spojrzałem na niego, a on uśmiechnął się smutno. – Przykro mi…
- Dziękuję. – rzuciłem oschle, starając się zachować pokerową twarz. Miał wszystko. Miał rodzinę. Pieniądze. Sławę. Czego mogło mu brakować? Czego mógł chcieć od kogoś takiego jak ja?
- Chłopaki, jesteśmy na miejscu. – powiedziała entuzjastycznie. – Ben, to szansa dla ciebie, skarbie. – szepnęła mi do ucha. – Przyjdę po was za godzinę!
- Dobrze. Dziękujemy Anno. – odparł Michael, całując ją w policzek. – Więc? – powiedział, odwracając się do mnie – Od jak dawna tańczysz?
- Od dziecka. Mama zaraziła mnie tańcem. – wydukałem. – Michael? Wiesz, myślałem, że marzenia się nie spełniają. Byłem pewny, że całe życie spędzę przed telewizorem oglądając twoje występy i ucząc się tańczyć. A tymczasem ty stoisz naprzeciw mnie i ze mną rozmawiasz.
- Marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno w nie wierzyć. Swoją drogą, fajnie jest spełnić czyjeś marzenie. – uśmiechnął się, na co odpowiedziałem mu tym samym.
- Fajnie jest spotkać swojego idola. Kogoś, kogo podziwiasz od dziecka. – mruknąłem. – Kiedy jesteś nikim i nie masz nikogo, zapala ci się płomyk nadziei… - dodałem niemal bezgłośnie.
- Pokażesz mi, jak tańczysz? – spojrzałem na niego pytająco.
- Ja mam pokazać mistrzowi, jak tańczę? – pokiwał twierdząco głową, a ja patrzyłem na niego z niedowierzaniem.
- Anna mówiła mi, że świetnie tańczysz. Sam widziałem zaledwie fragment twojego popisu… Więc? – skinąłem tylko głową i odłączyłem słuchawki od kaseciaka, a z głośniczka popłynęła melodia z najnowszego albumu Michaela.
            Zrobiłem to samo, co zawsze. Myśli w mojej głowie ucichły, ciało popłynęło w rytm muzyki. Nie skupiałem się na ruchach, na technice. To przychodziło samo. Dawałem się porwać kolejnym taktom. Zapomniałem o tym, kto stał obok mnie i po prostu tańczyłem… I nawet nie zauważyłem, kiedy się do mnie dołączył.
- Niezła robota! – krzyknął, przybijając mi piątkę. – Usiądziemy?
- Pewnie. – na moich ustach zagościł uśmiech. – Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zatańczę obok ciebie.
- A cóż to ma niby być za zaszczyt? - spytał, nie oczekując odpowiedzi. - Właściwie, zjawiłem się tutaj bez powodu. – zaczął, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy. - Po prostu lubię odwiedzać domy dziecka. Uwielbiam bawić się z tymi dzieciakami i zafundować im choć odrobinę rozrywki. Lecz tym razem było nieco inaczej. Usłyszałem o tobie, poznałem twoją historię... I chcę ci pomóc, Ben. – wytłumaczył.
- Pomóc? – zapytałem tak, jak gdybym nigdy w życiu nie słyszał tego słowa.
- Świetnie się ruszasz, a ja szukam tancerzy. I nie chcę pozwolić na to, żebyś się tutaj marnował, dlatego, jeśli się zgodzisz, mogę cię stąd wyrwać. – powiedział na jednym oddechu, a ja powoli analizowałem znaczenie jego słów. Tak bardzo nienawidziłem tego miejsca, chciałem się z niego wydostać. Śniłem o karierze… A teraz naprawdę moje marzenia mogą się spełnić.
- Wyrwać? – prychnąłem. – Ale jak, chcesz mnie adoptować? – wybuchnęliśmy oboje śmiechem.
- Nie, adopcja nie wchodzi w grę, chyba, że bardzo chcesz. – zażartował. – A tak poważnie, o to nie musisz się martwić. Pieniądze zrobią swoje. Zabiorę cię stąd, jeśli tylko chcesz. – spojrzał na mnie troskliwie.
- Mówisz poważnie? – czułem, jak do oczu napływają mi łzy. – Jak ja ci się odwdzięczę?
- Nie potrzebuję zapłaty. Sama świadomość tego, że możesz komuś pomóc jest warta o wiele więcej niż miliony dolarów. – uśmiechnął się do mnie serdecznie. – To jak?
- Michael, mam do ciebie jeszcze jedno pytanie… - zacząłem.
- Słucham.
- Czy jest coś, czego brakuje ci w życiu? – zapytałem, na co skinął głową. – Co to takiego?
- Przyjaźń…

***

            Na samo wspomnienie tych słów poczułem ukłucie w sercu. Już wtedy wiedziałem, jak będę mógł mu się odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobił. Za to, że nauczył mnie tego jak żyć i jak kochać. Kochać, nie w znaczeniu miłości romantycznej, lecz braterskiej, przyjacielskiej. Po prostu byłem obok, bez względu na wszystko, a on nigdy, przenigdy mnie nie odtrącił.
- To smutne, że ludzie wciąż potrafią jedynie go oczerniać. – powiedziała Mad, zajadając się szarlotką.
- To prawda. Miał wielkie serce. Ale prawdopodobnie dzięki twojej książce, co niektórzy przestaną wierzyć w te wszystkie bzdury, prawda? – powiedziałem z uśmiechem.
- Mam taką nadzieję. Mam szczerą nadzieję, że właśnie tak będzie…

***

Witajcie!
Wiem, niezłe „po weekendzie”. Spokojnie, to tylko cztery dni!
Jak zwykle szkoła, przygotowania do konkursów i tak dalej, ale zmobilizowałam się wreszcie i udało mi się napisać dla Was rozdział, z którego jestem… raczej zadowolona. A szczególnie z zaprezentowania Wam Diany, która, wbrew pozorom, ma bardzo ciekawy charakterek, a także znaczącą rolę pełni we wspomnieniach naszego Benjamina. Więcej nie gadam. <3
Motyw przyjaźni jest w tym opowiadaniu bardzo ważny, ponieważ ściśle odnosi się do mnie i mojej siostry, najważniejszej dla mnie osoby. Oczywiście, nie zabraknie tu także wątków pobocznych, więc nie martwcie się! Jeszcze będzie ciekawie.
Właściwie nie jest to typowe fan-fiction, prawda? Nie chcę się skupiać ściśle wokół osoby Michaela jako gwiazdy, raczej przedstawić ważne dla mnie wartości. Jak Wam się to podoba?
„Don’t let go…” powinno pojawić się w weekend, więc wyczekujcie go, napastujcie pytaniami, czy już coś napisałam i tak dalej… Bo nieraz zwyczajnie marnuję czas. Zmęczenie? Chyba. Ale jak już zacznę pisać, nie mogę skończyć, a nikt się za mnie nie nauczy… Niestety.
Okay, na Waszych blogach pojawi się jeszcze dziś przed snem! Czytam wszystko na bieżąco, ale z tymi komentarzami różnie bywa. Przepraszam Was za to, zwyczajnie w wolnej chwili telefon odmawia mi posłuszeństwa.
Zapraszam do komentowania!
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę rychłego ocieplenia (mróz, nienawidzę mrozu!)!
Wasza Alex :)


P.S. A czy Wy macie takiego swojego Michaela jak Ben?

5 komentarzy:

  1. Heeejjj!
    No i wyszło szydło z worka. Jestem podekscytowana! Strasznie! To sie w moim rozumie ameby nie mieści.
    Wiedziałam, że Benek coś 'odwali', szkoła Jacksona się ujawnia. Żona, Diana ciekawa postać! Przyznam i ciekawie się co tam wykombinujesz z nią. Pogodna i radosna kobieta. Przyznam, że chichrałam się jak głupia, ale przypuszczam, że u Bena panuje jedynie 'nieład artystyczny', my kobiety powinnyśmy być czasem wyrozumiałe dla mężczyzn, sama przyznam, że do porządkowych osób nie należe, a mój pokój wygląda jak graciarnia i wszystko wszystkiego pełno. No, ale nie ważne. Rozmowa Michaela i Benia bardzo mi się spodobała i nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie!
    Widze, że wywiad nabiera rozpędu i oby tak dalej!
    Jestem ogromną fanką Twojej twórczościu Olu i każda notka doprowadza mnie do maksymalnego 'stanu cieszenia się' Uwielbiaaam!! ♥ Czekam z niecierpliwością na Don't Let Go i Na Benia. ♥ Trzymaj się! Weeenyy ♥, Marysia :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba jednak muszę urzyć tego słowa. Przepraszam.
    Dziewczyno do tego nie mam wątpliwości pisałaś , piszesz i będziesz pisać zajebiście :-D To jest pierwsze opowiadanie, które czytam i w którym główny wątek to przyjaźń. Z czego ogromnie się cieszę bo lubię nowe rzeczy.Notka jednym słowem świetna. Mimo, że mówisz że nie masz na nic czasu Twoje rozdziały są zawsze dopracowane od A do Z. Uwielbiam to w jaki sposób piszesz i moim zdaniem robisz to perfekcyjne. Z ogromną dokładnością. Nawet jakbym chciała doszukać się jakichkolwiek błędów to i tak ich nie znajdę. Porzycz trochę talentu! :-)
    Czekam strasznie, strasznie na Don't Let Go. Bo to moje ulubione :-)
    Pozdrawiam cieplutko <3
    Basia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co ja mogę napisać? Notka jest genialna, dopracowana i mimo braku czasu znów udowodniłaś jaki ogromny talent masz w pisaniu. Bardzo podoba mi się tu motyw przyjaźni. Czekam na następne dzieła i Pozdrawiam 😉

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się: motyw przyjaźni jest czymś mało spotykanym i świetnie się to czyta. Ogólnie to "pochłaniam" Twoje opo z taką lekkością, że nim się obejrzę już jest koniec xD
    Rozmowa z Mike świetna, ja bym pewnie nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku w takiej sytuacji xDDD <3
    Oczywiście też czekam z utęsknieniem na DLG , już nie mogę się doczekać co chodzi po Twojej cudownej główce i czym tym razem nas zaskoczysz :>
    Pozdrawiam i weny życzę <3

    OdpowiedzUsuń
  5. No powiem ci to opowiadanie coraz to bardziej mi się podoba. Na prawdę. Przyjaźń to coś bardzo, ale to bardzo ważnego. Ja nie wyobrażam sobie życia bez moich przyjaciół. I to opowiadanie jest niezwykłe na swój własny sposób. Rozmowa z Michaelem świetna.
    Życzę ci masy weny
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.