***
Rozejrzawszy
się po pokoju, mimowolnie się uśmiechnąłem. Wszystkie ściany były pokryte
naszymi wspólnymi zdjęciami. Nic nie było w stanie nas złamać, ani zabić.
Przyjaźń jest jak diament – prawdziwa i szczera, trwała i niezniszczalna.
Każda, którą można skruszyć to jedynie tania fałszywka, podróbka stopiona
z kłamstw i oszustw. Przekleństwo współczesnego świata. Gdzie nie spojrzeć
fałsz i nienawiść, negatywne uczucia przybierają na sile. Jak trudno dziś o
bezinteresowność, o bezgraniczną miłość i oddanie? Jak rzadka jest tolerancja i
akceptacja w pokoleniu pseudoludzkości? Czy jest jeszcze dla niego jakakolwiek
nadzieja?
- Kochanie? - usłyszałem głos swojej żony - Przepraszam, że
wam przeszkadzam, ale może macie ochotę na szarlotkę? Jeszcze ciepła.
- Nic się nie stało. To moja żona, Diana. - uśmiechnąłem się
i gestem ręki zaprosiłem kobietę do pomieszczenia. Blondynka wstała i podały
sobie nawzajem ręce.
- Bardzo mi miło, pani Carter. - powiedziała dziewczyna.
- Mi również, panno...
- Madison. - odparła zakłopotana. - Madison Stewart.
- Proszę, mów mi po imieniu. Na „pani” trzeba mieć wygląd i
pieniądze! - zaśmiała się moja żona. - To jak z tą szarlotką? Nie krępuj się,
bo zapakuję ci ją na wynos.
- Z chęcią się poczęstuję, dziękuję. - odpowiedziała
dziewczyna nieco swobodniej.
- Nie ma za co, mów śmiało, jeśli masz ochotę coś zjeść lub
pić. - przyglądałem się mojej żonie z coraz większym rozbawieniem. - Ben, jaki
tutaj syf! Mój Boże, czy tobie nigdy nie zacznie przeszkadzać centymetrowa
warstwa kurzu? Dziewczyna się przez ciebie pylicy nabawi! Mad, widzisz co ja z
nim mam? - pokręciła głową i wyszła z gabinetu.
- Nie przejmuj się. - szepnąłem. - Jeszcze na nic nie
zachorowałem, a swego czasu dużo tu przesiadywałem. - dziewczyna roześmiała
się.
- Fakt, pylicy jeszcze się nie dorobił, ale nie wiem, czy te
zaburzenia psychiczne powoduje kurz, czy genetyka, więc lepiej uważaj. –
dodała, wracając po chwili z tacą. Na te słowa zrobiłem naburmuszoną minę
i zacząłem udawać obrażonego. - No, poproszę o opinię.
- Przepyszna, poproszę przepis! - krzyknęła studentka.
- Co to, to nie, tajemnica! - zaprotestowała. - A ty co nic
nie mówisz? - zwróciła się do mnie, na co ja próbowałem się powstrzymać się od
śmiechu.
- Modlę się do Boga Wszechmogącego, aby
unieszkodliwił truciznę, której dodałaś do tego ciasta. - starałem się
zachować poważny ton, ale nie wychodziło mi to zbyt dobrze.
- Skarbie, na pół litra arszeniku to nawet Bóg nic nie
poradzi! – z trudem przełknąłem kawałek deseru i wybuchnąłem donośnym śmiechem,
a moje towarzyszki głośno mi zawtórowały. – No dobra, wracam do kuchni. Bawcie
się dobrze, a ty – po raz kolejny wskazała na mnie – nie opowiadaj zbyt wielu
niestworzonych historii. – to powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i wyszła,
zamykając za sobą drzwi.
- Koniec z oficjalną atmosferą, co? – zaśmiałem się. – Mów
mi Ben, bardziej adekwatne do stanu mojego umysłu, niż „pan”.
- Okay, nie ma sprawy. Nie przejmuj się, ja też nie cierpię
sprzątać i jeszcze nie zgniłam w brudzie, więc jest dobrze. – zachichotała. –
No ale, wracając do tematu… Wasze spotkanie było zupełnym przypadkiem?
- Nic nie jest przypadkiem. – spoważniałem. – Wszystkim
kieruje ktoś ponad nami, choć wydaje nam się, że jeśli coś nie wydarzy się na
skutek naszego postępowania, jest zdarzeniem losowym. A przynajmniej ja tak
uważam.
- Zatem, co było dalej? – zapytała z zaciekawieniem.
- Ciąg dalszy rozpoczętej historii…
***
Czy
to był sen, czy może jawa? W głowie miałem setki myśli, nie byłem zdolny do
odbierania, bądź przyswajania żadnych bodźców. Czułem, jak gdybym wyszedł z
własnego ciała i stanął obok. Powoli zaczynały docierać do mnie słowa
wypowiedziane przez mężczyznę stojącego w drzwiach. Nagle Anna chwyciła mnie za
rękę i poprowadziła mnie, wciąż oszołomionego, w kierunku wyjścia.
- Ben? – potrząsnęła mną. – Wszystko w
porządku?
- Tak… - otrząsnąłem się. - Tak, jasne.
- Czyli to ty jesteś Benjamin? Bardzo
chciałem cię poznać. – wyciągnął do mnie dłoń, którą niepewnie uścisnąłem. Nie
zwróciłem nawet uwagi na jego ubiór, patrzyłem na niego z niedowierzaniem
szeroko otwartymi oczyma. – Wpadłem tu akurat i Annie sporo mi o tobie
opowiadała.
- Miło mi, panie Jack… - zacząłem, lecz
natychmiast mi przerwał.
- Michael, jestem Michael. –
podkreślił. – Może pójdziemy gdzieś porozmawiać? – uśmiechnął się do mnie, a ja
skinąłem głową.
- Mamy tu jedno, spokojne miejsce.
Chodźcie. – powiedziała Anna, a my ruszyliśmy za nią. Nie docierało do mnie to,
co działo się wokół mnie.
- Od jak dawna tańczysz? – zagadnął
mężczyzna i w tym momencie uświadomiłem sobie, co tak naprawdę się wydarzyło.
Szedł obok mnie gwiazdor, mój idol, moja inspiracja, bożyszcze milionów kobiet,
a ja tak po prostu, jak gdyby był kimś zupełnie zwyczajnym dotrzymywałem mu
kroku.
- Nie wierzę… - spojrzał na mnie
pytająco. – Nie wierzę w to, że idzie obok mnie sam Michael Jackson, a ja jak
ten idiota gapię się w podłogę! Mistrz, gwiazda… Ale dlaczego?
- „Dlaczego”? – zapytałam
zdezorientowany.
- Dlaczego ktoś taki chce poznać
sierotę? – zapytałem.
- Ktoś taki wciąż jest człowiekiem i
widzi zło, widzi cierpienie, pragnie pomagać. – spojrzałem na niego, a on
uśmiechnął się smutno. – Przykro mi…
- Dziękuję. – rzuciłem oschle, starając
się zachować pokerową twarz. Miał wszystko. Miał rodzinę. Pieniądze. Sławę.
Czego mogło mu brakować? Czego mógł chcieć od kogoś takiego jak ja?
- Chłopaki, jesteśmy na miejscu. –
powiedziała entuzjastycznie. – Ben, to szansa dla ciebie, skarbie. – szepnęła mi
do ucha. – Przyjdę po was za godzinę!
- Dobrze. Dziękujemy Anno. – odparł Michael,
całując ją w policzek. – Więc? – powiedział, odwracając się do mnie – Od jak
dawna tańczysz?
- Od dziecka. Mama zaraziła mnie
tańcem. – wydukałem. – Michael? Wiesz, myślałem, że marzenia się nie spełniają. Byłem
pewny, że całe życie spędzę przed telewizorem oglądając twoje występy i ucząc
się tańczyć. A tymczasem ty stoisz naprzeciw mnie i ze mną rozmawiasz.
- Marzenia się spełniają. Trzeba tylko
mocno w nie wierzyć. Swoją drogą, fajnie jest spełnić czyjeś marzenie. –
uśmiechnął się, na co odpowiedziałem mu tym samym.
- Fajnie jest spotkać swojego idola. Kogoś,
kogo podziwiasz od dziecka. – mruknąłem. – Kiedy jesteś nikim i nie masz
nikogo, zapala ci się płomyk nadziei… - dodałem niemal bezgłośnie.
- Pokażesz mi, jak tańczysz? –
spojrzałem na niego pytająco.
- Ja mam pokazać mistrzowi, jak tańczę?
– pokiwał twierdząco głową, a ja patrzyłem na niego z niedowierzaniem.
- Anna mówiła mi, że świetnie tańczysz.
Sam widziałem zaledwie fragment twojego popisu… Więc? – skinąłem tylko głową i
odłączyłem słuchawki od kaseciaka, a z głośniczka popłynęła melodia z najnowszego
albumu Michaela.
Zrobiłem
to samo, co zawsze. Myśli w mojej głowie ucichły, ciało popłynęło w rytm muzyki.
Nie skupiałem się na ruchach, na technice. To przychodziło samo. Dawałem się
porwać kolejnym taktom. Zapomniałem o tym, kto stał obok mnie i po prostu
tańczyłem… I nawet nie zauważyłem, kiedy się do mnie dołączył.
- Niezła robota! – krzyknął,
przybijając mi piątkę. – Usiądziemy?
- Pewnie. – na moich ustach zagościł
uśmiech. – Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zatańczę obok ciebie.
- A cóż to ma niby być za zaszczyt? - spytał, nie oczekując odpowiedzi. - Właściwie, zjawiłem się tutaj bez
powodu. – zaczął, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy. - Po prostu lubię
odwiedzać domy dziecka. Uwielbiam bawić się z tymi dzieciakami i zafundować im choć odrobinę rozrywki. Lecz tym razem było nieco inaczej. Usłyszałem o tobie,
poznałem twoją historię... I chcę ci pomóc, Ben. – wytłumaczył.
- Pomóc? – zapytałem tak, jak gdybym
nigdy w życiu nie słyszał tego słowa.
- Świetnie się ruszasz, a ja szukam
tancerzy. I nie chcę pozwolić na to, żebyś się tutaj marnował, dlatego, jeśli
się zgodzisz, mogę cię stąd wyrwać. – powiedział na jednym oddechu, a ja powoli
analizowałem znaczenie jego słów. Tak bardzo nienawidziłem tego miejsca, chciałem
się z niego wydostać. Śniłem o karierze… A teraz naprawdę moje marzenia mogą
się spełnić.
- Wyrwać? – prychnąłem. – Ale jak,
chcesz mnie adoptować? – wybuchnęliśmy oboje śmiechem.
- Nie, adopcja nie wchodzi w grę,
chyba, że bardzo chcesz. – zażartował. – A tak poważnie, o to nie musisz się martwić.
Pieniądze zrobią swoje. Zabiorę cię stąd, jeśli tylko chcesz. – spojrzał na
mnie troskliwie.
- Mówisz poważnie? – czułem, jak do
oczu napływają mi łzy. – Jak ja ci się odwdzięczę?
- Nie potrzebuję zapłaty. Sama
świadomość tego, że możesz komuś pomóc jest warta o wiele więcej niż miliony
dolarów. – uśmiechnął się do mnie serdecznie. – To jak?
- Michael, mam do ciebie jeszcze jedno
pytanie… - zacząłem.
- Słucham.
- Czy jest coś, czego brakuje ci w
życiu? – zapytałem, na co skinął głową. – Co to takiego?
- Przyjaźń…
***
Na samo wspomnienie
tych słów poczułem ukłucie w sercu. Już wtedy wiedziałem, jak będę mógł mu się
odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobił. Za to, że nauczył mnie tego jak
żyć i jak kochać. Kochać, nie w znaczeniu miłości romantycznej, lecz
braterskiej, przyjacielskiej. Po prostu byłem obok, bez względu na wszystko, a
on nigdy, przenigdy mnie nie odtrącił.
- To smutne, że ludzie wciąż potrafią jedynie go oczerniać. –
powiedziała Mad, zajadając się szarlotką.
- To prawda. Miał wielkie serce. Ale prawdopodobnie dzięki
twojej książce, co niektórzy przestaną wierzyć w te wszystkie bzdury, prawda? –
powiedziałem z uśmiechem.
- Mam taką nadzieję. Mam szczerą nadzieję, że właśnie tak
będzie…
***
Witajcie!
Wiem, niezłe „po weekendzie”. Spokojnie, to tylko cztery
dni!
Jak zwykle szkoła, przygotowania do konkursów i tak dalej,
ale zmobilizowałam się wreszcie i udało mi się napisać dla Was rozdział, z
którego jestem… raczej zadowolona. A szczególnie z zaprezentowania Wam Diany, która, wbrew pozorom, ma bardzo ciekawy charakterek, a także znaczącą rolę pełni we wspomnieniach naszego Benjamina. Więcej nie gadam. <3
Motyw przyjaźni jest w tym opowiadaniu bardzo ważny,
ponieważ ściśle odnosi się do mnie i mojej siostry, najważniejszej dla mnie
osoby. Oczywiście, nie zabraknie tu także wątków pobocznych, więc nie martwcie
się! Jeszcze będzie ciekawie.
Właściwie nie jest to typowe fan-fiction, prawda? Nie chcę
się skupiać ściśle wokół osoby Michaela jako gwiazdy, raczej przedstawić ważne
dla mnie wartości. Jak Wam się to podoba?
„Don’t let go…” powinno pojawić się w weekend, więc
wyczekujcie go, napastujcie pytaniami, czy już coś napisałam i tak dalej… Bo
nieraz zwyczajnie marnuję czas. Zmęczenie? Chyba. Ale jak już zacznę pisać, nie
mogę skończyć, a nikt się za mnie nie nauczy… Niestety.
Okay, na Waszych blogach pojawi się jeszcze dziś przed snem!
Czytam wszystko na bieżąco, ale z tymi komentarzami różnie bywa. Przepraszam
Was za to, zwyczajnie w wolnej chwili telefon odmawia mi posłuszeństwa.
Zapraszam do komentowania!
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę rychłego ocieplenia (mróz,
nienawidzę mrozu!)!
Wasza Alex :)
P.S. A czy Wy macie takiego swojego Michaela jak Ben?
Heeejjj!
OdpowiedzUsuńNo i wyszło szydło z worka. Jestem podekscytowana! Strasznie! To sie w moim rozumie ameby nie mieści.
Wiedziałam, że Benek coś 'odwali', szkoła Jacksona się ujawnia. Żona, Diana ciekawa postać! Przyznam i ciekawie się co tam wykombinujesz z nią. Pogodna i radosna kobieta. Przyznam, że chichrałam się jak głupia, ale przypuszczam, że u Bena panuje jedynie 'nieład artystyczny', my kobiety powinnyśmy być czasem wyrozumiałe dla mężczyzn, sama przyznam, że do porządkowych osób nie należe, a mój pokój wygląda jak graciarnia i wszystko wszystkiego pełno. No, ale nie ważne. Rozmowa Michaela i Benia bardzo mi się spodobała i nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie!
Widze, że wywiad nabiera rozpędu i oby tak dalej!
Jestem ogromną fanką Twojej twórczościu Olu i każda notka doprowadza mnie do maksymalnego 'stanu cieszenia się' Uwielbiaaam!! ♥ Czekam z niecierpliwością na Don't Let Go i Na Benia. ♥ Trzymaj się! Weeenyy ♥, Marysia :*
Chyba jednak muszę urzyć tego słowa. Przepraszam.
OdpowiedzUsuńDziewczyno do tego nie mam wątpliwości pisałaś , piszesz i będziesz pisać zajebiście :-D To jest pierwsze opowiadanie, które czytam i w którym główny wątek to przyjaźń. Z czego ogromnie się cieszę bo lubię nowe rzeczy.Notka jednym słowem świetna. Mimo, że mówisz że nie masz na nic czasu Twoje rozdziały są zawsze dopracowane od A do Z. Uwielbiam to w jaki sposób piszesz i moim zdaniem robisz to perfekcyjne. Z ogromną dokładnością. Nawet jakbym chciała doszukać się jakichkolwiek błędów to i tak ich nie znajdę. Porzycz trochę talentu! :-)
Czekam strasznie, strasznie na Don't Let Go. Bo to moje ulubione :-)
Pozdrawiam cieplutko <3
Basia.
Co ja mogę napisać? Notka jest genialna, dopracowana i mimo braku czasu znów udowodniłaś jaki ogromny talent masz w pisaniu. Bardzo podoba mi się tu motyw przyjaźni. Czekam na następne dzieła i Pozdrawiam 😉
OdpowiedzUsuńZgadzam się: motyw przyjaźni jest czymś mało spotykanym i świetnie się to czyta. Ogólnie to "pochłaniam" Twoje opo z taką lekkością, że nim się obejrzę już jest koniec xD
OdpowiedzUsuńRozmowa z Mike świetna, ja bym pewnie nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku w takiej sytuacji xDDD <3
Oczywiście też czekam z utęsknieniem na DLG , już nie mogę się doczekać co chodzi po Twojej cudownej główce i czym tym razem nas zaskoczysz :>
Pozdrawiam i weny życzę <3
No powiem ci to opowiadanie coraz to bardziej mi się podoba. Na prawdę. Przyjaźń to coś bardzo, ale to bardzo ważnego. Ja nie wyobrażam sobie życia bez moich przyjaciół. I to opowiadanie jest niezwykłe na swój własny sposób. Rozmowa z Michaelem świetna.
OdpowiedzUsuńŻyczę ci masy weny
Pozdrawiam