No cóż, chociaż tytuł pasuje do treści :)
***
Mimo późnej pory, wciąż
bezcelowo przemierzałem w tę i z powrotem korytarze szpitalnego oddziału. Nie
potrafiłem znaleźć sobie miejsca ani zebrać myśli. Nie mogłem być pewny chwili,
nie mogłem być pewny niczego. Wszystko mogło się wydarzyć i w każdym momencie
mogłem ją stracić. Stabilny grunt usunął mi się spod stóp. Dlaczego
szczęście jest tak ulotne? Dlaczego niektórzy po prostu je mają, a inni muszą
na nie pracować całe życie? Tak trudno jest zyskać, a tak łatwo stracić. Często
nie doceniamy tego, co mamy – przecież jest i należy do nas, nie może tak nagle
zniknąć. Dlatego niejednokrotnie nie potrafimy pogodzić się z nagłą utratą
osoby lub rzeczy nam bliskiej. Usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie w celu
odpędzenia złych myśli postanowiłem udać się w nieznane mi wcześniej miejsce.
Miejsce, do którego tak bardzo chciała mnie zabrać moja różyczka. Do świątyni.
Zatrzymałem się o krok przed
masywnymi drzwiami i wziąłem głęboki oddech. Wrota przypominały te, które
prowadziły do mieszkania Rosy. Były bogato zdobione, niemal w całości pokryte
złoconymi płaskorzeźbami ukazującymi wizerunki postaci biblijnych. Po chwili
wahania złapałem klamkę i powoli uchyliłem ciężkie drzwi. Jeszcze nigdy nie
zdarzyło mi się przekroczyć progu katolickiej świątyni. Wślizgnąłem się do
środka i zauważyłem, że nie ma tu nikogo oprócz mnie. Kaplica, mimo swoich
niewielkich rozmiarów, sprawiała wrażenie przestronnej, a wystawnie dekorowane
wnętrze nadawało pomieszczeniu specyficzny charakter, natomiast proste elementy
wystroju, takie jak zwykłe, drewniane ławki, dopełniały kolorowe witraże
zamontowane na białych ścianach. Panowała tu zupełna cisza, atmosfera zdawała
się być ciężka, podniosła. Nie wiedząc, jak zachować się w obcym miejscu,
jeszcze raz rozejrzałem się wokoło, dostrzegając ustawiony na wprost ołtarza
klęcznik. Niepewnym krokiem podszedłem do niego, a gdy byłem tuż obok, kolana
same mi się ugięły. Opadłem bezsilnie na wyściełany aksamitem podnóżek i
rozpłakałem się jak dziecko.
- Panie… -
szeptałem, szlochając. – Nie odbieraj mi jej. Nie odbieraj dzieciom matki.
Proszę… - wydukałem z trudem. – Pomóż mi odnaleźć się na tej drodze. Pomóż mi
odszukać drogowskazów serca, bo zabłądziłem. Bo moje serce teraz nie jest w
stanie mi pomóc. Co mogę zrobić, żeby odkupić każde przewinienie? Wierzę, chcę
wierzyć. Tylko nie wiem jak. Proszę, pomóż mi. I pomóż mojej różyczce. Daj jej
siłę do walki. Ona teraz cię potrzebuje, Boże… - nie potrafiłem wydusić z
siebie ani słowa więcej. Łzy przestały płynąć, odczułem ulgę. Ulgę z
wypowiedzenia zupełnie nieskładnej i chaotycznej modlitwy. Lecz dla Niego
przecież nie liczą się słowa, nie zwraca na nie uwagi. On potrafi czytać z
wnętrza naszych dusz. Czytać to, czego nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć na
głos.
Uspokoiwszy się nieco, już
miałem wstać i udać się w kierunku wyjścia, gdy nagle usłyszałem szelest. Po
zlokalizowaniu źródła dźwięku, obróciłem się, uświadamiając sobie, że nie
jestem tutaj sam. W ławce klęczała pogrążona w modlitwie Amanda. Nie zwlekając
ani chwili, podniosłem się z miejsca i dołączyłem do znajomej.
- Nie
wiedziałam, że jesteś katolikiem. – szepnęła do mnie.
- Czy muszę być
katolikiem, żeby przyjść do kaplicy? Ważne jest to, co mamy w sercu, jak bardzo
kochamy Boga, a nie w jaki sposób. – odpowiedziałem, przytaczając usłyszane
dość niedawno od Rosy słowa.
- Dziewczyno, ty
wszystkim te mądrości wpajasz? – zażartowała.
- A ty? Nie
wiedziałem, że jesteś wierząca. – zapytałem ze zdumieniem.
- Bo nie jestem,
nigdy nie byłam i nie będę. – uśmiechnęła się. – Uprzedzam pytanie: Co więc
tutaj robię? Modlę się. Dlaczego, skoro nie wierzę? Robię to w imieniu Rosy, bo
ona nie może tego sama zrobić, a dobrze wiem, że właśnie to by zrobiła.
Modliłaby się. Nie chcę nic dla siebie, przekazuję jej Bogu jedynie to, co ona
miałaby mu do powiedzenia. – nie wiedziałem, co odpowiedzieć, a ona chyba to
wyczuła. – Wiem, dziwne. Ale lepszy taki kurier, niż żaden, prawda?
- Prawda. –
przytaknąłem.
- Michael? –
mruknęła z troską. – Trzymasz się, prawda? – poczułem, jak moje oczy robią się
wilgotne. – Musisz, dla siebie i dla dzieci. Musisz wierzyć, że będzie dobrze.
To silna dziewczyna. Da sobie radę ze wszystkim. Zawsze dawała sobie radę.
Zobaczysz, będziecie jeszcze mieli gromadkę małych Jacksonów. – zaśmiała się,
poklepując mnie po ramieniu, na co uśmiechnąłem się smutno.
- Nigdy nie
straciłaś w nic wiary? – spytałem.
- Owszem,
straciłam, ale nigdy w nią. Wiem, co mówię. To tylko próba, rozumiesz? Ona
wyzdrowieje. Musi, bo jeśli nie… - po jej policzku spłynęła łza, choć wciąż
trwała w uśmiechu. – Jeśli nie, to ukręcę jej łeb. – dokończyła drżącym głosem.
***
- Cholera,
potrzebujemy tej krwi! – idąc korytarzem, usłyszałem krzyk dobiegający z
gabinetu.
- Obdzwoniliśmy
wszystkie szpitale i banki, nigdzie nie mają. – odpowiedział damski głos.
- Trzeba zatem
poszukać dawcy w trybie natychmiastowym. – odparł mężczyzna.
- Gdzie chcesz
znaleźć dawcę w środku nocy? – zapytała kobieta.
- A gówno mnie
to obchodzi, musimy go wykopać chociażby spod ziemi! – wrzasnął doktor.
Zaintrygowany wymianą zdań, postanowiłem dowiedzieć się, co się dzieje.
- Przepraszam? –
uchyliłem drzwi i wsunąłem się do środka. – Można?
- Oczywiście
panie Jackson, w sprawie przyjaciółki? – spytała lekarka.
- Tak… I nie.
Właściwie usłyszałem coś o potrzebie znalezienia krwi dla któregoś z pacjentów.
Może mógłbym pomóc? – powiedziałem, na co lekarz uśmiechnął się pobłażliwie.
- Kupić, to
raczej pan nie kupi dawcy, ani krwi. Ale dziękujemy za chęci. – spojrzałem na
niego z wyrzutem. Dlaczego ludzie myślą, że ktoś znany nie może zrobić nic poza sponsorowaniem?
- Nie o tym
mówię. Chciałem zapytać o możliwość zostania dawcą. – odrzekłem spokojnie.
- Jeśli pańska
grupa krwi to AB Rh-, może się jej pan przydać. – bąknął doktor. – Swoją drogą,
dziewczyna i tak miała sporo szczęścia. – spojrzałem na niego pytająco, lecz po
chwili zacząłem łączyć ze sobą fakty. - Rosa jest bohaterką.
- A jeśli to
jest moja grupa krwi? – zapytałem.
- Proszę nie…
Mówi pan poważnie, panie Jackson? – zerknął na mnie zdziwiony.
- Śmiertelnie
poważnie. No więc?
- Zapraszam na
badania…
***
Cudownie jest móc pomagać innym.
Daje to nam, a przynajmniej powinno dawać, swoistą satysfakcję i uczucie bycia
potrzebnym. Dla mnie było to coś niezwykłego. Gdybym nie miał dla kogo żyć i
komu pomagać, straciłbym sens swojego życia. Tego dnia zmieniłem swoje
dotychczasowe obyczaje i zasady. Zrobiłem coś, co do tej pory, zgodnie z
nakazami wiary, w której się wychowywałem było czynem wręcz karygodnym. Jednak
teraz rozumiem, że każda pomoc w słusznym celu będzie chwalona. A przyczynienie
się do uratowania życia drugiej osobie na pewno takim celem jest.
Zmęczony, ale w nieco lepszym
nastroju i z tchnieniem wiary dotyczącym zdrowia Rosy, wracałem do domu.
Miejsca pełnego spokoju, ale też radości. Miejsca, w którym jeszcze niedawno
byliśmy tacy szczęśliwi.
Przekraczając jego próg, nie
myślałem nawet o odpoczynku. Poszedłem prosto do pokoi dzieci, kwintesencji
mojego życia.
- Tata! –
wykrzyknęli Prince i Paris, rzucając mi się na szyję. – Jak czuje się mama? –
zapytali z troską.
- Dzieci, muszę
wam coś wyjaśnić. Mama jest w śpiączce, czyli śpi tak twardo, że nie można jej
obudzić, rozumiecie? I to jest bardzo poważne i niebezpieczne. Dlatego musimy
być dobrej myśli, że niedługo się wybudzi. – ucałowałem oboje w czoło, widząc
zatroskane miny na ich twarzyczkach.
- Będziemy się modlić.
Ale będzie dobrze? – szepnęła moja córeczka.
- Mam taką
nadzieję. A gdzie Bee? – spytałem z niepokojem.
- Chyba śpi. –
odpowiedział chłopiec.
- Pójdę do niej,
dobrze? Kocham Was. – przytuliłem dwójkę do siebie. – Bardzo.
- My ciebie też.
***
Ostrożnie
uchyliłem drzwi do pokoiku, lecz ku mojemu zdziwieniu dziewczynka wcale nie
spała, lecz siedziała przy biurku usilnie próbując naostrzyć ołówek.
- Co jest
kochanie? – spojrzałem na nią zmartwiony. – Daj, pomogę ci.
- Głupia kredka!
– krzyknęła ze łzami w oczach. – Głupia!
- Spokojnie Bee,
pszczółko, chodź do mnie. – wziąłem ją na ręce i otuliłem ramionami. – Nie
płacz…
- Ja chcę do
mamy! – wrzasnęła mi prosto do ucha.
- Skarbie, teraz
nie możesz. Mama zasnęła tak mocno, że nie można jej obudzić, wiesz? Musimy
zaczekać aż wyzdrowieje. – Bianca jeszcze głośniej zaniosła się płaczem.
Ukradkiem spojrzałem na jej rysunek. Cały był w odcieniach czerni i szarości,
przedstawiał Rosę podpiętą do tych wszystkich kabli i kroplówek, z podpisem:
„Mamusiu, nie idź do aniołków.” – Mamusia nie pójdzie do aniołków, obiecuję.
- Obiecujesz? –
zapytałam nieufnie.
- Obiecuję,
córeczko. Pan Bóg na pewno jej pomoże. Kocham cię. – szepnąłem jej do ucha.
- Ja też cię
kocham, tatusiu.
***
Dobry wieczór!
Znów małe
spóźnienie. Wybaczycie, prawda?
Dziś nie będę się
rozpisywać, ale postaram odezwać się jutro, bo *tym tym tym* nadszedł wielkie
dzień ściągnięcia gipsu!
Oceniajcie,
komentujcie!
Wreszcie ‘Don’t
Let Go…’, co? Przy okazji, rysunek jest kolejnym dziełem Dominiki, za co bardzo
dziękuję.
Dobranoc Wam!
Alex <3


No i jest w końcu <333
OdpowiedzUsuńTyle się naczekać musiałam na ten rozdział - ale było warto ;3
Świetnie opisana scena w kościele, ogólnie opis przeżyć wewnętrznych Michaela, tego bólu i niepewności - jak dla mnie bomba. Jak już człowiek się zaczyta i wczuje to oderwać się nie można :D
Szkoda mi dzieci... Nie wiedzą co się dzieje, martwią się i cierpią. Mam nadzieje, że Rosa niedługo wyzdrowieje i będą wszyscy razem szczęśliwi <333
Czekam z niecierpliwością na nn <3
Pozdrawiam i weny życzę:)
Hejka ♥
OdpowiedzUsuńNotka wyszła Ci cudownie, jak zwykle dobrałaś to tak genialnie w słowa, że przez całą notke miałam ciarki.
Michael mimo wewnętrznego bólu dobrze sobie z tym radzi, nie płacze nad rozlanym mlekiem, jest pełen nadziei. Zawsze jego samopoczucie wpływa też na dzieci, on bez zbędnych szczegółów wyjaśnił im wszystko nie robiąc z tego szopki i dramaturgi. Biance rozumiem, przez całe swoje życie miała swoją mamusie i teraz gdy jej 'nie ma' - cierpi. Michael ma ciężkie zadanie, ale jest bardzo silny i podoła zadaniu.
Pięknie opisana scena w kaplicy. Jak zwykle jestem pod ogromnym wrażeniem *.*.
Cudny rysunek! :* Strasznie takie dodatki pomagają się wczuć.
Czekam z niecierpliwością na następną notkę. Życzeee masy weny! Pozdrawiam cieplutko, Marysia :*
EDIT [piaf] XD
OdpowiedzUsuńZapomniałam wspomnieć o cudownym i szlachetnym czynie Majkulka. Musiał stawić czoło swoim dotychczasowym poglądom na temat oddawania krwi.
"Gdybym nie miał dla kogo żyć i komu pomagać, straciłbym sens swojego życia. " <3
Ps; Piosenka jest cudowna :* Uwielbiam ją.
Hejka <3
OdpowiedzUsuńWidzę, że nie tylko ja nie mogę pisać przez kontuzję ręki.. Ale dobrze, że już Ci ten gips zdejmują.
Nie spodziewałam się takiego czynu po Michaelu, ale gdy to zrobili to takie *Wow*
Mam nadzieję, że Rosa szybko się wybudzi :)
Pozdrawiam
Karolina
Hejka :)
OdpowiedzUsuńNa początku muszę ci podziękować za zmarnowane pudełko chusteczek :')
Świetny rozdział nic dodać nic ująć, mega uczuciowy. Dawno tak nie ryczałam. Zawsze przeżywam jak ktoś umiera w opowiadaniach. Z jednej strony to dziwne a z drugiej wiem wtedy że tekst jest dobrze napisany. Jeszcze ten gif to była taka podjara bo mam taki sam na blogu i to było takie "łiii" przez łzy :'D
Życzę weny i czekam na kontynuację :*
Z małym opóźnieniem, ale jestem. Wczoraj tak mi się spać chciało, że nie dałam rady przeczytać. No po co ja mam mówić, że rozdział JAK ZWYKLE ŚWIETNY prawda? Wiesz o tym? Jak tak to bardzo dobrze :-D Strasznie czekałam na tą część, bo to moje ulubione opo na Twoim blogu, co nie znaczy że drugiego nie lubię. Boże teraz ja się pomodlę żeby Rosa wyzdrowiała, może coś pomoże.
OdpowiedzUsuńŻyczę miłego dnia i dużo weny.
Pozdrawiam <3 <3 <3
Basia.
Jak ja czekałam na to opowiadanie! Kocham je! Jest cudowne!
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam wczoraj, ale kometuję dziś. Co ja ci mam mówić no...rozdział cudowny. Zawsze nie ważne jaka jest treść wywołujesz tyle emocji u mnie, że raz się śmieje a po chwili ryczę. Jak ty to robisz. Rozdział cudowny. Mam nadzieję, że Rosie szybko się wybudzi.
Co do rysunku. Jest cudowny. Bardzo mi się podobał :)
Pozdrawiam
Nareszcie mam czas ponadrabiać zaległości. Od kiedy zaczął się rok szkolny nie mam czasu na pisanie, a nawet na czytanie waszych opowiadań. Nareszcie się to wszystko uspokoiło, więc jestem. Co mogę napisać? Wszystko co powypisywali powyżej jest prawdą. Rozdział jest magiczny, cudowny i również sama na niego ogromnie czekałam. No i gratuluję z powodu ściągnięcia gipsu. No trochę spóźnione, ale szczere. Pozdrawiam i dużo weny ♥
OdpowiedzUsuńNo witam, witam ! Dawno mnie nie było, przepraszam :)
OdpowiedzUsuńNareszcie wróciła kolejna część mojego ulubionego opowiadania. Brak mi słów. Pięknie to napisałaś i trochę pociekły mi łzy :) Mam nadzieję, że z Rosą będzie dobrze. Musi! No cóż, czekam na następną! Dużo weny, pozdrawiam <3