10/20/2015

Don't Let Go Of My Hand: Honorowy dawca krwi

No cóż, chociaż tytuł pasuje do treści :)

***

                Mimo późnej pory, wciąż bezcelowo przemierzałem w tę i z powrotem korytarze szpitalnego oddziału. Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca ani zebrać myśli. Nie mogłem być pewny chwili, nie mogłem być pewny niczego. Wszystko mogło się wydarzyć i w każdym momencie mogłem ją stracić. Stabilny grunt usunął mi się spod stóp. Dlaczego szczęście jest tak ulotne? Dlaczego niektórzy po prostu je mają, a inni muszą na nie pracować całe życie? Tak trudno jest zyskać, a tak łatwo stracić. Często nie doceniamy tego, co mamy – przecież jest i należy do nas, nie może tak nagle zniknąć. Dlatego niejednokrotnie nie potrafimy pogodzić się z nagłą utratą osoby lub rzeczy nam bliskiej. Usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie w celu odpędzenia złych myśli postanowiłem udać się w nieznane mi wcześniej miejsce. Miejsce, do którego tak bardzo chciała mnie zabrać moja różyczka. Do świątyni.
                Zatrzymałem się o krok przed masywnymi drzwiami i wziąłem głęboki oddech. Wrota przypominały te, które prowadziły do mieszkania Rosy. Były bogato zdobione, niemal w całości pokryte złoconymi płaskorzeźbami ukazującymi wizerunki postaci biblijnych. Po chwili wahania złapałem klamkę i powoli uchyliłem ciężkie drzwi. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się przekroczyć progu katolickiej świątyni. Wślizgnąłem się do środka i zauważyłem, że nie ma tu nikogo oprócz mnie. Kaplica, mimo swoich niewielkich rozmiarów, sprawiała wrażenie przestronnej, a wystawnie dekorowane wnętrze nadawało pomieszczeniu specyficzny charakter, natomiast proste elementy wystroju, takie jak zwykłe, drewniane ławki, dopełniały kolorowe witraże zamontowane na białych ścianach. Panowała tu zupełna cisza, atmosfera zdawała się być ciężka, podniosła. Nie wiedząc, jak zachować się w obcym miejscu, jeszcze raz rozejrzałem się wokoło, dostrzegając ustawiony na wprost ołtarza klęcznik. Niepewnym krokiem podszedłem do niego, a gdy byłem tuż obok, kolana same mi się ugięły. Opadłem bezsilnie na wyściełany aksamitem podnóżek i rozpłakałem się jak dziecko.
- Panie… - szeptałem, szlochając. – Nie odbieraj mi jej. Nie odbieraj dzieciom matki. Proszę… - wydukałem z trudem. – Pomóż mi odnaleźć się na tej drodze. Pomóż mi odszukać drogowskazów serca, bo zabłądziłem. Bo moje serce teraz nie jest w stanie mi pomóc. Co mogę zrobić, żeby odkupić każde przewinienie? Wierzę, chcę wierzyć. Tylko nie wiem jak. Proszę, pomóż mi. I pomóż mojej różyczce. Daj jej siłę do walki. Ona teraz cię potrzebuje, Boże… - nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa więcej. Łzy przestały płynąć, odczułem ulgę. Ulgę z wypowiedzenia zupełnie nieskładnej i chaotycznej modlitwy. Lecz dla Niego przecież nie liczą się słowa, nie zwraca na nie uwagi. On potrafi czytać z wnętrza naszych dusz. Czytać to, czego nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć na głos.
                Uspokoiwszy się nieco, już miałem wstać i udać się w kierunku wyjścia, gdy nagle usłyszałem szelest. Po zlokalizowaniu źródła dźwięku, obróciłem się, uświadamiając sobie, że nie jestem tutaj sam. W ławce klęczała pogrążona w modlitwie Amanda. Nie zwlekając ani chwili, podniosłem się z miejsca i dołączyłem do znajomej.
- Nie wiedziałam, że jesteś katolikiem. – szepnęła do mnie.
- Czy muszę być katolikiem, żeby przyjść do kaplicy? Ważne jest to, co mamy w sercu, jak bardzo kochamy Boga, a nie w jaki sposób. – odpowiedziałem, przytaczając usłyszane dość niedawno od Rosy słowa.
- Dziewczyno, ty wszystkim te mądrości wpajasz? – zażartowała.
- A ty? Nie wiedziałem, że jesteś wierząca. – zapytałem ze zdumieniem.
- Bo nie jestem, nigdy nie byłam i nie będę. – uśmiechnęła się. – Uprzedzam pytanie: Co więc tutaj robię? Modlę się. Dlaczego, skoro nie wierzę? Robię to w imieniu Rosy, bo ona nie może tego sama zrobić, a dobrze wiem, że właśnie to by zrobiła. Modliłaby się. Nie chcę nic dla siebie, przekazuję jej Bogu jedynie to, co ona miałaby mu do powiedzenia. – nie wiedziałem, co odpowiedzieć, a ona chyba to wyczuła. – Wiem, dziwne. Ale lepszy taki kurier, niż żaden, prawda?
- Prawda. – przytaknąłem.
- Michael? – mruknęła z troską. – Trzymasz się, prawda? – poczułem, jak moje oczy robią się wilgotne. – Musisz, dla siebie i dla dzieci. Musisz wierzyć, że będzie dobrze. To silna dziewczyna. Da sobie radę ze wszystkim. Zawsze dawała sobie radę. Zobaczysz, będziecie jeszcze mieli gromadkę małych Jacksonów. – zaśmiała się, poklepując mnie po ramieniu, na co uśmiechnąłem się smutno.
- Nigdy nie straciłaś w nic wiary? – spytałem.
- Owszem, straciłam, ale nigdy w nią. Wiem, co mówię. To tylko próba, rozumiesz? Ona wyzdrowieje. Musi, bo jeśli nie… - po jej policzku spłynęła łza, choć wciąż trwała w uśmiechu. – Jeśli nie, to ukręcę jej łeb. – dokończyła drżącym głosem.

***

- Cholera, potrzebujemy tej krwi! – idąc korytarzem, usłyszałem krzyk dobiegający z gabinetu.
- Obdzwoniliśmy wszystkie szpitale i banki, nigdzie nie mają. – odpowiedział damski głos.
- Trzeba zatem poszukać dawcy w trybie natychmiastowym. – odparł mężczyzna.
- Gdzie chcesz znaleźć dawcę w środku nocy? – zapytała kobieta.
- A gówno mnie to obchodzi, musimy go wykopać chociażby spod ziemi! – wrzasnął doktor. Zaintrygowany wymianą zdań, postanowiłem dowiedzieć się, co się dzieje.
- Przepraszam? – uchyliłem drzwi i wsunąłem się do środka. – Można?
- Oczywiście panie Jackson, w sprawie przyjaciółki? – spytała lekarka.
- Tak… I nie. Właściwie usłyszałem coś o potrzebie znalezienia krwi dla któregoś z pacjentów. Może mógłbym pomóc? – powiedziałem, na co lekarz uśmiechnął się pobłażliwie.
- Kupić, to raczej pan nie kupi dawcy, ani krwi. Ale dziękujemy za chęci. – spojrzałem na niego z wyrzutem. Dlaczego ludzie myślą, że ktoś znany nie może zrobić nic poza sponsorowaniem?
- Nie o tym mówię. Chciałem zapytać o możliwość zostania dawcą. – odrzekłem spokojnie.
- Jeśli pańska grupa krwi to AB Rh-, może się jej pan przydać. – bąknął doktor. – Swoją drogą, dziewczyna i tak miała sporo szczęścia. – spojrzałem na niego pytająco, lecz po chwili zacząłem łączyć ze sobą fakty. - Rosa jest bohaterką.
- A jeśli to jest moja grupa krwi? – zapytałem.
- Proszę nie… Mówi pan poważnie, panie Jackson? – zerknął na mnie zdziwiony.
- Śmiertelnie poważnie. No więc?
- Zapraszam na badania…

***

                Cudownie jest móc pomagać innym. Daje to nam, a przynajmniej powinno dawać, swoistą satysfakcję i uczucie bycia potrzebnym. Dla mnie było to coś niezwykłego. Gdybym nie miał dla kogo żyć i komu pomagać, straciłbym sens swojego życia. Tego dnia zmieniłem swoje dotychczasowe obyczaje i zasady. Zrobiłem coś, co do tej pory, zgodnie z nakazami wiary, w której się wychowywałem było czynem wręcz karygodnym. Jednak teraz rozumiem, że każda pomoc w słusznym celu będzie chwalona. A przyczynienie się do uratowania życia drugiej osobie na pewno takim celem jest.
                Zmęczony, ale w nieco lepszym nastroju i z tchnieniem wiary dotyczącym zdrowia Rosy, wracałem do domu. Miejsca pełnego spokoju, ale też radości. Miejsca, w którym jeszcze niedawno byliśmy tacy szczęśliwi.
                Przekraczając jego próg, nie myślałem nawet o odpoczynku. Poszedłem prosto do pokoi dzieci, kwintesencji mojego życia.
- Tata! – wykrzyknęli Prince i Paris, rzucając mi się na szyję. – Jak czuje się mama? – zapytali z troską.
- Dzieci, muszę wam coś wyjaśnić. Mama jest w śpiączce, czyli śpi tak twardo, że nie można jej obudzić, rozumiecie? I to jest bardzo poważne i niebezpieczne. Dlatego musimy być dobrej myśli, że niedługo się wybudzi. – ucałowałem oboje w czoło, widząc zatroskane miny na ich twarzyczkach.
- Będziemy się modlić. Ale będzie dobrze? – szepnęła moja córeczka.
- Mam taką nadzieję. A gdzie Bee? – spytałem z niepokojem.
- Chyba śpi. – odpowiedział chłopiec.
- Pójdę do niej, dobrze? Kocham Was. – przytuliłem dwójkę do siebie. – Bardzo.
- My ciebie też.

***

                 Ostrożnie uchyliłem drzwi do pokoiku, lecz ku mojemu zdziwieniu dziewczynka wcale nie spała, lecz siedziała przy biurku usilnie próbując naostrzyć ołówek.
- Co jest kochanie? – spojrzałem na nią zmartwiony. – Daj, pomogę ci.
- Głupia kredka! – krzyknęła ze łzami w oczach. – Głupia!
- Spokojnie Bee, pszczółko, chodź do mnie. – wziąłem ją na ręce i otuliłem ramionami. – Nie płacz…
- Ja chcę do mamy! – wrzasnęła mi prosto do ucha.
- Skarbie, teraz nie możesz. Mama zasnęła tak mocno, że nie można jej obudzić, wiesz? Musimy zaczekać aż wyzdrowieje. – Bianca jeszcze głośniej zaniosła się płaczem. Ukradkiem spojrzałem na jej rysunek. Cały był w odcieniach czerni i szarości, przedstawiał Rosę podpiętą do tych wszystkich kabli i kroplówek, z podpisem: „Mamusiu, nie idź do aniołków.” – Mamusia nie pójdzie do aniołków, obiecuję.
- Obiecujesz? – zapytałam nieufnie.
- Obiecuję, córeczko. Pan Bóg na pewno jej pomoże. Kocham cię. – szepnąłem jej do ucha.
- Ja też cię kocham, tatusiu.

***



Dobry wieczór!
Znów małe spóźnienie. Wybaczycie, prawda?
Dziś nie będę się rozpisywać, ale postaram odezwać się jutro, bo *tym tym tym* nadszedł wielkie dzień ściągnięcia gipsu!
Oceniajcie, komentujcie!
Wreszcie ‘Don’t Let Go…’, co? Przy okazji, rysunek jest kolejnym dziełem Dominiki, za co bardzo dziękuję.
Dobranoc Wam!
Alex <3

9 komentarzy:

  1. No i jest w końcu <333
    Tyle się naczekać musiałam na ten rozdział - ale było warto ;3
    Świetnie opisana scena w kościele, ogólnie opis przeżyć wewnętrznych Michaela, tego bólu i niepewności - jak dla mnie bomba. Jak już człowiek się zaczyta i wczuje to oderwać się nie można :D
    Szkoda mi dzieci... Nie wiedzą co się dzieje, martwią się i cierpią. Mam nadzieje, że Rosa niedługo wyzdrowieje i będą wszyscy razem szczęśliwi <333
    Czekam z niecierpliwością na nn <3
    Pozdrawiam i weny życzę:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka ♥
    Notka wyszła Ci cudownie, jak zwykle dobrałaś to tak genialnie w słowa, że przez całą notke miałam ciarki.
    Michael mimo wewnętrznego bólu dobrze sobie z tym radzi, nie płacze nad rozlanym mlekiem, jest pełen nadziei. Zawsze jego samopoczucie wpływa też na dzieci, on bez zbędnych szczegółów wyjaśnił im wszystko nie robiąc z tego szopki i dramaturgi. Biance rozumiem, przez całe swoje życie miała swoją mamusie i teraz gdy jej 'nie ma' - cierpi. Michael ma ciężkie zadanie, ale jest bardzo silny i podoła zadaniu.
    Pięknie opisana scena w kaplicy. Jak zwykle jestem pod ogromnym wrażeniem *.*.
    Cudny rysunek! :* Strasznie takie dodatki pomagają się wczuć.
    Czekam z niecierpliwością na następną notkę. Życzeee masy weny! Pozdrawiam cieplutko, Marysia :*

    OdpowiedzUsuń
  3. EDIT [piaf] XD
    Zapomniałam wspomnieć o cudownym i szlachetnym czynie Majkulka. Musiał stawić czoło swoim dotychczasowym poglądom na temat oddawania krwi.
    "Gdybym nie miał dla kogo żyć i komu pomagać, straciłbym sens swojego życia. " <3
    Ps; Piosenka jest cudowna :* Uwielbiam ją.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejka <3
    Widzę, że nie tylko ja nie mogę pisać przez kontuzję ręki.. Ale dobrze, że już Ci ten gips zdejmują.
    Nie spodziewałam się takiego czynu po Michaelu, ale gdy to zrobili to takie *Wow*
    Mam nadzieję, że Rosa szybko się wybudzi :)
    Pozdrawiam
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
  5. Hejka :)
    Na początku muszę ci podziękować za zmarnowane pudełko chusteczek :')
    Świetny rozdział nic dodać nic ująć, mega uczuciowy. Dawno tak nie ryczałam. Zawsze przeżywam jak ktoś umiera w opowiadaniach. Z jednej strony to dziwne a z drugiej wiem wtedy że tekst jest dobrze napisany. Jeszcze ten gif to była taka podjara bo mam taki sam na blogu i to było takie "łiii" przez łzy :'D
    Życzę weny i czekam na kontynuację :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Z małym opóźnieniem, ale jestem. Wczoraj tak mi się spać chciało, że nie dałam rady przeczytać. No po co ja mam mówić, że rozdział JAK ZWYKLE ŚWIETNY prawda? Wiesz o tym? Jak tak to bardzo dobrze :-D Strasznie czekałam na tą część, bo to moje ulubione opo na Twoim blogu, co nie znaczy że drugiego nie lubię. Boże teraz ja się pomodlę żeby Rosa wyzdrowiała, może coś pomoże.
    Życzę miłego dnia i dużo weny.
    Pozdrawiam <3 <3 <3
    Basia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak ja czekałam na to opowiadanie! Kocham je! Jest cudowne!
    Przeczytałam wczoraj, ale kometuję dziś. Co ja ci mam mówić no...rozdział cudowny. Zawsze nie ważne jaka jest treść wywołujesz tyle emocji u mnie, że raz się śmieje a po chwili ryczę. Jak ty to robisz. Rozdział cudowny. Mam nadzieję, że Rosie szybko się wybudzi.
    Co do rysunku. Jest cudowny. Bardzo mi się podobał :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Nareszcie mam czas ponadrabiać zaległości. Od kiedy zaczął się rok szkolny nie mam czasu na pisanie, a nawet na czytanie waszych opowiadań. Nareszcie się to wszystko uspokoiło, więc jestem. Co mogę napisać? Wszystko co powypisywali powyżej jest prawdą. Rozdział jest magiczny, cudowny i również sama na niego ogromnie czekałam. No i gratuluję z powodu ściągnięcia gipsu. No trochę spóźnione, ale szczere. Pozdrawiam i dużo weny ♥

    OdpowiedzUsuń
  9. No witam, witam ! Dawno mnie nie było, przepraszam :)
    Nareszcie wróciła kolejna część mojego ulubionego opowiadania. Brak mi słów. Pięknie to napisałaś i trochę pociekły mi łzy :) Mam nadzieję, że z Rosą będzie dobrze. Musi! No cóż, czekam na następną! Dużo weny, pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń

Dwie krótkie zasady - nie używaj wulgarnego języka; nie obrażaj administratora i innych.